Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet.

Byłem nad morzem i w poszukiwaniu wolnego kawałka plaży siedliśmy na rowery. Pożyczone. Trudno oczekiwać od taniej wypożyczalni ramy z karbonu, ale zasadniczo wypożyczalnie przeszły już z epoki żelaza w erę aluminium.
Nawet zajeżdżone, poobijane egzemplarze dla dzieci, młodzieży i mężczyzn jeżdżą w miarę, bo wypożyczalnie czyszczą, smarują i regulują na bieżąco.
Jeśli idzie jednak o rower dla Jejmości, czyli damkę… Boże, ona waży tyle co pozostałe rowery razem wzięte. Jak wiadomo panowie są z Marsa, a panie z Wenus, tymczasem producentom damek Wenus popyrtała się z jakimś Jowiszem o 10x grawitacji, na takie istoty o żelaznych mięśniach bowiem zaprojektowali te rydwany.
Nie idzie tego podnieść ani rozpędzić nawet facetowi, co dopiero kobicie. Facetowi nie idzie nawet siedzieć, bo siodełko powyginane w jakieś perwersyjne kształty, mniejsza.
Heloł, żyjemy w epoce strajku kobiet sikających na stojąco i szastających słowem grubem, może pt producenci przestaną tłuc te 19 wieczne wzory z zagłębia Rury pod grube berty i zaoferują coś współcześniejszego?
Chyba, że właśnie o to chodzi. Że projektanci rowerów jako tradycjonaliści chcą ukarać kobiety za to, kim się stały i z sadystyczną przyjemnością leją ołów w aluminiowe ramy.
Nieładnie.

prawie morze.

Spirala przemocy

Obczaj akcję: siedzę na tarasie i jem obiad. Słonko świeci, ptaki drą dzioby. I nagle cisza. A po chwili znów jazgot, ale już inaczej. Ty byś nie zauważył różnicy, on by nie zauważył różnicy, ale ja tak – człowiek lasu, co nie. I czuję, że coś się dzieje, ktoś się czai. Sięgam po spluwę, bo to nie pierwszy raz, kucam i już go widzę. Mierzę, przestawiam na ogień ciągły i wywalam serię ostrzegawczą. Prosto w ten rudy ryj!
Powyższa relacja, to bynajmniej nie historia wizyty Donalda Tuska u – ja wiem – posła Tarczyńskiego, ale kolejny niewesoły epizod obrony ogródka w ogóle, a grządek w szczególe przed kotami sąsiadów. Póki obejścia pilnowała amstafka problem nie istniał, odkąd wyprowadziła się do miasta, pozostał mi tylko colt 1911.
Jakim cudem przestawiłem colta na ogień ciągły? Wersja na plastikowe kulki ma taką opcję. Gdybym mieszkał w Teksasie nie miałbym tej opcji, ale miałbym podziurawioną ołowiem skórę kota nad kominkiem. A tak…
Lubię koty. Co więcej, wolę koty od pomidorów, nawet własnych. Nawiasem – nie do końca rozumiem różnicę, jak zapłacę za pomidory w owadzie, to już jest mój własny, czyż nie?
Anyway gdyby koty przychodziły wyjadać warzywa nie byłoby problemu. Ale one przysiadają w marchewce w zupełnie innym celu. Na takie zachowania nie ma naszej zgody, nieprawdaż.
Nieprzekonanych zapraszam na fora ptasie, gdzie ptasiarze zbierają podpisy za wprowadzeniem kary śmierci dla właścicieli kotów i odłowem oraz deportacją kotów jako takich.
Ech, nowy świat wegańskich ekologów będzie równie skonfliktowany jak świat mięsożernych wikingów.

Dobre imię: Łojć.

