Bossa z ofissa

Onegdaj zrodziła się we mnie obawa, że nadużywanie twittera ryje mi beret w kierunku skrajnie prawackim.

Za własne pieniądze wykupiłem sobie zatem dostęp do periodyków z samego jądra liberalnej poprawności: Tygodnika Powszechnego i The New York Timesa. Z niewielkim efektem, bo jakoś nie przekonały mnie do swoich racji.

Azaliż aliści, za moje $20, NYT „naukowo” potwierdził powszechną intuicję, że gonić ludzi do biura mogą tylko wyjątkowe buce.

Oczywiście NYT z właściwą angielszyczyźnie barokową rozlewnością [1] zastąpił „buca” pop-psychologicznym żargonem:

„Z naszych danych wynika, że ogólnie rzecz biorąc, egocentryczni liderzy mają problem z zaakceptowaniem faktu, że pracownicy mogą niezależnie decydować o miejscu swojej pracy. Psycholodzy od dawna sugerują, że narcyzm działa jak narkotyk – sprawia, że ludzie nieustannie łakną uwagi i aprobaty. Praca zdalna pozbawia liderów dostępu do tego źródła. Gdy ludzi nie ma w biurze, trudniej jest nimi dowodzić i ich kontrolować. Liderzy nie mogą zastraszać podwładnych, krążąc nad ich biurkami i trzaskając drzwiami. Nie mogą demonstrować swojej dominacji, zwołując wszystkich do sali konferencyjnej i uderzając pięścią w stół. Nie mogą nawet spojrzeć nikomu prosto w oczy, by go onieśmielić.

Praca zdalna uniemożliwia również liderom pławienie się w blasku pracowniczego uwielbienia. Zamiast wyróżniać się w narożnym gabinecie, liderzy giną w morzu identycznych kwadratów na ekranie. Zamiast pełnego skupienia, w świecie online spotykają się ze znudzeniem, zmęczeniem oraz przeszkadzającymi partnerami, dziećmi i zwierzętami. Zamiast natychmiastowych reakcji na szefowskie polecenia otrzymują zacinający się obraz twarzy i opóźnione odpowiedzi. Przymilne zapewnienia ze strony pracowników po prostu nie działają tak samo, gdy są pisane na Teamsach. Egocentryczni liderzy często reagują na te zagrożenia silniejszym dokręcaniem śruby. Twierdzą, że ludzie w domach obijają się, a nie pracują. Grożą zwolnieniem każdemu, kto nie stawia się w biurze przez pięć dni w tygodniu”

Wnioski niby ok, ale co z metodologią. Jak można się domyślać „nauki społeczne” to osobna półka, na której nie ma miejsca na żenadę.

„Ponieważ nie mogliśmy bezpośrednio zmierzyć rozmiaru ich ego, zbadaliśmy czynniki, które w wielu wcześniejszych badaniach zostały uznane za wiarygodne wskaźniki narcyzmu: wysokość ich pakietów wynagrodzeń, wielkość ich podpisów oraz rozmiar ich zdjęć w raportach firmowych”.

Anyway, jeżeli jesteś pod presją powrotu do biura, może nie od rzeczy będzie podesłać kierownikowi link do tej notki lub oryginału poniżej.

Byle anonimowo.

_____________________

________________________________

[1] Tak jest. Przeciętny Wschodnioeuropejczyk wali zwięźle i na temat w porównaniu z rozchybotanymi Anglosasami.

Haiku z kebabem [tm]

Do urzędu patentowego wbija typ z pudłem wielkości piekarnika.

Pytają go, co to. Maszyna do golenia. I jak działa? Wkładasz głowę w dziurę, a tam zestaw brzytew elegancko usuwa zarost. Ale panie, to niebezpieczne, przecież każdy ma inny kształt twarzy.

TYLKO ZA PIERWSZYM RAZEM, odpowiada.

