Wrocław – Głogów 2020. Kajakiem. Cz. III Brzeg Dolny – Ścinawa.

Rzeka żyje: zalana ściekami zamiera, zostawiona sama sobie odżywa. W okolicach Lubiąża nie ma już śladu po brzydkich zapachach. Miałam nadzieję na obejrzenie z rzeki imponującego klasztoru cystersów, ale z wody jest zasadniczo niewidoczny. Widać kościoły, ale monumentalnej bryły, która podobno rzuciła na kolana Michaela Jacksona – nie.
Nie szkodzi, widziałem wcześniej nie raz.
Nazwa Odra wywodzi się o żwawego nurtu rzeki, który bezlitośnie drze brzegi. Dla wrocławianina brzmi to jak żart, bo w mieście toczy się wyjątkowo leniwie. Co innego w dole. Tu odbieram nareszcie kajakarską premię za odwagę i mogę przestać wiosłować. Wyciągnąwszy się wygodnie wciąż robię z prądem w okolicach 5 km/h. Spływ co się zowie.
Po drodze widzę liczne czaple, w tym białe, myszołowy i bieliki oraz ptasi drobiazg. Co i rusz pokazują się sarny schodzące do wodopoju. Brudna Odra oferuje zwierzętom więcej niż czysta Brda, którą płynąłem w poprzednim roku.
Następnym przystankiem ma być Ścinawa, miejscowość z przystanią, prysznicem i polem namiotowym. Doginam, żeby zdążyć przed zmrokiem.

Ścinawa… miasteczko z mostem nad Odrą. Do niedawna wcale niełatwo było o taki most, toteż Ścinawa była ważnym punktem na mapach drogowych, teraz trochę mniej.
Przystań… przystań i zapłacz. Malutka. Co innego zaplecze. Wielka wiata osłania dziesiątki stołów, na których turyści mogliby spożywać śniadania, gdyby byli. Ale nie ma. Na ogromnym polu namiotowym znajduje się jeden namiot – mój. Ulokowałem się blisko brzegu, daleko od wiaty, która zgodnie z przewidywaniami szybko zaczyna zapełniać się miejscową młodzieżą. Ścinawianki są ładne i wysokie. Trochę dopinguje mnie to do odwiedzenia kontenera higienicznego, który do wyłącznej dyspozycji zostawił mi sympatyczny bosman.
Kontener jest koedukacyjny, ale to detal, bo na widok wnętrza nawet fizylierki frontu białoruskiego cofnęłyby się do drzwi. Fantastyczny wręcz syf i zapuszczenie. Bohatersko spłukuję dwa dni potu, kremów i komarów i kieruję się do namiotu. Nie przyłączę się do rozkręcającej się imprezy, bo jako przyjezdny jestem idealnym kandydatem do nakładzenia po ryju w ramach weekendowej nawalanki.
Nie mylę się, nawalanka rozpoczyna się koło trzeciej nad ranem i powoli toczy się w kierunku mojego namiotu. Słyszę krzyki, spadają ciosy, hałasy ustępują miejsca przerażającemu kaszlowi i charczeniu.

-Co mu jest?
-Nic mu nie jest. On się w ogóle nie powinien bić bo ma astmę. No, wstawaj Łukasz, idziemy.
Następny dzień rozpoczynam inwentaryzacją kajaka i wizytą na miejscowym bazarku. Ścinawa oprócz przystani ma jeszcze jeden oryginalny ośrodek życia towarzyskiego w postaci nabrzeżnego parkingu. Nikt na nim nie parkuje poza czołgiem T-34 umieszczonym na postumencie lufą do Odry. Liczne butelki potwierdzają widokową atrakcyjność miejsca.
Miasteczka jak to zawsze budzą we mnie ciepłe uczucia. Kibicuję ich mieszkańcom, ich heroicznym wysiłkom, by dotrzymać kroku światu. Mają pod górkę, ale są skądś. God bless you, Ścinawa.