„Czy naprawdę nie moglibyśmy okazać odrobiny uprzejmości i zwracać się do ludzi tak żeby ich nie obrażać i jak oni tego chcą ?”
Oczywiście moglibyśmy – to jedyna właściwa odpowiedź na to cwane pytanie, które z niewinnym uśmiechem zdają nam rozmówcy o poglądach lewicowych, zdecydowanie za głupi żeby je sami wymyśleć. Słyszałem je tyle razy przy różnych okazjach, jakby ktoś rozsyłał je esmesem.
Jeżeli jakiś Murzyn nie chce, żeby nazywać go Murzynem, bo go to „obraża” – okaż odrobinę uprzejmości.
Kiedy jakiś zaburzony młodzieniec każe sobie mówić „Małgorzata” – okaż odrobinę.., itd.
Owszem mogę i wykażę, ale tylko wtedy, kiedy sam będziesz uprzejmy zwrócić się do mnie „Wasza Miłość”, bo tak chcę, a każda inna forma obraża mnie i urąga. A zatem na kolana suko, całuj pierścień i się wykaż uprzejmością.
Gdybym miał ciągoty „intelektualne” pofilozofowałbym, że próba narzucenia języka jest wstępem do przejęcia władzy, zakazywanie słów i pojęć niczym innym niż cenzurą itp. itd., ale ciągoty takie są mi obce, więc nie będę przynudzał o – ja wiem? – semantycznej przemocy lewaków.
Przypomnę za to oczywistości, jak to, że nikt, nigdy i nigdzie sam nie wybiera sobie imienia. W żadnym miejscu i żadnej kulturze. Władysław wcale się nie zapisywał na Władysława, dostał to imię jako wyraz pobożnego życzenia rodziców, żeby został sławnym władcą. Tym bardziej nie prosił się o szyderczy przydomek Łokietek, pod jakim przeszedł do historii. Indianie byli mocno zdziwieni, że zostali Indianami tak daleko od Indii, a Niemcy – że nie potrafią mówić – stąd ich miano.
W klasie syna jeden z kolegów poprosił, by zwracać się do niego per „Snajper”. Wołają na niego: Gruby, bo jest gruby.
Ja też nie protestuję, kiedy moi hinduscy koledzy w pracy mówią do mnie Łojć. Domyślności czytelników zostawię, jakie prapolskie imię zmienia się w ich ustach w Łojć. Czy „Łojć” będzie oznaczało dla nich cenionego i pomocnego specjalistę, czy stanie się synonimem bumelanctwa i dodupizmu, a w konsekwencji czymś na kształt obelgi, zależy już tylko ode mnie.

mam na imię zięba i chcę tu zamieszkać.

Polipropylen, Pan Wszechświata.

Wiele się mówi ostatnio o czipach, które wstrzykują nam razem ze szczepionkami na polecenie Sorosza lub Gejtsa. Również uważam, że to oburzające, ale przynajmniej czipy te są niewidoczne.

Tymczasem odkąd Unia kazała czipować krowy łąki już nie są takie same.

Żółtożarówiaste czipy szpecą zwierzeta hodowlane i każą wątpić w dobry gust komisarzy wspólnotowej polityki rolnej. Z drugiej strony – jesteśmy cywilizacją plastiku i z pktu widzenia polipropylenu ogromne połacie pastwisk bez jaskrawo zaznaczonej jego obecności było poważnym niedopatrzeniem.

Nie koniec na tym. Jest jeszcze dzicz. Tak zwana dzicz. A skoro jest dziczą tylko w teorii, bo całkowicie spenetrowaną już to przez turystów, wędkarzy, myśliwych, już to przez mgr dr frr Ornitologów, zrozumiałym jest, że drobinki plastiku w wodzie glebie i powietrzu nie wystarczą.

Dlatego ornitolodzy zostali zazadaniowani owinięciem w polipropylen czego się tylko da. Łabędź z żółtym plastikiem na szyi zawsze przypomni nam, kto tu tak naprawdę rządzi. Z tematem ofoliowanych ptaków zetknąłem się na dyskusyjnych grupach ptasich i pouczony, żebym nie robił z siebie kretyna zastrzeżeniami wobec plastikowych „obrączek” na pół ptaka, bo to „normalne ornitologiczne oznaczenie” i inaczej się nie da.

A poza tym łabędź jest dobrem ogólnoświatowym objętym w Polsce ochroną gatunkową ścisłą i ornitolodzy będą go chronić do ostatniej foliówki.

No nie wiem, w mojej okolicy gdzie nie rzucisz patykiem to trafiasz w łabędzia. A jak się przyjrzeć liście gatunków objętych ścisłą ochroną, to jest to praktycznie lista wszystkich ptaków minus gołębie kaczki i gęsi. Tak, wróbel też jest objęty ścisłą ochroną gatunkową.

Znakomicie wróży to podniesieniu widoczności plastiku wokół nas.

Bierz forsę i w nogi

Mawia się, że każdy pracownik branży, pracuje, pracował lub będzie pracował w IBM. Mi się udało uniknąć i tak chyba już zostanie. Podobnie jak znajomemu Marianowi „Bierz forsę i w nogi”. Marian to weteran u progu emerytury, który w trakcie długiej kariery niejednokrotnie stawiany przed dylematem: suta odprawa albo spokojne nincnierobienie u likwidowanego pracodawcy zawsze wybierał to piewsze.
Szanuję, acz nie naśladuję.
Wydawać by się mogło, że chwilę przed emeryturą dałby już sobie spokój i przepękał w tym swoim banku do końcowego gwizdka, ale nie Marian, ale nie on. Siwy, pochylony, otoczony wianuszkiem wnuków zaczął rozsyłać CV jak jaki student i – co powiecie – zaprosili go do IBM-a.
Oczywiście prawą rozsyłał cv, a lewą gorączkowo upychał kolejną odprawę, przy jego stażu i pracodawcy mogła nie zmieścić mu się w neseserze.
Dzwonię by mu pogratulować odwagi i nowego otwarcia, ale nie słyszę entuzjazmu.
-No jednak nie będę pracował w IBM.
-Co? Zmieniłeś zdanie?
-Ja?! W życiu. IBM zmienił nazwę.
Faaaktycznie, coś słyszałem, że dział usług IBM, główny pracodawca w kraju, wyodrębnia się się od firmy matki.

