Covid and Co

Jako się rzekło wybieram się na wakacje do NY i – co zrozumiałe – interesuję się tematem. Dwa sezony temu aspirujący ąę zachwycali się miniserialem z Kumberbaczem, który także o NY zahaczał. Chwilowo mam dosyć telewizji i czytam pięć tomów wyrafinowanej angielskiej prozy, na której osnuto rzeczony serial. W sam raz na zarazę. I cóż tam można wyczytać o spacerach po Nowym Jorku, cytuję:
„Po drugiej stronie ulicy zrobiło się zamieszanie i jakaś postać, która wydała się Patrickowi trochę znajoma, pokuśtykała nerwowo w ich kierunku.
– Nie ciukaj go, nie ciukaj!
Teraz Patrick go rozpoznał: to był Chilly, trzymał się za spodnie. Doczłapał do nich zdyszany.
– Nie ciukaj go – powtórzył – to mój ziom.
Wysoki czarny uśmiechnął się, jakby uznał cały incydent za wielce zabawny.
– Chciałem cię zaciukać – rzekł, z dumą pokazując Patrickowi niewielki nóż. – Nie wiedziałem, że znasz Willy’ego!
– Jaki ten świat mały – odparł Patrick zmęczonym głosem. Czuł się zupełnie oderwany od niebezpieczeństwa, które ponoć groziło mu ze strony tego człowieka, i chciał czym prędzej załatwić swój interes.
– Co nie? – przytaknął wysoki, z każdą chwilą coraz bardziej ożywiony. Podał Patrickowi rękę, w której przed momentem trzymał nóż. – Jestem Mark. Jakbyś coś potrzebował, pytaj o Marka.
Patrick uścisnął mu dłoń i uśmiechnął się blado.”
Tak że tak, przytrafiają się spotkanie groźniejsze od korounawajrusa.
Nawiasem pisząc kolega, u którego planujemy się zatrzymać już się zaraził, jego żona i teściowa takoż.
https://en.wikipedia.org/wiki/Patrick_Melrose_(TV_series)

Karmniki są dla emerytów. Ja, kiedy chcę cyknąć modraszkę, przysiadam na gałęzi obok.

Z Rosji with love.

Dostałem maila z Rosji. Nie wiem na pewno, ale skoro nadawca podpisał się Artiom, to chyba z Rosji. Cześć leniuch102, napisał Artiom w języku lengłidż, hasło „aacaac” brzmi znajomo? No fakt, moje stare hasło do piracko/”hakerskich” serwisów, zgadza się.
Bo dzięki temu hasłu przejęliśmy kontrolę nad twoim laptopem w ogóle a kamerką w szczególe i mamy nagrane co robiłeś oglądając gejowskie porno. Tutaj wiedziałem już, że kłamie, bo po pierwsze nigdy nie oglądam porno, a po drugie, to, że ona miała fiuta wyszło na jaw dopiero pod koniec filmiku i wcale mi się nie spodobało.
… i jak nie chcesz, żebyśmy rozesłali co mamy na ciebie po rodzinie, znajomych i kolegach z pracy musisz przelać nam 4 kilo euro. Aha, czyli to co zwykle, tylko w euro. Kolejny z maili odbieranych trzy razy dziennie codziennie. Tym razem z delikatną wariacją: A dodatkowo, możemy zarazić twój komputer wirusem. A ciebie i twoją rodzinę – koronawirusem, tak że przemyśl, czy warto i send tyle to a tyle τo this βιtcοin αddress…
Trudno oprzeć się poczuciu niesmaku po odebraniu takiej poczty, ale w czas epidemii warto czasem myśleć jak szczur, bo kto przetrwa jak nie szczury. Dlatego starannie rozważyłem propozycję Artioma. Bo widzicie, w akcie rodzicielskiej troski już w styczniu zorganizowałem sobie, dziecku i znajomym lipcowy wypad do Stanów. I zakupiłem pięć biletów do NY i z powrotem.
I jeżeli miałbym gdzieś złapać tego koronowirusa, to na pewno nie w Stanach, gdzie doba w szpitalu kosztuje dorobek życia.
Dlatego zamierzam odpisać. Dorogij Artiom, przystaję na twój deal. Ja ci nie zapłacę tej kasy, a ty w zamian zarazisz mnie koronawirusem, przy czym prosiłbym, żebyś przekazał mi go przez jakąś Tatianę, najchętniej taką bez fiuta.
Wsjewo charoszewo, twój kumpel od porno, leniuch102.

