Historia nauczycielką życia

W. Suworow opisywał, jak Rosjanie próbowali wyprodukować u siebie amerykańskie myśliwce na podstawie amerykańskich projektów, przeliczając cale na centymetry i funty na kilogramy. Się nie da. Po rozstrzelaniu kilku biur projektowych Stalin ugiął się i kazał kupić amerykańskie calówki, wagi w funtach itp.
Podobnie mój kolega, na codzień wybitnie skrupulatny inżynier, próbował wypiec ciasto opierając się na amerykańskiej recepturze. Wiem, nawet w obecnej niebinarnej rzeczywistości inżynier-cukiernik to rzadkość. Na jego usprawiedliwienie zaznaczę, że chodziło o ciasto psychoaktywne, takie brownie z haszem, którym inżynier chciał odreagować swoją wybitną skrupulatność.
„Takie fajne ciasto, koleżanka przysłała przepis, poprzeliczałem sobie te funty, pinty zapakowałem do piekarnika i heja. Po dłuższej chwili jeden kurde dym, smród i wietrzenie – ciasto spalone. Przeliczyłem byłem wszystko skrupulatnie, z wyjątkiem farenhajtów na cesjusze. Co się tego dymu nawdychałem, to moje, ale osiem gram extra trawy poszło się dymać”.
Well, z piekarnikiem wyskalowanym w farenhajtach byłoby łatwiej.
Czym jest wszakże utrata ośmiu gramów materiału z utratą marsjańskiego satelity za miliard? No właśnie zdarzyła się taka, bo ktoś pomylił niutony z funtami.
A zatem udanych wypieków i orbitowań życzy kominiarz.

Plandemia singli

Że pandemia to ściema zrozumiałem dzisiaj na basenie. Elegancko odremontowany obiekt nie był jak zwykle pełen toksycznych dzieciarów, ale stał do dyspozycji mojej i jakiegoś innego typa. Po trzy tory na typa, znaczy. Po jakimś czasie weszła grupa, która zapełniła te puste. Sześć nieobciążonych rodzinami osób w sumie, które w milczeniu machnęły swoje kilometry w prawie nieśmierdzącej wodzie (again brak dzieciarów) i rozjechały się do domów.
Dzieci zamiast zanieczyszczać basen w maseczkach utrzymują „dystans społeczny” w szkołach. Sielanka. Chwilo trwaj.
Zmęczeni introwertyczni dorośli, łącznie z Naczelnym Dorosłym Kraju mogą nareszcie pomyśleć o sobie i swoich priorytetach jak np. głaskanie kota. Futrzaka miło pogłaskać, karp nie ma takiej właściwości, dlatego nie zanosi się na rychły zakaz hodowli tychże.
Wszyscy mają buzie pełne empatii i pozornie wyzwolenie futerkowych to no-brainer: życie przytulaśnych futrzaków kontra interesy spoconych grubasów w mercedesach.
Ja na próbę wzbudziłem sobie tę empatię i nie jestem już taki pewien. Po pierwsze zakaz nie poskutkuje wypuszczeniem srebrnych lisów na mazowieckie pola, oj nie. Obawiam się, że nikt ich też nie adoptuje, najpewniej skończą jak ich poprzednicy.
Po drugie, gdybym był norką, to naprawdę nie wiem, czy wolałbym to kiepskie, ale jakieś, bytowanie w klatce od nie bycia w ogóle. Temat stary jak Hamlet: może Dania jest więzieniem, ale wciąż – być albo nie być.
I po trzecie, ci hodowcy może rzeczywiście są odpychający, ale przecież norki nie są dla nich. Futra z norek, proszę wycieczki, otulą nagie ramionach kobiet pięknych i występnych.
Czcze fantazje, nieprawdaż, bo los norek, forsiastych grubasów i amoralnych kobiet jest już przesądzony. Zostali skazani na dożywocie na drugim planie filmów z Bondem, niestety.

politycznie.