Wrocław – Głogów 2020. Kajakiem. Cz. II Brzeg Dolny

Miejscowość Brzeg Dolny przez lata nazywana była końcem Odry, bo dalej nie bardzo dało się płynąć z powodu płycizn. Dla większych jednostek panowie na stopniu musieli spiętrzać wodę, by później puszczać je w dół na fali.
W pewnym momencie zresztą śluzą poszła na parę lat do remontu i w ogóle nie można było płynąć. W międzyczasie postępowała erozja dna za progiem, która w końcu groziła wywaleniem całej zapory. Żeby zapobiec tym horrorom zaczęto budować następny stopień wodny w Malczycach i to był dopiero horror. Budowa trwała jakieś dwadzieścia lat i zdrożała jakieś dwadzieścia razy. Ale w końcu jest i stopień Brzeg też otwarty. Teoretycznie.

image
Duża śluza, mały kajak. Brzeg Dolny.

Podpływam, witam się, proszę o śluzowanie, panowie uruchamiają wrota i zonk. Awaria na śluzie.
-Zadzwońmy po Bogdana
-Cicho, sami zrobimy. Włóż tam pręt.
-Nie idzie. Pan poczeka.
Czekam, słonko chyli się ku zachodowi, gotuję wodę, zalewam zupkę. Już dwie godziny później panowie dzwonią po Bogdana. Bogdan wie, co robić,  przepływam śluzę i niemal zderzam się nieprzytomnym smrodem brzeskich ścieków.
Woda w Odrze generalnie ma opinię toksycznej zupy, ale to nieprawda. Służby sanitarne utrzymują, że nie stanowi zagrożenia i skłonny jestem potwierdzić – dwa razy wpadłem do Odry całkiem i nic mi się nie stało, poza uszkodzeniem telefonu. Miejsca, gdzie woda jest odstana, jak w jeziorku Bajkał, nie różnią się od normalnych jezior, przynajmniej na oko i węch, mnóstwo ludzi się w nich kąpie.
Szaro bury kolor wody jest cechą wielu nizinnych rzek, np. Amazonki i nie przesądza o czystości wody jako takiej. Ale nie w Brzegu. W Brzegu wali chemią. Być może przyczyną są zakłady chemiczne Rokita, być może co innego, jeżeli macie wpaść do wody, to na pewno nie tam.
Zapada zmrok, duże wahania poziomu wody na tym odcinku zostawiły na brzegach niezachęcające pozostałości – muł, śmieci, przesuszoną roślinność. Mijam miasto i w obłokach komarów rozbijam się na stanowisku wędkarzy. Pierwszy dzień spływu za mną, koszta – 0 zł.

image

Wrocław – Głogów 2020. Kajakiem. Cz. I, Wrocław.

Któż, przechodząc mostem i patrząc na przepływającą w dole rzekę, nie zapragnął rzucić wszystkiego i dać się ponieść jej nurtowi ku dalekim krainom i nieznanym widokom, za horyzont?
Jako mieszkaniec Wrocławia miałem okazję do takich fantazji od małego dziecka prowadzanego do przedszkola przez mosty Trzebnickie kolejno nad kanałem miejskim, Starą Odrą i śluzą Różanka. Dwa razy dziennie, codziennie.
Minęło raptem 50 lat i oto mknę w kajaku (używanym, 750 pln, odbiór własny) z Wrocławia ku przeznaczeniu, które czeka na mnie może w Szczecinie, może w Berlinie, a może w Amsterdamie.