Ranek zaczynamy kawką, a czym zaczyna ranek kawka?

Trochę godności

Jedno wiadomo na pewno: za rok będziemy śmiali się z koronawirusa. Oczywiście nie wszyscy. Koncept ten wyczytałem w internecie i to chyba jedyny sensowny głos na temat tej straszno śmiesznej epidemii. Być może wszyscy umrzemy, ale czy musimy dodatkowo skazywać się na te piramidalne bzdury wypisywane przy okazji?

Teksty o wirusie nieodmiennie podpadają pod jedną z dwu kategorii, często umieszczonych na sąsiednich kolumnach. W jednych zarzuca się władzom zbrodniczą lekkomyślność, bo nie zapewniła ludności maseczek. W drugich pisze się, że maseczki to humbug i ściema i nie pomagają na nic.

Mili, jeśli się nie mylę kraj nasz zamieszkuje prawie 40 milionów ludzi, z których połowa to kobiety, przynajmniej 10 milionów dorosłych. Gdyby każda zamiast nudą i tyciem zajęła się szyciem maseczek przez godzinę dziennie codziennie, to do środy mielibyśmy ich miliard. Z jakiegoś powodu nasze Panie postanowiły jednak poczekać, aż maseczki uszyją za nie Chinki.

Tak czy śmak za chwilę zostaniemy z górą maseczek na pawlaczach, jeśli zdołamy upchnąć je między makaronem i papierem toaletowym.

Kiedy jednak Ponury Żniwiarz przyjdzie po twoją głowę, będzie mu wszystko jedno, czy ozdobiłeś ją maseczką czy pióropuszem. Zamiast maseczki i pióropusza lepiej przygotuj na tę okazję hasło do banku, żeby rodzina nie musiała pielgrzymować po oddziałach.

Ja poza hasłem do konta pozostawię po sobie poniższe zdjęcie:

Była taka książka „Zabić drozda”. Faktycznie drze się niemiłosiernie.

Cała wstecz.

Z okazji końca świata w 2012 roku jakiś ksiądz-profesor przyparty do muru przez dziennikarza potwierdził: owszem, codziennie jesteśmy bliżej końca świata. Zawsze mnie kusi, żeby odpowiedzieć w tym stylu na zdawkowe how-are-you-today-Wojtek ? O dzień bliżej grobu, Colin, o dzień bliżej grobu. Aren’t we all?
Azaliż aliści…
Dzięki współczesnej technice nie jesteśmy – ekhem – skazani na liniową drogę do rodzinnego dwa na jeden, dwa wgłąb. I nie chodzi mi o technikę w postaci DeLoreana wiozącego do przeszłości. Mój własny zegarek sportowy – na ten przykład – śledzi moje poczynania i ocenia osiągnięcia, z których nieodmiennie wychodzi mu, że jestem młodszy niż jestem. Regularnie ogłasza mi mój „wiek sprawnościowy”: dorównujesz dużo młodszym, chłopie. Nejednego młodego jeszcze przeskoczycie, dziadku
Truly, a gift that keeps giving.
Tyle, że wcale nie łatwo było zasłużyć na minus powiedzmy dwa lata. Ileż to ja się musiałem napływać i nabiegać, jeszcze całkiem niedawno. Ale zegarek technicznie też się posunął, coraz mniej ludzi go używa, a ci co mają stracili ochotę na sport i statystyki zegarka zwariowały. Solidniej usportowiony tydzień daje mi mi teraz z punktu minus pięć lat. Jak tak dalej pójdzie, zejdę wieku (sprawnościowym) lat dziewiętnastu.
Oby jako emeryt. A w ogóle to marzec jest naj-gorszy. „Cieszy się starzec, że przeżył marzec”, czego sobie i wam życzę, amen.

