Wacha po dychu – Highway Masterclass.

Kiedy paliwo bije rekordy jego zużycie względnie łatwo ogranicza się w ruchu miejskim. Wyobraźnia, refleks i brawura pozwalają pokonać przeszkody takie jak światła, inni uczestnicy ruchu (aka głąby, względnie kołki), spowalniacze, zakręty itd. 

„Mądrej głowie dość dwie słowie”: NIE HAMUJ, a reszta ułoży się sama. 

W ostateczności w szpitalu, jeśli przesadzisz z oszczędnością.

Co jednak w sytuacji, gdzie z defnicji się nie hamuje, np na autostradzie?

No cóż, tutaj recepta jest nawet prostsza, co nie znaczy, że łatwa. Wystarczy pokonać opór toczenia i powietrza. Temat został podjęty przez paru (multi)miliarderów, którzy toczenie zastąpili poduszką magnetyczną, a powietrze wypompowali. Całość nazwali hyperlupem i jeszcze parę late temu hyperlup miał osiągać prędkości wyższe niż samoloty przy zużyciu ułamka zużywanej w powietrzu energii. Jeśli nie stać cię na takie rozwiązanie, nie rób sobie wyrzutów. Miliarderów też nie było stać, mieli nadzieję namówić na nie podatników.
Co zatem w praktyce możesz zrobić, jeśli twoja skoda nie ma jeszcze poduszki magnetycznej?
No cóż na pewno stać cię na łyse opony i napompowanie ich na kamień – potoczą się z minimalnym oporem.
Z powietrzem trochę trudniej, znad całej A4 nie wypompujesz. Ale możesz je rozrzedzić. I to bardzo. Jak bardzo? A tak, że zaoszczędzisz nawet 30 – 40% paliwa [1]. Konkretnie osiągniesz ten efekt jadąc za TIR-em, konkretnie trzy metry za nim. TIR zepchnie dla ciebie powietrze z trasy tworząc cień aerodynamiczny za tylnym zderzakiem, tym skuteczniejszy im bardziej się do niego zbliżysz.

image

Malkontenci, gdzież ich nie ma, przyczepią się, że po dwustu kilometrach takiej drogi wyjdziesz z auta szarozielony z trzęsącymi się rękoma.

Nie ma tu sporu, nie ich wina, że urodzili się ze słabą psychą niezdolną dźwignąć oszczędnej jazdy.

Jednakże nawet takie przegrywy na dwustu kilometrach zaoszczędzą wystarczająco, żeby po przyjeździe kupić sobie flaszkę na uspokojenie nerwów.

Na zdrowie!

image

_____________________

[1] https://pressbooks.bccampus.ca/technicalwriting/wp-content/uploads/sites/296/2018/10/Drafting-Behind-Big-Rigs-Mythbusters-Report.pdf

Wacha po dychu cz. I

To nie będzie wpis o Lalce, bo wszyscy mamy już na jej temat opinię, którą chcemy się podzielić z głąbami, którzy koniecznie chcą zrobić to samo.
Nie będzie to także wpis o moim onegdaj ulubionym pośle Braunie, który przejął kostium klauna po Korwinie. „Kiedy dwóch robi to samo to już nie jest to samo” i Korwinowskie fantazje na temat Auschwitz i Rosji, które gwarantowały mu wypad z Sejmu, w złotych ustach Brauna zamieniają się na słupki poparcia. Jednocześnie oczy bolą patrzeć na samego Brauna w akcji, który dewastuje pomniki młotem, a przydrożne znaki gumówką. I nie chodzi mi bynajmniej o sam akt wandalizmu/performansu, ale o żenującą u mężczyzny w ogóle, a w jego wieku w szczególe, nieporadność, z jaką operuje tymi narzędziami. Młotem posługuje się jak dziewczynka, gumówkę włącza jak szympans, zresztą zaraz mu ją odebrali koledzy. Typ z jednym okiem zdecydowanie nie powinien zbliżać drugiego do wirującej tarczy elektronarzędzia.

Jeżeli nie o powyższych, to o czym będzie niniejszy wpis?

O sprawach naprawdę ważnych, jak wacha po dychu.

Jeśli jesteś polakiem-szarakiem palącym sześć-siedem litrów na sto swoją oktawką, może w twojej głowie ulęgnąć się myśl o kupnie hybrydy, takiego np priusa, dla oszczędności.

