Miłe złego początki. W sobotę 50 kilometrów kajakiem w stronę zachodzącego słońca, a w niedzielę…
Zanim o niedzieli, słowo wyjaśnienia. Owszem, 50 kilometrów to sporo, ale, jak natychmiast wytknęła Alissa, płynąłem z prądem. Prądem-srądem. Owszem, Odra poniżej zapór nieźle popruwa, ale popruwa pod wiatr, bo na zachód! Z kajaka nawet lepiej widać, jak szybko płynie, bo bąbelki żwawo przesuwają się za burtą, ale to właśnie dlatego, że kajak stoi w miejscu Im lżejszy, tym stabilniej stoi, a wziąłem dmuchany. Nevermind, gdyby mnie pokazali w dzienniku, jak robię maraton w godzinę, Aliska podsumowałaby, że pewnie wiało w plecy. Dlatego swoje osiągnięcie dedykuję nie jej, a Matce Boskiej, w komplecie z tą figurą od Romka Karkosika. Na pewno będzie Wniebowzięta.

Pożartowaliśmy z Matki Boskiej, ale powodem, dla którego w sobotę doginałem, były psujące się prognozy na niedzielę. Do Krosna (Odrzańskiego) zostało następne 40 km, a ostatni sensowny pociąg odjeżdża wpół do szóstej. I rzeczywiście, w połowie drogi lunęło tak, że kajak zamienił się w wannę, którą przybiłem do brzegu by owinąć się płachtą termiczną. W tej płachcie, cały na złoto, niczym statuja Piotra Wielkiego nad Newą, obserwowałem przez dwie godziny strugi deszczu.
Do Krosna dotarłem godzinę przed odjazdem pociągu. Niezorientowanym wydaje się, że nie ma fajniejszej rzeczy niż dmuchany kajak. Kończysz spływ gdzie chcesz, pakujesz do plecaka i wsiadasz do najbliższego środka komunikacji zbiorowej.
No nie.
Kajak z oprzyrządowaniem i torbą to 20 kilo. Do tego namiot, śpiwór, kuchenka i mokre szorty ważące pięć kilo.
Przy czym pociąg nigdy nie parkuje nad rzeką, wręcz przeciwnie – z reguły na drugim końcu miasta. Odpalam bolta – w Krośnie nie jeździ. Uberowcom się nie chce, taksówek brak, niedziela po południu, wszyscy już porobieni, wiadomix. Całe Krosno remontuje drogi i chodniki jak na przyjazd papieża, i coraz wyraźniej widzę perspektywę dwukilometrowego biegu, może z przeszkodami, ale za to 30+ kilowym obciążeniem.
Droga ta, jak każda, zaczyna się od pierwszego kroku, w którym posłuszeństwa odmawia mi prawy sandał. Urywa się opaska w okolicach pięty, trwale degradując sandał do kategorii klapka.
Usiąść i płakać, ale po prawdzie, wzruszyłem się.
Gdyby ten sandał umiał mówić, opowiedziałby wam o piaskach afrykańskich sawann, o wyślizganych kamieniach Maczu Piczu, bulwarach Balcerony, skałach norweskich fiordów. Albo i nie opowiedział, bo jest głupi jak but.
Anyway, cześć jego pamięci.




