Ryje mamy wszyscy różne, kwadratowe i podłużne. Różne mamy też charaktery. Ktoś jest Rejentem Milczkiem, ktoś Cześnikiem Raptusiewiczem. Wynikają z tego zabawne sytuacje i dobrze. Może gdybyśmy wsadzili głowy do maszyny bylibyśmy podobniejsi a pewno przystojniejsi. Według dzisiejszych – przyznajmy – wyśrubowanych standardów Cześnik miał ADHD [1] a Rejent był „w spektrum” [2]. To się leczy. Wiemy na pewno, terapeuci nam powiedzieli. Skończyli wielotygodniowe kursy terapeutyzmu, co nie.

Obiecane haiku z kebabem [tm]

W burgerkingu

na parkingu

syn kingkonga

grał w pingponga.

Dobranoc Państwu!

_______________________________________

[1] kiedyś nie było ADHD, kiedyś mówiło się: dziecko nadpobudliwe. Mało znany fakt: ADHD to skrót od „dziecko nadpobudliwe”, po angielsku zapewne

[2] te tępe dzidy od pop-psychologii nawet nie wiedzą, że spektrum to pełnoprawne słowo i nie odnosi się tylko do autyzmu.

Ludziom trudnej roboty.

W te dni moje myśli są z aktywistami pracującymi na najtrudniejszym odcinku. Ludzie ci mają najniewdzięczniejszą robotę na śwecie: przerażenie Polaków możliwością ocieplenia klimatu.

Właśnie rozpocząłem tygodniowy urlop, woda w Bałtyku sięgnęła 14 stopni, temperatura w chałupie spadła do 19-stu, naciągam sweter. Jest wpół do lipca, zaraz najdłuższy dzień roku, słońce bezlitośnie praży, szkoda, że nie widać go spoza chmur. Jako komputerowiec 50+ koszę właśnie najwięcej kasy w życiu, nominalnie, bo faktycznie połowa wpada w te chore progi i spływa na dopłaty do elektryków, dopłaty do prądu z fotwoltaiki, dopłaty za WYŁĄCZENIA prądu z fotowoltaiki, opłaty karne za prąd z węgla, za prąd z gazu, za gaz i za olej opałowy też.

Tak tak, w momencie, kiedy panele pompują za dużo prądu, państwo je odłącza i płaci ich właścicielom z twojej kieszeni, ale, że nie daje się całkiem jednocześnie wyłączyć elektrowni węglowych płacisz jednocześnie sztraf za wyngiel. I normalną taryfę za … patrz screen obok

W tej sytuacji szlachetny aktywizm klimatyczny stał się trudniejszy niż namawianie chłopów na kolektywizację. To zadanie dla zawodników o psychice nosorożca, w gruncie rzeczy kryptosamobójców, których ktoś zupełnie odruchowo może zatłuc parasolem.

Dodam, że przed czerwcem był maj i rozbuchane święto gminy, trzy dni koncertów w zimnie i w deszczu, jak to w maju.

* * *

Na pogodniejszą nutę… Jako dziecko zazdrościłem dorosłym ich supermocy, np. umiejętności prowadzenia samochodu, mówienia w obcym języku lub rozpoznawiania gatunków ptaków.

Mądrość przychodzi z wiekiem, chociaż czasami wiek przychodzi sam. Co do ptaków wszedłem na level ninja, rozpoznaję bez patrzenia czy słuchania.

Co to za ptaszydło tam za tobą?

Na dębie? (bez obracania się)

No, takie wielkie.

Bocian czarny.

Ale na dębie?

Łąka zalana, zimno i wieje, to siedzi na dębie

Wsad na grilla.

Moja firma (moja = mnie zatrudniająca) w ciągu ostatniego miesiąca podwoiła swoją wartość rynkową.

Przypomniała mi się rozmowa przewodnika z wycieczką po Baku.

– Miasto ładne, ale w ogóle bida, co nie? – rzucił Rusek

– Z tego co słyszałem, u was Putin dochodami z ropy też nie bardzo się dzieli – odparł Azer [1]

– Nie ze mną – zapewnił Rusek.

– Ani ze mną – dodał jego kolega. K’zażaleniu.