Don’t.

Najtańszy Prius to 170 koła, a jego katalogowe – podkreślam – spalanie to 4 i pół. Katalogowe. Musiałbyś pojechać na Marsa i z powrotem, żeby ci się zwróciło.

Zamiast najgorszej decyzji w życiu „kup” sobie priusa za free, biorąc dwie lekcje oszukiwania fizyki.

Lekcja 1.

Auto pali. Auto pali więcej, kiedy nacisnąć gaz. Żeby nie paliło więcej nie należy naciskać gazu. Gaz naciskamy na początku, a w trakcie jazdy najczęściej po naciśnięciu hamulca. Jeśli zostawimy hamulec w spokoju, zniknie potrzeba naciskania gazu, logiczne.

Jazda ekonomiczna to jazda nieprzesadnie szybka. Zapominając o hamulcu nie tylko zmniejszamy spalanie, ale dodajemy niezbędną mężczyźnie dawkę adrenaliny. Najpierw adrenaliny bezpiecznej: do skrzyżowania toczymy się na luzie, cyrklując prędkość tak, żeby auto bez hamowania zastygło za ostatnim w kolejce. Kierowcom jadącym za tobą „normalnie” nie spodoba się taka taktyka. Będą robić miny, gesty, mrugać lub nawet trąbić, kiedy ty będziesz się toczył 20 km/h. Ignoruj. Płacisz podatki, droga jest twoja.
Taktyka zmienia się, kiedy na skrzyżowaniu pali się zielone. Musisz zdążyć. Gaz do dechy kosztuje mniej niż zatrzymanie na czerwonym. Ciekawie się robi, jeśli na skrzyżowaniu skręcasz. Gaz do dechy, zielone twoje, a teraz w lewo. Łatwo o błąd, jak np. przyciśniecie hamulca, co zrujnowałoby statystyki spalania. Zamiast hamulca bierzesz głęboki oddech i przechylasz się maksymalnie do środka zakrętu, by zminimalizować ryzyko dachowania, rodzina takoż.

Co jeśli się spóźnisz na zielone? Nic. Ignoruj. Czerwone też jest dla ludzi.

To nie żarty, jednym prostym trikiem spiłowujesz zużycie do poziomu priusa, dowód z wczoraj:

170 koła w kieszeni, nie ma za co.

No dobrze, ale bywają okoliczności przyrody, gdzie nie hamuje się w ogóle np. w trasie.

Czym wtedy oszukasz fizykę, Wujku Dobra Rado?

O tym w następnym odcinku: Highway Masterclass. Stay tuned.

Wrocław 3 po 3

Wrocławianie od lat cierpią na ostry zespół urojenia wyższościowego. Bywają gorsze choroby, ale ta jest wyjątkowo irytująca.

Formalnie będąc wciąż wrocławianinem staram się omijać to miasto z daleka, ale nie zawsze się uda. Stojąc we wrocławskim korku w poczuciu rewanżu podsumuję ostanie osiągnięcia wrocławian.

Badawczynie i naukowczynie z Uniwersytetu Wrocławskiego, który może i okupuje dolną pięćsetkę rankingów szkół wyższych, ale przecież miewa też przebłyski, otóż one właśnie zdobyły Nobla i to nie takiego banalnego, ale prześmiewczą nagrodę szerzej znaną jako IG Nobel. Na bezrybiu… wiadomo. Panie potwierdziły naukowo, że niemowlaki pachną – oczywiście tylko rodzicom, ale nastolatki już nie. Szczególnie odpychająco waniają chłopcy matkom, a córki ojcom, w czym nie sposób nie dostrzec głębszej mądrości.

To sukces Uniwersytetu Wrocławskiego w momencie, kiedy jeszcze nie ochłonęliśmy po osiągnieciach profesor Uniwersytetu Ekonomicznego, także z Wrocławia. Tak chodzi o tę panią, która stworzyła do spółki z AI słynny i nietani raport o „Polaków portrecie własnym”, demolujący polszczyznę, logikę i geografię. Jako miejscowy podzielę się info niby ogólnodostępnym, ale jakoś przeoczonym przez PT Dziennikarzy.