image
Startuję za śluzą Różanka  (255 km Odry)  i zmierzam ku śluzie Rędzin. Nurt słaby, niemal równoważony przez wiatr zachodni, który marszcząc powierzchnię wody daje złudzenie, że płynie ona w kierunku przeciwnym do faktycznego.
Nad śluzą góruje imponujący most Rędziński (261 km), kolosalna konstrukcja nazwana na cześć wioski składającej się z ulicy Wędkarzy, dwóch grobli i  tysiąca hektarów wrocławskich fekaliów, elegancko zwanych „polami irygacyjnymi”.image
Śluzowanie przez stopień wodny na Odrze to operacja wymagająca zamknięcia/otwarcia ogromnych wrót, spiętrzenia wielkiej ilości wody, a wszystko dla jednego małego kajaka z typkiem spełniającym dziecięce marzenie.
Panowie śluzujący bynajmniej nie kręcą nosem na takich gości. Trzy stopnie wodne usytuowane za wrocławską elektrociepłownią, do której regularnie przypływają barki z węglem ze Śląska, prawie w ogóle barek nie widują, a pozostały ruch jest doprawdy śladowy.
Na bezbarczu i kajak barka, zatem wystarczy wykręcić numer do śluzy i… no właśnie, dowiedzieć się, że jest nieaktualny. Alternatywnie można wywołać panów krótkofalówką, ale na chińskie zupki wydałem tyle, że na radio nie wystarczyło. Jeżeli numer śluzy nie odzywa się, należy zadzwonić na taką śluzę, która podnosi, i oni już tam podadzą ten właściwy. Śluzowanie jest gratis, więc nie kręcę nosem, a przenoszenie kajaka z bambetlami nie wchodzi w grę.
Po drodze do Brzegu Dolnego mijam port Uraz (275km), jedyną czysto komercyjną i wychodzącą na swoje przystań na rzece. Do portu mam – nomen omen – uraz od kiedy bosman zażyczył sobie 15 pln za zwodowanie … kajaka. Czar kapitalizmu, nieprawdaż.
Żegluga wciąż jak po jeziorze, wkrótce stopień wodny Brzeg Dolny.

Fascynujący świat medycyny zdalnej

Życie na bagnach (bo w krainie bagien, stawów i szuwarów postawiłem chatę) ma swoją cenę, są nią okazjonalne ataki gorączki bagiennej. Ktoś mógłby powiedzieć, że to sezonowe przeziębienie, ja tam wolę malowniczą gorączkę bagienną.
W tym roku zdecydowałem się wyrwać na nią parę dni zwolnienia, a to z powodu że kiepsko się uczestniczy w trzech telekonferencjach naraz po paredziesiąt typa każda na każdej kaszląc i majacząc.
Pani doktor czatująca z klientami medikowera zapowiedziała się za godzinę, pojawiła po trzech i kazała sobie sfotografować gardło. Znaczy że ja – mi, nie jej. Zarąbista rozrywka, taka autofotografia wzierna. Dobrze, że mam smartfona normalnych rozmiarów. Dobrze, że gardło, a nie prostata.
Zignorowała moją prośbę o l4, przepisała syrop i rozłączyła się.
Rozumiem, że za swoje marne trzy stówki miesięcznie nie mogę narzucać się co chwilę, tzn. co trzy lata i oczekiwać bógwieczego.
Na marginesie, czarno widzę z tym kowidem, bo ja na miejscu lekarza za żadne pieniądze nie ruszyłbym się zza komputera od wystawiania syropu, żeby podłączać jakichś pechowców pod tlen.
No, w każdym razie, gdyby ktoś szukał, to lekarze gromadzą się w takich miejscach:

Wyjątkowo niewdzięczny zawód

Prasę obiegła informacja o francuskim nauczycielu, któremu rozżalony uczeń oderżnął nożem głowę. Absolwent podobno był Czeczenem, który znalazł się we Francji po odmowie azylu w Polsce, a rzecz poszła o obrażone uczucia religijne, karykatury Mahometa konkretnie.
W Polsce uczeń mógłby o taką obrazę podać nauczyciela do sądu, we Francji uczucia można obrażać do woli, bowiem wolność słowa ceni się tam wysoko – i masz.
Fenomen mściwych uczniów nie jest ograniczony do Francji, islamu i Czeczenów.
W ogólniaku mojego syna parę lat temu uczeń z siekierą na ramieniu przyszedł podziękować za edukację. Nie obciął żadnej głowy, ale nie wiadomo, czy to zasługa kiepskiego wuefisty czy dobrego katechety.
Nic jednak nie przebije uczniów mojego własnego dziadka, którzy systematycznie polowali na niego z bronią długą. Inne miejsca, inne czasy, dziadek był polonistą na Wołyniu.
Opowieść o – nieskutecznych – staraniach naszych ukraińskich sąsiadów z Powórska, by na długo przed Rzezią postawić dziadka pod ścianą, była jedną z niewielu z tamtych czasów, przypominaną w domu za komuny. Dopiero całkiem niedawno usłyszałem jej zaskakujące dopełnienie.
Otóż dziadek po sformowaniu przez Niemców milicji ukraińskiej przezornie nie pokazywał się w domu. Patrole z którymś z uczniów w roli Judasza regularnie próbowały go namierzyć. Pewnego razu siostra dziadka miała już ich dość i kazała się wynosić używając słów obelżywych i w dodatku plując dowódcy patrolu na buty. Dowódca pokraśniał, zagotował się i zaczął zdejmować z ramienia karabin z niedwuznacznym zamiarem zastrzelenia ciotki Gienki na miejscu. Co Pan Bóg nie dał ciotce w głowie, to dał w nogach, na których czmychnęła przez okno do ogrodu. Różnie to się mogło skończyć, gdyby nie uczeń dziadka, który w krytycznym momencie podbił dowódcy lufę. Strzał poszedł górą, ciotka przeżyła, tak samo jak reszta rodziny, co w tamtym miejscu i czasie nie było regułą.
Z trudem, ale udało się zakończyć tę niewesołą notkę nutą optymizmu.


https://www.bbc.com/news/world-europe-54602171

https://wroclaw.wyborcza.pl/wroclaw/1,35771,3240463.html

https://pl.wikipedia.org/wiki/Pow%C3%B3rsk

Krajobraz po bitwie.

Nie zliczę godzin, które spędziłem ogryzając paznokcie podczas meczów Radwańskiej. Ćwierćfinały, półfinały – rok za rokiem, tytaniczne, niekończące się odyseje, nieprawdopodobne powroty z 1:5 na 7:5 i tym podobne.
Owszem Agnieszka była wirtuozką, ale i uosobieniem tenisa kobiecego w epoce postawnych panien o niemal męskich sylwetkach, które wyrąbywały sobie puchary atomowymi uderzeniami z głębi kortu.
Ich zwycięstwa były oczywiste, przegrane – niezrozumiałe, zwłaszcza z Radwańską, która zawsze potrafiła te bomby dojść i odesłać piłkę omdlewającym lobem, aż za którymś razem sfrustrowana Szarapowa czy Azarenko pakowała ją prosto w siatę.
Przyznaję nie do końca satysfakcjonował mnie jako widza ten styl wygrywania, ale innego nie było.
W końcu epoka Agnieszki dobiegła kresu i z pewną ulgą zrezygnowałem z abonowania Eurosportu, nie doczekawszy się przez dziesięć lat – niestety – zwycięstwa w wielkim szlemie.
Toksyczna relacja z Isią sprawiła, że z daleka trzymałem się od Igi Świątek, w obawie, że zabierze mi kawał życia, a niekoniecznie nagrodzi najważniejszymi laurami.
Jakże się myliłem…
Finał Rolanda Garrosa zupełnie nie przypominał epopeji z udziałem Radwańskiej. Pierwszy raz czułem, że moc jest z nami. Moc i precyzja. Iga weszła jak po swoje, bez większych wahań rozstrzelała faworytkę, a i tak był podobno jej najtrudniejszy mecz w turnieju.
W godzinę dwadzieścia dostałem, to, na co nie mogłem doczekać się lat dziesięć z okładem.
Największa niespodzianka od upadku komunizmu, chyba.
Zauważam pewną analogię z Małyszem, który nigdy nie zdobył mistrzostwa olimpijskiego i kiedy zwątpiliśmy, czy w ogóle doczekamy, przyszedł Stoch i napchał złotych medali jak Cygan w torbę, pardon my French.
Póki co ustawiam talerz na Eurosport, przypominam, że dostępny gratis z satelity Astra, po niemiecku.
Coś mi mówi, że to nieostatni blitzkrieg Świątek.


W imię ojca.