-Cool. I jak się nazwą?
-Wcale nie cool. Nazwą się kyndryl.
Kilka razy kazałem sobie powtórzyć i zweryfikowałem, bo trudno uwierzyć. Rzeczywiście ktoś to wymyślił, co mogło się zdarzyć, ale że kierownictwo poważnej korporacji to klepnęło – koniec świata. Przepchnięcie tak lamerskiej nazwy wstrząsnęło moją wiarą w kapitalizm korporacyjny, niemal jak dzielone światła w skodzie octavii.
Jak to jest, że poważni ludzie po stanfordach wydają kupę kasy na ważniaków po oxfordach, i na końcu wymóżdżają jakiegoś pokracznego kyndryla?
Nie wiadomo, czy to miejsce pracy, czy obelga. Prawie jakby robić w OSRAM. No nic, pieniądze nie śmierdzą, bierz kasę i w nogi. Marian, ty kyndrylu.

naprawdę duży grajdoł

Historia wesoła, a ogromnie przez to smutna.

Spotkałem się z kolegą, bo kolega od tego. Towarzyszyła nam jego dziewczyna, określenie nieco mylące, kiedy chodzi o panią po czterdziestce, no ale nie każdy jest gotów nazywać rzeczy po imieniu, jak: Zofia, moja konkubina czy: Stefan, mój kopulant.
Zatem pani owa, nazwana roboczo Zofią, wygłosiła monolog, w którym wątek podłości byłego męża przeplatał się z pochwałami pod adresem prawnika od podziału majątku. Nawiasem pisząc jest tylko jedna okoliczność bardziej przykra od konieczności podziału majątku, a mianowicie brak majątku do podziału. Z powodów, o których nie pora, zainteresowałem się osobą mecenasa.

-Fantastyczny facet, polecam, nazywa się Kuszelak.
Na te słowa kolega zbladł, pokraśniał i wysyczał:

-Nie polecam. Przesssskur..

-Ale czemu?

-To prawnik mojej żony – wyjaśnił.


Ups.
Ten moment, kiedy pary odkrywają, że łączy je więcej, niż sądziły.
No i ta fascynująca zdalna relacja kolegi z mecenasem Kuszelakiem, który w pewnym sensie żyje z jego kobiet.
Co by nie mówić, za katolicyzmu życie było prostsze.

kiedyś nie było rozwodów, za to był śnieg. przypadek?

Słowo, obraz, myśl

Tytuł jakby z eseju, który wstrząśnie rozumieniem sztuk wizualnych w następnym stuleciu, zawartość nieco przyziemna, jak to u mnie. Zacznijmy od słowa, niech będzie krowa. Na hasło krowa staje mi przed oczami obraz krowy rasa czerwona polska, bo takie hodował Dziadek. Moje dziecko widzi klasyczną łaciatą czarno-białą, bo takie pasł sąsiad na łące nieopodal. Kolegom mojego dziecka nie dotkniętym traumą mieszkania na wsi słowo krowa kojarzy się ze starszą panią przechodzącą nie dość szybko przez pasy.
Banał.
Są słowa jeszcze bardziej banalne niż krowa, na przykład „zakup”. Kupno, zakup, zanabycie do niedawna znaczyło z grubsza to samo dla wszystkich. Ale – hej – czasy się zmieniają i słowa wraz z nimi. Niektóre znikają całkiem jak Murzyn (w tunelu) inne tracą sens jak np. mama czy tata, już to w obliczu przemian obyczajowych, już to z banalnego braku dzieci.
Dlatego dziwię się zdziwieniu „posiadaczy” filmów kupionych od Appla, którzy skonstatowali ich brak w iTunsach czy jak tam się garaże użytkowników Appla nazywają. Najpierw się zdziwili, potem oburzyli, następnie zaciągnęli Appla do sądu, bo jako zacofani Amerykanie nie posklejali jeszcze, że operują już w zupełnie nowej rzeczywistości.
Irytującą postępowy świat cechą Stanów są nieobliczalni sędziowie, którzy również obunóż tkwią w jakichś starych przyzwyczajeniach. I kiedy zorientowany prawnik Appla z godną podziwu cierpliwością tłumaczy takiemu, że „żaden rozsądny użytkownik nie spodziewa się, że filmy będą tkwiły na platformie na zawsze”, taki sędzia mruczy coś, że kupione to kupione, sprzedane to sprzedane i jak kupiłem, to mam, co nie, albo mam mieć, co nie, a jak zabrałeś to zwróć, co nie [1].
I niestety – łup młotkiem – i kasa wielu poważnych ludzi musi wrócić do zacofanej biomasy.
Szczęście, że w naszym kraju żaden gruby kotlet nie musi nic zwracać żadnemu chudziakowi. Co przekręcił, to jego. Środowisko sprzyjające biznesowi. Oczywiście miliony chudziaków zrozumiały, że to dla ich własnego dobra i z oburzeniem obserwują próby manipulacji przy wymiarze sprawiedliwości, żeby bardziej przypominał standardy amerykańskiej wiochy.
Ja również. Np. zupełnie nie zdziwiłem się, że chmura Nikona, w która miała przechowywać moje foty, skasowała je. I bardzo dobrze, dzięki temu zwiększyła mi się ilość miejsca. Oraz pojąłem nowe znaczenie słowa „przechowywać”.

