Dramat w trzech aktach

„Czasy są cieżkie, czasy są złe… ale czasy – to my” św. Augustyn

Akt I

-Sie ma Leniu, co-tam-jak-tam, stara bida?
-Dzień dobry szefie, no mniej nas teraz jakby, ale dajemy radę
-Zuch. Ciężki kawałek chleba, coraz bardziej, co nie, ale jest. A mogłoby nie być.
Co tam u syna, wciąż studiuje? Kredyty spłacone? No tak…
Ciężkie czasy, dla każdego. Musimy sobie pomagać, co nie. I ta niepewność jeszcze, co miesiąc ktoś znika, niepewność najgorsza. Prawie.
Ja tu taką propozycję mam, bo widzę, że kupę siana u nas trzepiesz i bardzo dobrze i ja też chciałbym żeby jak najdłużej, co więcej, nawet bym dopilnował, bo czasy takie, że musimy być jak ta sparta, nieprawdaż, ramię w ramię, ja tobie ty mi. Ty mi konkretnie byś co miesiąc dziesięcinę w kopertce, jak na kościół, a ja za to jak ojciec rodzony, prezesa zwolnię, a ciebie obronię. Gra?

No wcale nie gra(łoby). Rozmowa zupełnie fikcyjna, nie do pomyślenia przecież. Nie w korporacji, nie w 2026.

Akt II

Czytam sobie książkę „Polska odwraca wzrok” o różnych skandalach powszednich, które trwają latami. Tak jak w akcie I funkcjonowało całe miasto, Zduńska Wola. Wszyscy odpalali burmistrzowi, wyłamał się jeden, był proces, a nawet seria procesów i co powiecie: niezawodni sędziowie orzekli, że burmistrz jest niewinny, ale ci co mu dawali kasę już tak – łapówkarze. Pani reporterka raczej smutna niż oburzona, bo sędziny same praworządne, o słusznym rodowodzie. Dobrze, że to jakaś Zduńska Niewola, daleko i dawno, burmistrz chyba już umarł czy tam przeszedł do biznesu. Pozostał tylko smutek.

Akt III

Wracając z basenu w nieodległym akwaparku Trzebnica Zdrój zawsze zabieram ze stojaka Panoramę Trzebnicką, a to w celu czyszczenia nią szyby kominkowej. Czytałbym, z nawyku, ale się nie da. Panoramę powinna prenumerować @Ambasada_KRLD w Polsce, celem dalszego doskonalenia wizerunku Kim Dzong Una, bo nie dorasta burmistrzowi Trzebnicy. Każdy artykuł sławi burmistrza, zdjęcie bez burmistrza to pomyłka albo sabotaż.

Ale pewnego dnia – bęc. Policja, prokurator, zarzuty: „uzależniał przyznanie nagrody uznaniowej od przekazania sobie jej części”. Brzmi znajomo, a to nie gdzieś, kiedyś, ale tu i teraz, po sąsiedzku.

Epilog

W maju – komunie, majówki, grille – siadamy do stołu z różnymi biesiadnikami. Niektórzy okropnie psują nastrój, wdają się w jakieś negatywne tyrady jakby owładnięci duchem Leppera czy Kononowicza. Nieudacznicy, frustraci, przegrywy. Być może, ale niekoniecznie. Bardzo możliwe, że zarabiają na życie w samorządzie i muszą się opłacać jakiemuś wójtowi, bo jak nie… Bądźmy wyrozumiali.

Bądźmy wyrozumiali także dla burmistrzów. Tak, tak. Żeby nie spaść ze stołka trzeba wygrywać wybory, a kampanie nie są za darmo. Do kogo podbić o kasę? Do beneficjentów wygranej, czyli podwładnych. Dokładnie tak samo robią premierzy, a oni w odróżnieniu do samorządowców mają dotację państwową. I tak to się u nas kręci.

Bądźmy wyrozumiali również dla Kim Dzong Una … a nie, czekaj.

Chłopaki nie płacą. Od dawna.