Otóż wbrew powszechniej opinii pani profesor nie jest bynajmniej kretynką. Wręcz przeciwnie, to sztuka kuta na cztery łapy, do tego wszechstronnie uzdolniona. Niestety jako produkt polskiego akademickiego chowu wsobnego z metodyki „jak zarobić, żeby się nie narobić” zbyt mocny akcent położyła na „nie narobić”.

Chów wsobny polskich profesorów polega na tym, że robią magisterkę, doktorat, habilitację na tej samej uczelni, która potem zatrudnia ich jako profesorów. Rzecz nie do pomyślenia w Stanach, a nawet Niemczech. Całe życie w jednym zakładzie pracy, łatwiej być nie może. Ja to w sumie podziwiam i przyznaję p Profesor honorowy nick leniuch101, nawet przed moim własnym przydomkiem.

Skoro elity akademickie Wrocławia, są jakie są, to może zwykli wrocławianie, studiujący na akademii życia między Żabką a Biedrą, trzymają jakiś poziom? Bardzo być może, ale w wakacje pod Żabką to raczej biją Ukraińców (na osiedlu po sąsiedzku), a ostatnio to już kogo popadnie. Na plus, że na razie nie wrzucają do Odry i wcale nie dlatego, że wyschła. Przegrodzona stopniami wodnymi wrocławska Odra wciąż trzyma poziom.

Polskie świnie

Polskie świnie, polskie pole, polski schab na polskim stole.

Uważni obserwatorzy ostatniej kampanii prezydenckiej spostrzegą, że slogan powyższy jest parafrazą rymowanki prezydenta Nawrockiego, w której zastąpiono chleb – schabem, a rolnika – pardon – świniami.

Nie bez powodu. W lipcu znalazłem się w kajaku w powiecie Człuchowskim, w gminie Przechlewo. Powiat, w którym dwadzieścia lat temu jedna trzecia mieszkańców była bezrobotna stał się bohaterem licznych reportaży i analiz.

Azaliż aliści sama gmina Przechlewo przeszła przez najgorszy okres we względnie niezłej formie, a to za sprawą Duńczyków, którzy wykupili zakłady mięsne i pegeer dookoła nich. Do dziś tłuką w nich wędliny, nie podam marki, bo mi nie płacą, ale w kręgach dietetycznych znane z tego, że nie zawierają konserwantów. W każdym razie na opakowaniu.

Dzięki inwestorom, świniom i pracy mieszkańców Przechlewo nie odstaje od innych polskich miasteczek, powiem więcej, miarą dobrobytu okolicy jest nie tylko wielkie Dino, ale także stojąca naprzeciwko, niby rewolwerowiec oko w oko, drzwi w drzwi, jeszcze większa prawdziwa Biedronka.

A w Biedronce… nie zgadniecie…

Ale zanim o tym, dygresja. Tak jak nadciągającą zaraza zabiera najpierw najmniej odpornych, tak inne przyszłe wypadki manifestują się najsilniej nie w centrach, gdzie stary porządek trwa siłą rozpędu, ale na najbardziej podatnych peryferiach. Peryferia są niczym sejsmografy rejestrujące początkowo delikatne ale nieubłagane tektoniczne przesunięcia, łatwe do przeoczenia w zgiełku metropolii.

To w Przechlewie w Biedronce zobaczyłem przyszłość naszego Kraju.

W kolejce do kasy za mną i przede mną stała uśmiechnięta latynoska młodzież, pracująca we wspomnianych wcześniej duńskich zakładach. Miejscowym nie chce się już/ nie opłaca pracować ze świniami, Duńczyk zatrudnił kogo innego.

No i być może tak to się potoczy. Duńczyk kombinuje, Kolumbijczyk pracuje, a Polak konsumuje. No i kasuje: VAT, dochodowy, gruntowy, ZUSy srusy, you name it.

Nie o take Polske walczylyśmy, ale na taką się zanosi.

Smacznego.