[1] https://www.hollywoodreporter.com/thr-esq/apple-must-face-lawsuit-for-telling-consumers-they-can-buy-movies-tv-shows

Układ domknięty

Wyślij mi pita jedenastego, zatelegrafowała Leniuchowa, z którą się wciąż wspólnie rozliczam. Przetrząsnąłem dosłownie każdą teczkę, obejrzałem każdy z miliona papierów w gabinecie i żaden z nich nie przypominał pita z pracy, który do tej pory niezawodnie musiał był już nadejść, jak to było rok, pięć i dziesięć lat temu.
Zanim udałem się z kilofem i latarką do archiwum w kotłowni, sprawdziłem w skrzynkę służbową i bingo – w tym roku pitów nie wysyłają. W tym roku wyliczą i udostępnią nam je znakomici polscy programiści z firmy Teta. Do Tety trafia się chyba z CDProjektu, jak narobisz za dużo usterek w kodzie, bo ściągnięcie pita mnie przerosło.
I tutaj – błysk geniuszu – postanowiłem sprawdzić w jaskini lwa, czyli w Urzędzie Skarbowym. I co powiecie pit już tam był, niczym mercedes starego Niemca w Polsce, zanim ten wpadł na pomysł, żeby się do Polski wybrać.
Sto lat po wynalezieniu internetu Państwo wpadło na pomysł, żeby przekazywać tego świcha elektronicznie, hosanna. Moment nieunikniony, ale tak długo oczekiwany, że utracono wiarę w jego nadejście, niczym kiedyś w śmierć Leonida Breżniewa.
Zaprawdę powiadam wam, jedzcie zdrowo, żyjcie długo, a doczekacie niemożliwego.

Zima w Stambule ‚2013

W okrążeniu

Starsi spośród nas pamiętają, a młodsi potrafią sobie wyobrazić, jak prezydent Lech Wałęsa komunikował się z Narodem za pomocą komunikatora gadu-gadu.
I ja tam byłem, miód i wino piłem, tzn używałem gadu-gadu.
Obok icq, mirandy, gaima, lynca, skypa, webeksa… you name it.
Mnogość komunikatorów i błyskawiczne przepływy miliardów juzerów z jednego do drugiego pozostają dla mnie jedną z zagadek wszechświata. Jeszcze większą zagadką są osoby komunikuące się kilkoma aplikacjami naraz. SMS „Żuczku, będę po ósmej”, ląduje obok „Żuczku, kup rybę białą pół kilo” whatsappem, poprzedzonym „Żuczku, stęskniłam się” messendżerem FB.
„Żuczek” czuje się jak pałkarz palanta czy innego bejsbola obrzucany piłkami z trzech stron. Albo ów stary wilk Kaczmarskiego, który „z trzema naraz walczy psami i z trzech ran naraz krwawi”.
Szczególnie nerwowo robi się, kiedy „Żuczkowi” przemknie w powiadomieniach takie „Stęskniłam się” i zniknie, zanim Żuczek zatrybi z której aplikacji toto wyszło. Nerwowo przeszukuje telefon, no bo odzew „ja też” musi pójść szybko, inaczej sankcje.
Jedyny pozytyw, że los cudzołożników i bigamistów stał się naprawdę marny.
Nie połapią się kto, skąd i którędy z nimi tęskni.

Sztuka użytkowa.