I kiedyś i dziś Niemcy napędzane były bokwursztami, czyli rodzajem parówy na tacce. Kiedyś bokwurszt kosztował markę. Chcąc zjeść sobie bokwurszta student z Polski szedł na stację kolejową gdzie w automacie kupował dwa bilety po 10 fenigów płacąc dwiema – bardzo – starymi złotówkami. Automat wydawał markę osiemdziesiąt reszty, akurat na parówę i piwo. Stara złotówka to jedna dziesięciotysięczna nowej złotówki, bardzo stara złotówka to równe zero, bo dawno wycofana z obiegu. Zasubskrybuj po więcej porad finansowych.

Można się spierać o moralną ocenę takiego postępowania. Jeden rabin powie, że choć nie da się oszukać automatu w świetle prawa, to w oczach Najwyższego łapiesz minusik. Drugi rabin… drugi rabin nic nie powie, bo Niemcy spalili go w Buchenwaldzie, co chyba kanceluje wasze rozterki, skrupulanci, nicht wahr? Zasięgnijmy jeszcze opinii noblisty: „za Niemca pan Bóg odpuszcza rok czyśćca, jak za żmiję”. Sentencja na tatuaż, a Szołochow wymyślił ją w czasach jeszcze sprzed Hitlera, gdy rabini hasali zdrowi i weseli od Podola po Monachium.

Fala wspomnień w mojej głowie, rzeka Szprewa u mych stóp, przede mną bokwurszt za trzy i pół euro kupiony od Serbołużyczanki w wursztbudzie za plecami. Wraz z Pawełkiem [1] kajakujemy po Szprewaldzie, miejscu jeszcze bardziej bagnistym niż moja wioska, a zasiedlonym przez słowiańską mniejszość.

Sieć kanałów wiedzie od knajpy do knajpy, spełnione marzenie każdego kajakarza. Ja dodatkowo umieram ze śmiechu obserwując początkujących (z Pawełkiem na czele) usiłujących omijać łodzie z turystami. Pawełek swego czasu namówił mnie na rowerowe single tracki, zapewne wtedy też świetnie się bawił.

Co do kajaków przywieźliśmy moje, więc nie płacimy ani „gondolierom”, ani za wynajem, a ja rozglądam się za jakimś automatem wrzutowym, żeby uregulować za bokwurszty.

__________________________

[1] https://leniuch.home.blog/2025/06/10/zoom-na-planete/

Kołowrotek poznawczy

Poniedziałek

Na Iksie wjeżdża news: demografia na Tajwanie zaledwie pół dzieciaka na kobietę, ciekawe czy to z braku mieszkań czy niskich dochodów, lewaki?

Szyderczy – zgodny – rechot manosfery i feministek: mano wie, że to przez p0lki i szony, feministki, że przez jaskiniowych mężczyzn, którzy się nie kształcą i nie golą krocza.

Wtorek

Dołączają influ merytoryczni: płodność leci na ryj z góry na dół, od Tajwanu po Nigerię, w której może wciąż cztery gówniaki na Murzynkę, ale było osiem. Czemu? bo mamy połowę plemników mniej od naszych dziadków.
Popod siebie nic nie wdziewać by plemników nie przegrzewać (od razu się lepiej miewać. Wyspiański: info dla młodzieży)

Środa

U Joe Rogana wjeżdża specjalistka od demografii. Płodność leci na ryj z góry na dół, u Chińczyków, Murzynów, ale także u słoni i mrówek. Wina mikroplastików, które blokują testosteron. Mamy tylko połowę testosteronu co nasi dziadkowie. Pij tylko z ceramiki, potwierdza Joe, koledze tak teścio skoczył, że żona nie nadąża.

Czwartek

BBC wyjaśnia, że mikroplastik wbija z poranną kawą, przez plastikowe rurki z wrzątkiem pod ciśnieniem.
Jak raz odbieram ekspres z serwisu, pan doradza kolbowy, cały metalowy.

Piątek

BBC wyjaśnia, że mikroplastiki wciągane paszczą to nic w porównaniu do mikroplastików z koszulek i wykładzin, wnikających w mózg z każdym oddechem. Ubieraj bawełnę, śpij na wełnie etc.

Sobota

Odwyk internetowy i czas na refleksję.