Pogrzeb Klapka

Miłe złego początki. W sobotę 50 kilometrów kajakiem w stronę zachodzącego słońca, a w niedzielę…

Zanim o niedzieli, słowo wyjaśnienia. Owszem, 50 kilometrów to sporo, ale, jak natychmiast wytknęła Alissa, płynąłem z prądem. Prądem-srądem. Owszem, Odra poniżej zapór nieźle popruwa, ale popruwa pod wiatr, bo na zachód! Z kajaka nawet lepiej widać, jak szybko płynie, bo bąbelki żwawo przesuwają się za burtą, ale to właśnie dlatego, że kajak stoi w miejscu, hamowany wiatrem. Im lżejszy, tym stabilniej stoi, a wziąłem dmuchany. Nevermind, gdyby mnie pokazali w dzienniku, jak robię maraton w godzinę, Aliska podsumowałaby, że pewnie wiało w plecy. Dlatego swoje osiągnięcie dedykuję nie jej, a Matce Boskiej, w komplecie z tą figurą od Romka Karkosika. Na pewno będzie Wniebowzięta.

Pożartowaliśmy z Matki Boskiej, ale powodem, dla którego w sobotę doginałem, były psujące się prognozy na niedzielę. Do Krosna (Odrzańskiego) zostało następne 40 km, a ostatni sensowny pociąg odjeżdża wpół do szóstej. I rzeczywiście, w połowie drogi lunęło tak, że kajak zamienił się w wannę, którą przybiłem do brzegu by owinąć się płachtą termiczną. W tej płachcie, cały na złoto, niczym statuja Piotra Wielkiego nad Newą, obserwowałem przez dwie godziny strugi deszczu.

Do Krosna dotarłem godzinę przed odjazdem pociągu. Niezorientowanym wydaje się, że nie ma fajniejszej rzeczy niż dmuchany kajak. Kończysz spływ gdzie chcesz, pakujesz do plecaka i wsiadasz do najbliższego środka komunikacji zbiorowej.
No nie.
Kajak z oprzyrządowaniem i torbą to 20 kilo. Do tego namiot, śpiwór, kuchenka i mokre szorty ważące pięć kilo.
Przy czym pociąg nigdy nie parkuje nad rzeką, wręcz przeciwnie – z reguły na drugim końcu miasta. Odpalam bolta – w Krośnie nie jeździ. Uberowcom się nie chce, taksówek brak, niedziela po południu, wszyscy już porobieni, wiadomix. Patrzę na chodnik, cały rozkopany. Krosno remontuje drogi i chodniki jak na przyjazd papieża, i coraz wyraźniej widzę perspektywę dwukilometrowego biegu, może z przeszkodami, ale za to 30+ kilowym obciążeniem.

Droga ta, jak każda, zaczyna się od pierwszego kroku, w którym posłuszeństwa odmawia mi prawy sandał. Urywa się opaska w okolicach pięty, trwale degradując sandał do kategorii klapka.

Usiąść i płakać, ale po prawdzie, wzruszyłem się.

Gdyby ten sandał umiał mówić, opowiedziałby wam o piaskach afrykańskich sawann, o wyślizganych kamieniach Maczu Piczu, bulwarach Balcerony, skałach norweskich fiordów. Albo i nie opowiedział, bo jest głupi jak but.

Anyway, cześć jego pamięci.

Kino ginie

Kino ginie w Chinach. Przegrywa z mikrodramami, czyli dwuminutowymi filmikami kręconymi pionowo.

Wraz z postępami AI coraz mniej kręconymi, a coraz częściej generowanymi. Co Chińczyk wymyśli to Polak polubi, więc odwiedzajmy kina póki są. Horror „Obsesja” mnie przeraził a „Fatherland” oczarował, polecam oba.

Ale to już było i nie wróci więcej, poniżej prompt do lewicowej mikrodramy w stylu Tarantino, czytelnicy z subskrypcją na wideo AI mogą prompta użyć i podesłać link do wyniku.

Scena I

Pies. Stary, ale bardziej chory niż stary. Dyszy i jęczy przez sen. Rodzina – polska matka w typie znerwicowanych agresywnych blondyn (podobieństwo do mojej byłej przypadkowe), gapowate dzieci i ojciec, polski słabiak z cofniętym podbródkiem (podobieństwo do mnie przypadkowe) w typie aspirującego braunisty-menzenisty.

-Umiera… Matka nieco dramatycznie.

-Zdycha… Ojciec cichutko, żeby mogła udać że nie słyszy.

-Dariusz, pakuj go do weterynarza, niech wyleczy lub uśpi.

-Uśpi sruśpi – ojciec nadal pod nosem – w worek i o mur.