No więc ze mną też się nikt nie dzieli, choć mógłby i byłoby czym.

Czasami na przeszkodzie staje Prawo Pracy. Weźmy dyżur – 25 zyla za godzinę. W dzień powszedni byłoby to 16 godzin. Zapłaciliby? Zapłaciliby. Dla mojego chlebodawcy te 16x25pln to jak splunąć, dla mnie – zakupy na Święta.

Ale nie zapłaci, bo kodeks stanowi, że mam prawo do 11 godzin ciągłego odpoczynku. A zatem dyżurować mogę tylko przez 5h na dobę.

Jeden rabin powie, że socjaliści obrabowali mnie właśnie z 11 godzin dyżuru.

Inny rabin przypomni, że Hindusom dyżuru nie płacą w ogóle. Ani Amerykanom.

Rebe google doniesie zaś, że za pod telefonem w domu nic kodeksowo nie przysługuje. [2]

Anyway, na grilla z tych 5 godzin wystarczy.

Lachaim!

_________________________

[1] to w ogóle zarąbista wymiana była. Szalenie po sowiecku, w dobry znaczeniu tego słowa – kulturno. I Azer i Ruscy byli z tej samej starej szkoły. Niewzruszone miny, zero – na pozór – emocji, pełne zdania z kropką. U nas ostanim Mohikaninem tej szkoły jest np. Kwaśniewski. Selekcję kadr tamten system miał zaawansowaną.

[2] co ja z tymi rabinami… no bo moja firma to własność pewnego Żyda. W zeszły piątek wzbogacił się o kilkadziesiąt miliardów dolarów, taki był skok.

Ten uczuć kiedy…

… uchwalają ustawę reprograficzną (aka podatek na nieudolnych artystów im. Jasia Kapeli). Od dziś włączam piratowanie z netu z dużo czystszym sumieniem, wiedząc że i tak płacę na twórców w cenie laptopa. I to nawet nie ja, bo mój pracodawca.

…dowiadujesz się że walczący Ukraińcy, których ci było żal, to już oficjalnie UPA, przez co żal ci ich mniej i w ogóle lżej na sercu

… że trzy systemy i arkusz w excelu, w które dotychczas wpisywałeś osobno czas pracy, urlopy, nadgodziny i dyżury zostają skomasowane w czwarty system, który pomieści w sobie wszystko. Wpisujesz raz, nie cztery. Chyba, że chcesz dostać pieniądze wtedy musisz wpisywać w te stare i ten nowy też.

AI Radżesz

W roku mniej więcej 1986 powszechną wiedzą było, że wkrótce komputery zabiorą nam wszystkim pracę. Nowinkarze wspominali o tym już w 1976. A Lem to chyba nawet w 1956. No ale mamy 2026 i nie tylko powtarzamy, że Sztuczna Inteligencja zabierze nam robotę, ale rzeczywiście firmy wywalają ludzi drzwiami i oknami.

Także u mnie w firmie, choć mi to jeszcze przez chwilę może nie. Tak myślałem do dzisiaj. Dzisiaj bowiem wziąłem udział w callu z moim nowym EMEA (=Europejskim (i śródziemnomorsko-afrykańskim), dla niezorientowanych) Zespołem. Oto mój europejski zespół:

anonimizowane

Ci goście przejęli administrowanie Frankfurtem, Mediolanem itp.

Nie chodzi o to, że są śniadzi, że za oknem ktoś gra im na sitarze „Fale Gangesu”, że wrzaskliwa menedżerka tylko przez wzgląd na obcych schowała bambusową szpicrutę pod stołem, ale jej podwładni świadomi zagrożenia raportują z uniżonością właściwą ludom Wschodu… Chodzi o to, że żaden z nich nie wygląda na Agenta AI. Są to normalne białkowe byty, tylko cztery razy tańsze od europejskich.

Tak że fajnie, że uszczelniliśmy granice itp. ale miejsca pracy i tak nam wyciekną.

Po światłowodzie.