Yes, p0lki są odpychające, jaskiniowcy obrzydliwi, nikomu się nie chce, być może z braku testosteronu, a jak się zachce, to nie ma gdzie, a nawet jak ma, to bez efektu, pewno przez te brakujące plemniki.

W samą porę. Ten Ej Aj.

Jakość kształcenia w ostatnich latach spadła na ryj. Metody może i wprowadzono światowe, ale doświadczenie mówi, że jak się Jaś sam nie nauczy, to nikt Jasia nie nauczy, obojętnie jaką metodą.

Zabrakło bata. A jak mawia nasza instruktorka salsy, bez bata nawet nie podchodź [1].

Za czasów słusznie minionych batem było widmo zasadniczej służby wojskowej. Jeśli ktoś odnajdywał w sobie cień inteligencji wbijał zęby w tynk żeby zostać studentem, a nie zostać rozjechanym czołgiem, spaść z rusztowania tynkując dom majora-jajora, czy utopić się w kopalni. A w najlepszym razie stracić dwa lata młodości.

Not anymore.

Studiuje jeż, żuk, żaba, a najlepsi absolwenci trafiają np. do najbardziej obiektywnego Polsat News.

Nigdy nie wątpiłem w obiektywizm PN, bo żeby być stronniczym, trzeba wiedzieć o co chodzi, a pyskate laski z PN po prostu nie rozumieją, co czytają. Ostatnio jedna podsumowała nius: a więc pamiętajmy: nie depTAMy trawników. Oczekiwałem, że dwójka współprezenterów rzuci „ani nie depczemy”, ale nie, tylko głupio się uśmiechali.

Po takim wiście za komuny wyprowadzono by ich za róg, ogolono na zero i wysłano na poligon.

Putin grozi Ukraińcom, że jak Polacy wejdą do Lwowa, to już tam zostaną, w domyśłe: jako okupanci, a PN wyjaśnia, iż ostrzegł nas, że z Lwowa nie ujdzie żywa noga. Trump grozi unicestwieniem Iranu (a civilization, w domyśle: perską), polsatowcy tłumaczą, że zniszczy cywilizację w ogóle itp. itd.

Zwykli ludzie nielepsi. Właściciel sieci stacji benzynowych Huzar opatrzył je logo z husarzem, klub dżudo Pretorian (nie ma takiego słowa, jest pretorianin/pretorianów) ma w logo hoplitę…

Czekam na Ejaja mądrego mądrością wieków, żeby zastąpił tych debili z telewizora jakimiś seksownymi awatarami, typo młoda Brylska o głosie Czubówny, żeby ogarnął husarzom i pretorianom ich własne loga, żeby jakiś ejaj ejdżent skomponował pani konserwator wniosek o wyburzenie świeżo postawionych wieżowców masakrujących panoramę Wroclawia, a inny ejdżent skierował ów wniosek do natychmiastowej egzekucji…

Skynecie, przybywaj.

________________________________

[1] „Jeśli życie z Murzynem nauczyło mnie czegokolwiek, to tego, że jak nie pójdziesz do Murzyna z batem, to całe życie przeleży pod palmą.” https://leniuch.home.blog/2021/04/12/polski-byly-murzyn/

Chłopaki nie płacą odc. 2861

Porady wujka dobrej rady – część kolejna.

Nigdy nie płać za nic. Ale jak już płacisz, to za coś konkretnego, np. słuchawki z przewodnictwem kostnym. Za muzykę do nich już nie, ściągnij sobie z netu, za free. Na służbowy laptop, przez służbowy internet. Przed wyjściem z biura zabierz trochę herbaty z kuchni, plasterki z apteczki, ściereczki do monitora, papier toaletowy. Długopisy.

Przyciśnięty płatnościami – odwlekaj. Dziel na raty. Zero procent. Targuj się. Zakupione – reklamuj, żądaj zwrotu kasy i za samolot i za furę też.

Zbieraj punkty, za punkty kupuj hotdogi.

I nigdy – przenigdy nie pakuj się w żaden abonament, żadne opłaty stałe.

Płatne tv? W życiu, jest za darmo z powietrza. A są ludzie, którzy płacą nie tylko za kablówkę, czy netflixa, ale nawet z youtuba. Przecież to obłęd.