Rudzik. Nie idzie poznać, że kompaktem robiony 🙂

#wyjdzkurnazdomu

Muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem zdyscyplinowania Rodaków, którzy w czas epidemii usiedli na wysokości zadania i nie ruszają się z domu na krok. Czas mija, wygłodniały koronawirus kona na pustych ulicach, a Polacy wpieprzają zmagazynowany makaron i zużywają zakupiony papier.
Jaka miła różnica w stosunku do rozwichrowanych Włochów, którzy rygorom po prostu nie potrafią się poddać, czy bezwzględnych Brytoli, którzy zdecydowali, że wirus to świetna okazja na pozbycie się obciążających budżet seniorów i przez długi czas żadnych rygorów nie wprowadzali.
Brawo.
Azaliż aliści zachodzę w głowę, jak i kiedy doszliśmy do stanu, w którym nierozsiewanie wirusa równa się siedzeniu w domu. Polska jest jak na Europę krajem wyjątkowo rozległym i w taki wspaniały, słoneczny weekend jak miniony i w taki genialny słoneczny i ciepły tydzień jak rozpoczęty siedzenie w domu jest jedną ze słabszych opcji.
Mamy jakieś półtora samochodu na rodzinę, mamy narodowego pompiarza, który pompuje wachę wyjątkowo tanio, jeśli zapakujemy rodzinę – kto ma – i machniemy się do Lasów Państwowych na piknik, to oprócz frajdy i fotek z sarną zyskamy trochę odporności niczym nie ryzykując.
Mieszkańcy obrzeży miast spokojnie mogą wsiąść na rowery by wrąbać kanapki na jakiejś polanie, narażając się może na kleszcze, ale nie na wirusy. I tak dalej i tym podobne.
Przyroda budzi się właśnie do życia, a wyjście z domu bynajmniej nie równa się wyjściu do biedry, czy na fitness, czy do pubu. Wyjdź na dwór by pobyć na dworze, zieleń jest o dziesięć minut jazdy i szklankę benzyny. Nie dotyczy to krakusów, którzy jak wiadomo wychodzą na pole. „Kto się wychował we dworze, wychodzi na pole, tylko ci z pola wychodzą na dwór” twierdzą.
Na dwór, na pole, jeden pies, a psy jak wiadomo wirusa nie roznoszą.

Zielone są na razie wiecznozielone pasożyty ale trudno w marcu wybrzydzać

Mam wielką prośbę, czy mógłby pan zamknąć ryj?

Telewizja się kończy, a jej egzystencja zawisła na ostatnim, ale całkiem solidnym gwoździu programu – transmisjach sportowych. Żadne odtworzenie nie przebije widowiska na żywo i to bardzo subiektywne odczucie pozwala stacjom trwać i obciążać widzów wysokim abonamentem.

Nawiasem pisząc subiektywne odczucia, osobiste preferencje i niesprecyzowane idee są prawdziwym fundamentem naszego świata, dużo konkretniejszym niż konstrukcje ze stali i betonu. Fakt, że pod mój dom regularnie podjeżdża śmieciarka, a nie np. czołg, wynika bezpośrednio z tego, co ludzie mają w głowach. Sto lat temu mieli co innego i wtedy wizyta tankietki była dużo bardziej prawdopodobna niż wizyta śmieciarki. Na pohybel materialistom

Anyway, póki ludzie doceniają, że mogą na własne oczy zobaczyć piąchę Furego powalającą Wildera i na własne uszy usłyszeć uderzenie piłki w słupek po strzale Messiego dokładnie w momencie, kiedy to się dzieje, póty tłuści prezesi mogą spać spokojnie. Azaliż aliści, skoro los ich jachtów, cygar i egzotycznych przyjaciółek zależy od tak oczywistego atutu, spodziewałbym się, że dostaniemy produkt pieczołowicie oprawiony i warty swej ceny.

Jachty, cygara i ciemnoskóre hostessy jako atrybuty magnatów medialnych zawładnęły moją wyobraźnią w dzieciństwie za sprawą procesu prezesa Radiokomitetu Macieja Szczepańskiego. Ktokolwiek to jeszcze pamięta?

Takiego o. Im prawa do transmisji droższe tym komentatorzy słabsi i wyplatający większe głupoty. Tymczasem jedyny wybór jaki ma widz, to czy tych nonsensów słuchać w Dolby czy w zwykłym stereo. Można też wyłączyć dźwięk w ogóle, łącznie ze stadionem, ale „bez kibiców piłka nie istnieje”.

Nie rozróżniam i nie szanuję komentatorów… ich współczesne pokolenie, grasujące w stacjach otwartych i canalplus przypomina mi rozemocjonowanych nastolatków, zachłyśniętych życiową szansą jaką jest dla nich komentowanie Wydarzenia.