__________________________________

Na poparcie w/w tezy:

https://archive.ph/20260516072556/https://www.economist.com/finance-and-economics/2026/04/13/the-tech-jobs-bust-is-real-dont-blame-ai-yet

Dramat w trzech aktach

„Czasy są cieżkie, czasy są złe… ale czasy – to my” św. Augustyn

Akt I

-Sie ma Leniu, co-tam-jak-tam, stara bida?
-Dzień dobry szefie, no mniej nas teraz jakby, ale dajemy radę
-Zuch. Ciężki kawałek chleba, coraz bardziej, co nie, ale jest. A mogłoby nie być.
Co tam u syna, wciąż studiuje? Kredyty spłacone? No tak…
Ciężkie czasy, dla każdego. Musimy sobie pomagać, co nie. I ta niepewność jeszcze, co miesiąc ktoś znika, niepewność najgorsza. Prawie.
Ja tu taką propozycję mam, bo widzę, że kupę siana u nas trzepiesz i bardzo dobrze i ja też chciałbym żeby jak najdłużej, co więcej, nawet bym dopilnował, bo czasy takie, że musimy być jak ta sparta, nieprawdaż, ramię w ramię, ja tobie ty mi. Ty mi konkretnie byś co miesiąc dziesięcinę w kopertce, jak na kościół, a ja za to jak ojciec rodzony, prezesa zwolnię, a ciebie obronię. Gra?

No wcale nie gra(łoby). Rozmowa zupełnie fikcyjna, nie do pomyślenia przecież. Nie w korporacji, nie w 2026.

Akt II

Czytam sobie książkę „Polska odwraca wzrok” o różnych skandalach powszednich, które trwają latami. Tak jak w akcie I funkcjonowało całe miasto, Zduńska Wola. Wszyscy odpalali burmistrzowi, wyłamał się jeden, był proces, a nawet seria procesów i co powiecie: niezawodni sędziowie orzekli, że burmistrz jest niewinny, ale ci co mu dawali kasę już tak – łapówkarze. Pani reporterka raczej smutna niż oburzona, bo sędziny same praworządne, o słusznym rodowodzie. Dobrze, że to jakaś Zduńska Niewola, daleko i dawno, burmistrz chyba już umarł czy tam przeszedł do biznesu. Pozostał tylko smutek.

Akt III

Wracając z basenu w nieodległym akwaparku Trzebnica Zdrój zawsze zabieram ze stojaka Panoramę Trzebnicką, a to w celu czyszczenia nią szyby kominkowej. Czytałbym, z nawyku, ale się nie da. Panoramę powinna prenumerować @Ambasada_KRLD w Polsce, celem dalszego doskonalenia wizerunku Kim Dzong Una, bo nie dorasta burmistrzowi Trzebnicy. Każdy artykuł sławi burmistrza, zdjęcie bez burmistrza to pomyłka albo sabotaż.

Ale pewnego dnia – bęc. Policja, prokurator, zarzuty: „uzależniał przyznanie nagrody uznaniowej od przekazania sobie jej części”. Brzmi znajomo, a to nie gdzieś, kiedyś, ale tu i teraz, po sąsiedzku.

Epilog

W maju – komunie, majówki, grille – siadamy do stołu z różnymi biesiadnikami. Niektórzy okropnie psują nastrój, wdają się w jakieś negatywne tyrady jakby owładnięci duchem Leppera czy Kononowicza. Nieudacznicy, frustraci, przegrywy. Być może, ale niekoniecznie. Bardzo możliwe, że zarabiają na życie w samorządzie i muszą się opłacać jakiemuś wójtowi, bo jak nie… Bądźmy wyrozumiali.

Bądźmy wyrozumiali także dla burmistrzów. Tak, tak. Żeby nie spaść ze stołka trzeba wygrywać wybory, a kampanie nie są za darmo. Do kogo podbić o kasę? Do beneficjentów wygranej, czyli podwładnych. Dokładnie tak samo robią premierzy, a oni w odróżnieniu do samorządowców mają dotację państwową. I tak to się u nas kręci.

Bądźmy wyrozumiali również dla Kim Dzong Una … a nie, czekaj.