miałbym poglądy jak inni, gdybym miał głowę zanurzoną w tym samym co inni, tzn. w polskim internecie/polskiej tv, gdzie uczy marcin marcina, a sam głupi jak świnia. też bym oburzał się na katolickich populistów, którym myli się ambona z trybuną, którzy rujnują gospodarkę kupując głosy podwyższaniem płacy minimalnej, a także płacy własnej, ale…

swego czasu wszedłem na dach i zamontowałem antenę satelitarną, dzięki której obok tvn i tvp pojawiły się inne kanały, gdzie widuję rzeczy zdumiewające, w każdym razie marcinów.

widzę np obamę nawalającego politycznie jak najbardziej, nie gdzie indziej, a w kościele, jakby nie przymierzając był pisiorem na jasnej górze, tylko turbopisiorowatym na sterydach, jak to murzyn, żadne tam głodne kawałki o wartościach, tylko po nazwiskach i po oczach, tv filmuje, dzieci na to patrzą, a tenże po zjechaniu trumpa, boże wam błogosław rzuca i cieszy japę.

widzę np kandydata bidena, który zarządza podniesienie płacy minimalnej do $15 dolarów za godzinę, jeśli oczywiście przyszli odbiorcy tych $ pofatygują zagłosować na niego, jakby był jakimś dudą czy kaczyńskim.

a potem wyciągam kalkulator i wychodzi mi, że 15$ razy miesiąc przez złotówki to sporo więcej niż dostaje polski poseł. to tyle co polski wojewoda, tylko za przewracanie burgerów albo zamiatanie ulic, byle w stanach.

tak że sorry, marciny, jeżeli spodziewacie się innych standardów out there, to ich tam nie ma, lepszego świata na miarę waszych szajb nie będzie, a jeśli chcecie sobie polepszyć, to odżałujcie półtora grosza miesięcznie na podwyżkę zarządzającym naszym pierdolnikiem,

rzekłem.

Wyznania mięsożercy.

Jeszcze wakacje, a skoro wakacje to wakacyjne wspomnienie na modny ostatnio temat pożerania mięsa. Zanikający ten zwyczaj również -dzieści lat temu kultywowano pokątnie, głównie z braku mięsa do pożarcia. Żeby oddawać się swojemu hobby jedzenia w ogóle, a mięsa w szczególności rodziny wyruszały na wieś do dziadków, bo wtedy wszyscy dziadkowie mieszkali na wsi.

Co dzisiaj jemy na obiad Wojtusiu?
-A co mogę?
-Możesz kurczaka, możesz schabowego, możesz kaczkę. A może króliczka?
-Króliczka, króliczka!
-To idź z dziadkiem.
I szliśmy z dziadkiem, żebym sobie wybrał króliczka do zjedzenia.
-Ale dziadku, nie zabijaj go!
-Nie?
-Bo ja mam takie prawdziwe strzały, z gwoździami. Ty go wypuść, a ja go upoluję.
-Eee, ucieknie ci, uciął dziadek po czym kantem dłoni, „z karata” przetrącił królikowi kark.
Alternatywnie mogłem wybrać sobie kurczaka do rosołu, a nawet próbować go złapać, co nigdy się nie udawało, tyleż z mojej dupowatości, co z niechęci wywalenia się w kurzą kupę, których pełno było wokół obejścia. Koniec końców kurczaka łapała i pozbawiała głowy babcia i owszem, kurczak pozbawiony głowy biegał równie żwawo, co rzuca cień wątpliwości na inteligencję takich sprinterów na przykład.
Tak że tak, zasłyszany gdzieś postulat, żeby nakazać mięsożernym samym uśmiercać ich obiady, jest dla mnie spoko, damy radę. Myślę.
Ba, w czasach dużo późniejszych zdarzyło mi się – nad Amazonką – zjadać robaki żywcem i się nie porzygać. I świnkę morską też jadłem i różne, niedługo wcześniej uśmiercone kreatury prawie na surowo także.
Nie poddaje się modzie na weganizm, nie zamierzam też innym modom, np. na kremację. Zatem moment w którym sam zostanę pożarty na surowo przez różne małe stworzenia, jest z każdym dniem coraz bliższy. I nie będzie to uczta wegańska.