Trudno sensownie komentować w stanie zachłyśnięcia. Wiele można zarzucić np. Szaranowiczowi, nieznajomość piłki przede wszystkim, ale nie to, że jest zachłyśnięty. Sz. po pierwsze ma głos, po drugie styl, po trzecie używa ich wtedy, kiedy trzeba. Kurcze, z Szaranowiczem nawet mecz w Fifę był Wydarzeniem. Młodzi słowotokiem rozwodnią każdy finał.

Trend jest światowy. Patrzę np. na UFC i uszom nie wierzę. Widzę beznadziejną młóckę, a słyszę głupoty, których celem jest nakręcenie emocji i symulacja widowiska. Komentator niewiarygodny, stronniczy bywa gorszy od głupiego. Komentatorzy UFC stoją po stronie własnego pracodawcy i udają, że serwowana przez niego kaszanka to homary. Nope, jeśli widzicie, że do klatki weszło dwóch tchórzliwych spaślaków, wiedzcie, że co najmniej połowa widowni widzi to samo, a druga połowa już była się przerzuciła na skrolowanie smartfonów. „Boszsz, nie wpuszczajcie więcej do klatki tchórzliwych spaślaków” jest jedynym możliwym komentarzem, a nie, że robią roztropne rozpoznanie w pierwszej, mądrą strategię w drugiej i umiejętnie kontrolują dystans w trzeciej rundzie.

Na szarym tle tym jaśniej świecą prawdziwe gwiazdy. Nie istnieje pojęcie gwiazda superstara, ale pasowałoby do „pana trenera” Andrzeja Strejlaua. Pan Andrzej dyskretnie ale skutecznie z drugiego rzędu rozkręca swoje własne show, często lepsze niż główne widowisko. Uwielbiam jego niedzisiejszą polszczyznę, nieszablonowe spostrzeżenia i zaskakujące puenty, które nadają się do natychmiastowego wygrawerowania, oprawienia w ramki i wystawienia na allegro. Serio.

Niestety, Strejlau jest jako się rzekło superstary, a następców ani dudu.

Poniżej: Sójka, ptak z rodziny – o dziwo – krukowatych.

Mit zdalnej produktywności

Praca z domu jest na czasie, a to za sprawą zarazków z Chin, choć jak zwykle zaraza wjechała z Niemiec. Zdania są podzielone, zwłaszcza wśród menedżmentu, czy oni – podwładni – coś w tych domach robią, czy niekoniecznie. Można przyjąć, że robią, da się sprawdzić, np. obserwując aktywność delikwenta na komunikatorze.
W biurze… w biurze takich wątpliwości nie ma, widać że nic nie robią.
Na takim openspejsie zawsze ktoś ma urodziny, zawsze ktoś wrócił z urlopu i na urlop się wybiera. Plus kawa, lancz, papieros, druga kawa… no nie ma wafla, spokojnie można odpękać 8 godzin bez logowania do systemu, jakby ktoś chciał. Ja mam jeszcze drugą wizytę w kantynie, gdzie dokarmiam dziecko po szkole. Dżentelmen w klubie tak nie ma, jak pracownik korporacji w biurze. Jeżeli oczywiście nie dał się wmontować w jakąś beznadziejną fuchę, gdzie nim orzą.
Tylko że tak… Powiedzmy, że wywala się w firmie aplikacja. Jeśli siedzimy w domu, kierownik takiej aplikacji otwiera zgłoszenie, zwołuje telekonferencję ze wszystkimi podejrzanymi, którzy złażą się przez pół dnia, fruwa tysiąc mejli i dwa tysiące odpowiedzi, godziny pytań, głuchych telefonów, wyjaśnień, eskalacji słowem domowa produktywność na 300% z ogonkiem.
W biurze tymczasem, w trakcie drugiej kawy rzuciłby pytanie, co wy w tym storydżu odwalacie? na co storydż odpowiedziałby: my? na co z kolei przerzuciłby wzrok na juniksy, ale zanim juniksy zdążyłyby odpowiedzieć databazy weszłyby: no przecież upgrejd mamy, sam akceptowałeś, głupia cipo.
I wszyscy mogliby wrócić do naprawdę palącego tematu, po ilu latach zwrócą się panele na garażu mianowicie.
Takżetak – produktywność w domu bywa głupia. Czasem lepiej mądrze pić kawę niż głupio klikać. A-men.

Poniżej – krogulec pożerający kosa. Takie obrazki za oknem obniżają moją produktywność.