Nie ma fajniejszej nawalanki niż dobra wojna kulturowa, zatem dołączam. Czołowe polskie uczelnie… no nie, nie wytrzymam… czołowe w sensie – „odwróć tabelę – UJ na czele” wprowadziły innowację, dzięki której student może sobie wybrać jak się nazywa, w sensie czy wciąż Sebastian, czy może jednak Karina.
Innowacją być to może w zapyziałem Krakówku, ale w międzynarodowych korporacjach rzecz jest znana od dawna, dlatego – niczem dobra wróżka, która za sto zyla wywróży koniec świata – przepowiem rektorom co będzie dalej.
A więc kiedy już prukniecie z ukontentowania waszą postępowością, dokładnie ci sami studenci, którym chcieliście zrobić dobrze, znowu się oflagują i zgłoszą nowy postulat, bo zrobiliście dobrze niewystarczająco .
Otóż zażądają oni, by poza niebinarnością uwzględnić jeszcze płynność samoidentyfikacji i zwracać się do nich per Sebastian w piątki i środy, a Karina – w pozostałe dni. Tak że przysiądźcie solidnie z informatykami, bo trzeba będzie dosypać adresów internetowych i pomajdrować przy dostępach, żeby osobnik mógł się logować na seba1999 i karina2001 na to samo konto itd. itp.
Nie żartuję, w mojej pracy to może nie standard, ale nawet dla kilku „płynnie (nie)binarnych” nie pożałowano zmian w systemach dostępu, a także wydrukowania stosownej broszurki edukacyjnej dla reszty kilkudziesięciu tysięcy pracowników, o tym jak uszanować… no nie wytrzymam – zaburzenia tych świrów.
Na marginesie… Pomysł, by samemu wybierać sobie imię jest prawdziwą nowością, niespotykaną w historii ludzkości.
Zacznę od tego, że nikt nie używa swojego własnego imienia, bo po co? Używamy imion innych osób, od których czegoś chcemy. Hej, Gruby, pomóż mi wnieść szafę, mówimy. Grubemu może się wydawać, że jest chudy i ma na imię Rozalia, ale to nieistotne, bo jeśli się nie podniesie, to następnym poleceniem będzie: hej Łysy, pacnij Grubego, bo chyba ogłuchł.
Miałem kolegę w liceum, niejakiego -powiedzmy – Artura Wasylenkę, któremu nie podobało się, że odmieniam jego nazwisko. -Nie mów że, notatki dałeś Wasylence, bo moje nazwisko się nie odmienia. Hm. Wytrzymałem chyba miesiąc, poczym ogłosiłem: szanuję twoją szajbę i nie będę odmieniał twojego nazwiska, ponieważ nie będę go używał. Niniejszym ogłaszam cię Wasylem. Przyjęło się i -dzieści lat później nadal jest Wasylem i nawet jego własne dzieci nie wiedzą, że w papierach ma Artur. Nie jestem z tego specjalnie dumny, ale właśnie tak działają imiona.
Jak masz dobre, to je szanuj.

Czemu na razie nie ma zdjęć ptaków…

Jak zostałem anorektyczką

Parę lat wstecz na blogu chwaliłem się, jak to na diecie z żywych robaków, surowych ryb i świnek morskich schudłem 10 kilo i ważę zaledwie – ach – 77. Po miesięcznym pobycie w Peru tak miałem. Tymczasem 10 lat później pandemia odcięła mnie od biurowej kantyny i zamiast na lancz biegnę do parku. W efekcie chudnę w tempie kilo miesięcznie i jest to stabilny trend. Gdyby się utrzymał, to w przyszłym roku o tej porze spokojnie móglbym zagrać Ghandiego.
Zacząłem więc wyhamowywać. Kupiłem lody, kupiłem piwo, kupiłem czipsy.
Guess what – niedobre. Lody za słodkie, piwa za dużo, czipsy walą czipsami. Przyzwyczaiłem się, że mecze oglądam pogryzając marchewkę. To może przestać się katować bieganiem itp.? Łatwo powiedzieć. Przychodzi pora lanczu i mnie nosi.
Niestety, nie da się tak po prostu przytyć. Sama zmiana diety nie wystarcza. Bycie grubym wymaga zmiany wieloletnich przyzwyczajeń, stylu życia. Ale… dream big, one day…