Kaczka aż się skuliła, czytając powyższe

Archeotechnika

Nie pamiętam już kiedy zakupiłem kamerę video. Niezorientowanym wyjaśniam, że było to samodzielne urządzenie przeznaczone wyłącznie do kręcenia filmów. Wyposażone w dysk 30GB, opcję nagrywania nocnego, format 16:9 moja kamera była ostatnim krzykiem techniki, który parę lat później płynnie przeszedł w rzężenie całego biznesu kamer konsumenckich.

Ale „it’s not over till it’s over”. Kamery może skarłowaciały do rozmiarów gopro a poza tym zniknęły z rynku, niczym dinozaury, których dalekich wspomnieniem są wróble, ale w mojej kamerze dysk wciąż się kręci, bateria wciąż trzyma, a zoom – zoomuje.

I cóż się zdarzyło. Syn mój kamerę wyciągnął, podładował i stała się tym, czym zawsze być powinna – gwiazdą szalonych domówek. Kiedy bowiem na szalonej domówce ktoś wyciąga telefon w celu filmowania zyskuje podobny efekt jak wjazd Mrożona na jego lodowej desce. Wbrew opiniom rodziców i pedagogów młodzież doskonale potrafi zadbać o swój wizerunek online. Najbardziej utytłany wieprz w interku jest uroczym, wystylizowanym luzakiem, jeśli nie modelem.

Nikt nie pozwoli zrujnować budowanego przez lata wizerunku uwalonemu kretynowi ze smartfonem. Dlatego wszyscy zamierają, odwracają głowy, względnie naciągają na nie rajstopy i czekają, aż smartfon zniknie w kieszeni.

Co innego nieusieciowiona kamera dziadka Leniucha, zwłaszcza taka w posiadaniu najrozsądniejszego z rozsądnych syna tegoż. „Ojciec, ja nawet nie muszę nic kręcić, po prostu zostawiam ją na stole, ludzie sobie ją ogarniają i na koniec mam parę godzin ekstra materiału”.

Kręć, zgrywaj, archiwizuj. Kiedy kolejny z absolwentów twojego liceum zostanie premierem… sam rozumiesz.

niepostrzeżenie bielik stał się ptakiem pospolitym, cokolwiek o nim piszą przestarzałe encyklopedie. wraz z bobrem łosiem, rysiem itd. itp. wracają w wielkim stylu. nie do końca „wielkie wymieranie”

Szlakiem Krzywoustego, na Głogów

Chobienia, szwajcarskie miasteczko w Polsce za kasę gminy Rudna. W sensie Rudna doi KGHM, Chobienia doi Rudną i mamy najbardziej odpicowaną wioskę na Dolnym Śląsku, z przystanią z prawdziwego zdarzenia, takimż ryneczkiem, o gustownym pałacyku w tle nie wspominając. Szpanerska gospoda, dorsz, fryty, piwo – 70 dych. Gorzej niż na Mazurach.

Na złość zdjęcie budynku ominiętego przez szał renowacji:

Wrocław – Bałtyk (a co najmniej Szczecin) cz. I

Zaraza pokomplikowała nam plany wakacyjne w różnym stopniu. Ja na przykład zostałem z pięcioma odwołanymi biletami do Nowego Jorku. Przewoźnik wspaniałomyślnie skonwertował je na elektroniczne punkty do wykorzystania w przyszłości. Miły gest, zakładając, że ma przed sobą jakąkolwiek przyszłość.
Tymczasem zostało mi jeszcze 2 tygodnie urlopu w samym środku lata, których nie mogę niestety opłacić elektronicznymi punktami delta airlines. Jak zabić dwa tygodnie po możliwie niskich kosztach, a najchętniej to zerowych?
Jak w tytule: Wrocław – Bałtyk, a co najmniej Szczecin. Drogą wodną, czyli gratis. Kajak z allegro, mało używany. Start – jutro 9:00, za śluzą Różanka. Finisz – następna sobota, względnie niedziela, Międzyzdroje.
Zupki, gaz, namiot, komórka w trybie maks oszczędnym. Nocleg w krzakach, woda z pompy, danie zalewane w hurcie z promocji.
Stay tuned.