Wchodząc raz na tę ścieżkę, podając diabłu palec niebawem chwyci cię za całą rękę, podczas gdy druga ręka „usługodawcy” skwapliwie opróżni ci kieszenie.

Oni się w kolejce ustawiają po twoje ciężko zarobione pieniądze: płać za spoti, netfliksa, youtuba, gmail-a, onedrive, windowsa, offisa, ejaja… jakbyś już nie płacił dochodowego, vatu, za śmieci, od nieruchomości, na nfz, na medicover, na syna, córkę, przeglądy etc. etc.

Tymczasem kiedy komuś się opłacasz, regularnie, to tak jakby cię opodatkowali. Jakiś paru cwaniaczków z Ameryki.

No to już wiemy, czego nie robić. A co robić?

Brakuje miejsca na mejlu? Bez mejla jak bez ręki. Wywal zdjęcia na dysk, będzie miejsce na mejle. Dysk też kosztuje? Frajera to kosztuje nawet woda, nawet za siku płaci. Chłopaki nie płacą, wodę mają w służbowej kuchni, co nie.

Robisz tak: znajdujesz na olx-ie starego nikona, powiększasz obrazek, spisujesz nr seryjny.

Rejestrujesz nr na nikonimagespace i dostajesz 20GB gratis. Tam wtryniasz blokujące miejsce foty.

A jaki prestiż… Znajomi podsyłają albumiki na gugle-srugle, a ty wjeżdżasz cały na biało chmurą dla fachowców. Chociaż koło dobrego nikona nawet nie stałeś.

Obrazki – sraski, a co z filmikami, pijany wujek na weselu idzie w gigabajty. Nie wiem jak wy, ale ja – posiadacz kiepskiego wiejskiego internetu, pakuję je wprost do youtube w trakcie wizyty u posiadaczy światłowodu. Dzieńdoberek, dla mnie kawa, a w tle pstryk i pompowanko.

Tak trzeba żyć.

Dokumenty i takie tam… wiele nie zajmują, ostatnio wrzucam je do pclouda, oczywiście gratis.

A teraz policzmy. Mam 3 tożsamości na googlu, jako leniuch102, jako taki Wojtek, którym zresztą jestem i jako Doktor Kongo – tożsamość, na którą miałem rebrandować leniucha ale mi przeszło. Tak że od googla dostaję 3 x 15 GB, na te konta zakładam+ 2x20GB na nikonie + 20GB na pcloud.

Cieszy, ale nie tak jak pierwsze 10MB HDD w 92.

„Jakościowy kontent”

Od czasu do czasu chciałoby się zobaczyć na tym blogu coś treściwego, jakąś rzeczową informację, z której czytelnik mógłby mieć konkretny pożytek. Od dawna nic takiego się nie pojawiło, więc może dziś…

Mało który gadżet wzbudzał we mnie tyle nieufności, co słuchawki podwodne. W miarę upływających (pun intended) kilometrów w basenie rosła jednak moja potrzeba urozmaicenia tej, co tu kryć, bezmózgiej aktywności. Najlepiej jakąś muzyczką, przez słuchawki, bo jak inaczej.

Tym niemniej zważcie: próbują wam sprzedać słuchawki o paśmie przenoszenia 5kHz, czyli tylko trochę lepiej od bakelitowego telefonu polowego model 1938. W technologii przewodnictwa kostnego. Przed oczyma stają mi ozdobne kości w uszach Murzynka Bambo z elementarza babci Zosi. Słuchawek takich nie nosi się na uszach, lecz troszeczkę za nimi. Czy uszy pozostają zatem otwarte? No nie. Producent dostarcza gumowe korki, którymi należy zatkać uszy przed pływaniem. Serio serio.
Jeszcze nie spytałem o cenę, a już uszy mi zwiędły.
Co do ceny. Wiodący producent o nazwie ze słowem „szok” w środku życzy sobie osiem – dziewięć stówek. No więc przypuszczam że raczej nie sądzę. No nie, tyle to nie.
Ale tuż przed Świętami przyuważyłem analogi-generyki w cenie pięciu. Obniżonej na trzy. Bierę.

