Od czasu do czasu chciałoby się zobaczyć na tym blogu coś treściwego, jakąś rzeczową informację, z której czytelnik mógłby mieć konkretny pożytek. Od dawna nic takiego się nie pojawiło, więc może dziś…
Mało który gadżet wzbudzał we mnie tyle nieufności, co słuchawki podwodne. W miarę upływających (pun intended) kilometrów w basenie rosła jednak moja potrzeba urozmaicenia tej, co tu kryć, bezmózgiej aktywności. Najlepiej jakąś muzyczką, przez słuchawki, bo jak inaczej.
Tym niemniej zważcie: próbują wam sprzedać słuchawki o paśmie przenoszenia 5kHz, czyli tylko trochę lepiej od bakelitowego telefonu polowego model 1938. W technologii przewodnictwa kostnego. Przed oczyma stają mi ozdobne kości w uszach Murzynka Bambo z elementarza babci Zosi. Słuchawek takich nie nosi się na uszach, lecz troszeczkę za nimi. Czy uszy pozostają zatem otwarte? No nie. Producent dostarcza gumowe korki, którymi należy zatkać uszy przed pływaniem. Serio serio.
Jeszcze nie spytałem o cenę, a już uszy mi zwiędły.
Co do ceny. Wiodący producent o nazwie ze słowem „szok” w środku życzy sobie osiem – dziewięć stówek. No więc przypuszczam że raczej nie sądzę. No nie, tyle to nie.
Ale tuż przed Świętami przyuważyłem analogi-generyki w cenie pięciu. Obniżonej na trzy. Bierę.
Zanim pogrążyłem się w chlorowanej cieczy musiałem załadować słuchawki muzyką w formacie mp3. Pod wodę bowiem bardzo trudno streamować z telefonu. Nijak podobno nie idzie. Co prawda słuchawki deklarują obsługę formatu flac, ale w niewielkim, subaudiofilnym zakresie. Zatem mp3 i kopiowanie po usb jak na początku stulecia.
Pierwsze próby na sucho – może jakość nie powala, ale jaka wygoda. Decyduję, że od teraz to moje jedyne słuchawki do biegania. I już tak zostaje.
Pod wodę schodzę najpierw bez tych idiotycznych korków i wydaje się, że nie są potrzebne. Słychać dobrze, ale różnica między słuchaniem uchem zalanym wodą i „suchym” jest na tyle znacząca, że jednak sięgam po korki. No panie, zupełnie inaczej. Dźwięk zyskuje na basach i słychać tak samo bez względu jak i czym płynę.
Tu mógłbym zakończyć recenzję jednoznacznie pozytywną rekomendacją, ale zrobiłem jeszcze eksperyment.
Czy rzeczywiście bluetooth nie poradzi sobie na basenie?
Odpalam spoti w telefonie, kładę na brzegu i wskakuję ze słuchawkami w trybie sieciowym.
Eureka, działa. Płynąc kraulem ma się bowiem nad głową ucho lewe, albo prawe a dzięki temu niezakłóconą transmisję na całych 25 m toru. Oczywiście aż do momentu nawrotu, kiedy oboje uszu [1] znika pod powierzchnią. Wówczas słuchawki cichną. Wielka, wieka szkoda, że projektanci nie przewidzieli np. pięciosekundowego buforu na taką okazję.
Płynąc symetryczną żabką znów oboje uszu pogrąża się co i rusz (chyba że pływamy z bańką nad wodą) zatem porażka. Itd. itp.
Co ciekawe tak samo gubi się sygnał gps na otwartej przestrzeni. Żabką – zero śladu, kraulem – chwiejny, ale jest.
Jak na obrazku poniżej, gdzie płynę w kierunku kanału Sueskiego, potem Nilem do Gizy, do świeżo otwartego Wielkiego Muzeum Egipskiego. Się bywa.

________________________
[1] oba uszy to podobno forma poprawniejsza ale mi ne leży














