mój focus aż zaklekotał ze zdziwienia…

Historia nauczycielką życia

W. Suworow opisywał, jak Rosjanie próbowali wyprodukować u siebie amerykańskie myśliwce na podstawie amerykańskich projektów, przeliczając cale na centymetry i funty na kilogramy. Się nie da. Po rozstrzelaniu kilku biur projektowych Stalin ugiął się i kazał kupić amerykańskie calówki, wagi w funtach itp.
Podobnie mój kolega, na codzień wybitnie skrupulatny inżynier, próbował wypiec ciasto opierając się na amerykańskiej recepturze. Wiem, nawet w obecnej niebinarnej rzeczywistości inżynier-cukiernik to rzadkość. Na jego usprawiedliwienie zaznaczę, że chodziło o ciasto psychoaktywne, takie brownie z haszem, którym inżynier chciał odreagować swoją wybitną skrupulatność.
„Takie fajne ciasto, koleżanka przysłała przepis, poprzeliczałem sobie te funty, pinty zapakowałem do piekarnika i heja. Po dłuższej chwili jeden kurde dym, smród i wietrzenie – ciasto spalone. Przeliczyłem byłem wszystko skrupulatnie, z wyjątkiem farenhajtów na cesjusze. Co się tego dymu nawdychałem, to moje, ale osiem gram extra trawy poszło się dymać”.
Well, z piekarnikiem wyskalowanym w farenhajtach byłoby łatwiej.
Czym jest wszakże utrata ośmiu gramów materiału z utratą marsjańskiego satelity za miliard? No właśnie zdarzyła się taka, bo ktoś pomylił niutony z funtami.
A zatem udanych wypieków i orbitowań życzy kominiarz.

Plandemia singli

Że pandemia to ściema zrozumiałem dzisiaj na basenie. Elegancko odremontowany obiekt nie był jak zwykle pełen toksycznych dzieciarów, ale stał do dyspozycji mojej i jakiegoś innego typa. Po trzy tory na typa, znaczy. Po jakimś czasie weszła grupa, która zapełniła te puste. Sześć nieobciążonych rodzinami osób w sumie, które w milczeniu machnęły swoje kilometry w prawie nieśmierdzącej wodzie (again brak dzieciarów) i rozjechały się do domów.
Dzieci zamiast zanieczyszczać basen w maseczkach utrzymują „dystans społeczny” w szkołach. Sielanka. Chwilo trwaj.
Zmęczeni introwertyczni dorośli, łącznie z Naczelnym Dorosłym Kraju mogą nareszcie pomyśleć o sobie i swoich priorytetach jak np. głaskanie kota. Futrzaka miło pogłaskać, karp nie ma takiej właściwości, dlatego nie zanosi się na rychły zakaz hodowli tychże.
Wszyscy mają buzie pełne empatii i pozornie wyzwolenie futerkowych to no-brainer: życie przytulaśnych futrzaków kontra interesy spoconych grubasów w mercedesach.
Ja na próbę wzbudziłem sobie tę empatię i nie jestem już taki pewien. Po pierwsze zakaz nie poskutkuje wypuszczeniem srebrnych lisów na mazowieckie pola, oj nie. Obawiam się, że nikt ich też nie adoptuje, najpewniej skończą jak ich poprzednicy.
Po drugie, gdybym był norką, to naprawdę nie wiem, czy wolałbym to kiepskie, ale jakieś, bytowanie w klatce od nie bycia w ogóle. Temat stary jak Hamlet: może Dania jest więzieniem, ale wciąż – być albo nie być.
I po trzecie, ci hodowcy może rzeczywiście są odpychający, ale przecież norki nie są dla nich. Futra z norek, proszę wycieczki, otulą nagie ramionach kobiet pięknych i występnych.
Czcze fantazje, nieprawdaż, bo los norek, forsiastych grubasów i amoralnych kobiet jest już przesądzony. Zostali skazani na dożywocie na drugim planie filmów z Bondem, niestety.