Zanim pogrążyłem się w chlorowanej cieczy musiałem załadować słuchawki muzyką w formacie mp3. Pod wodę bowiem bardzo trudno streamować z telefonu. Nijak podobno nie idzie. Co prawda słuchawki deklarują obsługę formatu flac, ale w niewielkim, subaudiofilnym zakresie. Zatem mp3 i kopiowanie po usb jak na początku stulecia.

Pierwsze próby na sucho – może jakość nie powala, ale jaka wygoda. Decyduję, że od teraz to moje jedyne słuchawki do biegania. I już tak zostaje.

Pod wodę schodzę najpierw bez tych idiotycznych korków i wydaje się, że nie są potrzebne. Słychać dobrze, ale różnica między słuchaniem uchem zalanym wodą i „suchym” jest na tyle znacząca, że jednak sięgam po korki. No panie, zupełnie inaczej. Dźwięk zyskuje na basach i słychać tak samo bez względu jak i czym płynę.

Tu mógłbym zakończyć recenzję jednoznacznie pozytywną rekomendacją, ale zrobiłem jeszcze eksperyment.

Czy rzeczywiście bluetooth nie poradzi sobie na basenie?

Odpalam spoti w telefonie, kładę na brzegu i wskakuję ze słuchawkami w trybie sieciowym.

Eureka, działa. Płynąc kraulem ma się bowiem nad głową ucho lewe, albo prawe a dzięki temu niezakłóconą transmisję na całych 25 m toru. Oczywiście aż do momentu nawrotu, kiedy oboje uszu [1] znika pod powierzchnią. Wówczas słuchawki cichną. Wielka, wieka szkoda, że projektanci nie przewidzieli np. pięciosekundowego buforu na taką okazję.

Płynąc symetryczną żabką znów oboje uszu pogrąża się co i rusz (chyba że pływamy z bańką nad wodą) zatem porażka. Itd. itp.

Co ciekawe tak samo gubi się sygnał gps na otwartej przestrzeni. Żabką – zero śladu, kraulem – chwiejny, ale jest.
Jak na obrazku poniżej, gdzie płynę w kierunku kanału Sueskiego, potem Nilem do Gizy, do świeżo otwartego Wielkiego Muzeum Egipskiego. Się bywa.

________________________

[1] oba uszy to podobno forma poprawniejsza ale mi ne leży

Powrót smoka

Przestaliśmy wierzyć własnym oczom, kiedy patrzymy przez nie na ekrany i dobrze to świadczy o naszych mózgach.

Dziś na ekranie można zobaczyć dosłownie wszystko, co miewa dobre strony, np kiedy na podstawie wyblakłej fotografii ożywiamy sobie pradziadka, courtesy of AI. Taki ej-aj pradziadek jest pewnie atrakcyjniejszy od oryginału, ale to tylko przypuszczenie, skoro oryginał rozkłada się od stu lat.
Ale ja nie o nieżywym pradziadku tylko o (równie nieżywych) chińskich robotach, które ganiały parę dni temu po naszych ekranach. Niektóre ćwiczą kung-fu, inne prują z kałachów, zbierają jabłka, a to wszystko równie dobrze może być prawdą jak i ej aj ściemą. Zwłaszcza, że chinole chętnie wirtualnie podkręcali swoje osiągnięcia, jak inaugurację igrzysk w Pekinie, gdzie cyfrowo dołożyli fajerwerków. Co prawda rzeczone roboty fikały przed wizytującym Pekin kanclerzem Merzem, ale – psiakostka – on w końcu też mógł być szyntetyczny.

Ktokolwiek jednak lekceważy Chińczyków – błądzi. Przekonałem się o tym naocznie, naręcznie i dowodnie, w trzech krokach. W piewszym, podszedłem do szopy, w drugim nacisnąłem – raz – pompkę paliwa w nieruszanej przez całą zimę kosiarce, w trzecim szarpnąłem linkę rozrusznika.

Silnik zagadał od razu.
Takie cuda się po prostu nie zdarzają.

Nie w zabawce za osiem stów.
Zaprawdę, powiadam wam, zaimponowali mi bardziej, niż gdyby przemalowali księżyc na żółto.|
Kto kosi ten wie.
Szie-szie.