Scena II

Za domem: pies rzęzi ojciec pakuje go w worek celem pieprznięcia o mur, jak mu opowiadał dziadek. (w opowieści dziadka likwidowano tak koty, ale ojciec nie zapamiętał), następnie próbuje zakręcić workiem z psem w środku nad głową jakby parodiując młociarza w kole (o, może mieć czerwone spodenki i koszulkę z orłem, konfederacką).

Po paru niezdarnych ruchach rezygnuje i wychodzi.

Wraca ze szpadlem, pies leży na worku. Staje nad psem w rozkroku i przymierza się do wbicia szpadla w kark zwierzęcia, celem odcięcia głowy (łba). Uwaga: i wywijanie workiem i przymierzanie szpadlem powinno być trochę przeciągnięte, szarpiące nerwy, na wzór wbijania strzykawki z adrenaliną w serce w Pulp Fiction.

Rezygnuje i odchodzi ze szpadlem.

Scena III (a może tylko ujęcie, nie znam się)

Ojciec w garażu ostrzy szpadel na szlifierce. Zbliżenie na szlifierkę, ostrze i iskry.

Scena IV

Jak scena druga tylko z daleka: Mężczyzna ze szpadlem nad czymś, nie widać bo daleko, ale my wiemy nad czym. Słychać śpiew ptaków. Ojciec z rozmachem opuszcza szpadel. Słychać nieludzki skowyt, ale cicho, bo z daleka.

Scena V

Zbliżenie na psa patrzącego ze zdumieniem na leżącą przed nim część ludzkiej stopy, odciętą mniej więcej w połowie, obutą w sandały, tak że widać palce. W tle, rozmazanym, wrzeszczący ojciec podskakuje na ocalałej nodze trzymając się za tę odciętą, z której rytmiczną parabolą posikuje krew.

Scena VI.

Ojciec na fotelu z obandażowaną nogą ogląda telewizję , pies się łasi i oblizuje mu kikut stopy.

Autem u Bałtów…

… i Finów. Ważne rozróżnienie. Tacy Litwini to jeden z najwyższych ludów w Europie, ale już Estonki wyglądają jak Finki. A Finki jak Muminki.

Może mało bywam na Zachodzie, ale tylu pań w kolorowych włosach jak w Helsinkach nie widziałem już dawno. Wydaje mi się, że farbują z powodu niskiej oceny własnej atrakcyjności. Dodam – uzasadnionej. Panie, choć – pod farbą – blondynki, są przysadziste i nieciekawe. Oczywiście istnieją wyjątki:

Helsinki – bardzo niebezpieczne miasto. zdjęcie własne.


Zawinęliśmy do hotelu o swojskiej nazwie Helka, jak się okazało po recepcji i wystroju – przyjaznym lgbt. Plus. Jedynym akcentem lgbt była flaga i włosy pani w recepcji, goścmi były pary emerytów hetero. Ale ten dreszcz homofobii, kiedy wchodziłem do – potencjalnie gejowskiej – sauny!

Czy w takim razie Helsinki są takim homotalibanem jak Londyn? No nie, a szkoda. Bardzo przydałoby się tu trochę Masajów, którzy w nastęnym pokoleniu rozciagnęliby Finki-Muminki wzdłuż osi Y i dodali im trochę kolorów. Ale jak na złość Masaje trzymają się sawanny albo grają w NBA.

Helsinki…. gdyby Wrocław między szpitalem wariatów na Kraszewskiego, a sądem/prokuraturą/aresztem przy placu Wolności (!) zabudować samą architekturą więzienną to mielibyśmy Helsinki. Przyjezdnych (promem) wita rosyjska twierdza z granitu.

Na plus: niesamowite lotnisko, dworzec i takiż kościół lutreański wygrzebany w ziemi. 10 ojrasów za wejście, ferfluchten luteranen.

Jeśli myślicie, że to wnętrze bamgbusu i za chwilę wejdzie tu ta wszeteczna Finka – Helsinka jesteście w błędzie.

Oto wnętrze kapsuły hotelowej w mieście Tallin. Spróbowałem, żebyście wy nie musieli. Za 136 złotych sen zakłócą głośne acz niezbędne do oddychania wiatraczki, telewizor nie zadziała i jeszcze was coś pogryzie. Nie polecam. Wyspałem się chyba dobrze, skoro następnego dnia pyknąłem 1300 km do domu. W domu marzniesz taniej.