Kołowrotek poznawczy

Poniedziałek

Na Iksie wjeżdża news: demografia na Tajwanie zaledwie pół dzieciaka na kobietę, ciekawe czy to z braku mieszkań czy niskich dochodów, lewaki?

Szyderczy – zgodny – rechot manosfery i feministek: mano wie, że to przez p0lki i szony, feministki, że przez jaskiniowych mężczyzn, którzy się nie kształcą i nie golą krocza.

Wtorek

Dołączają influ merytoryczni: płodność leci na ryj z góry na dół, od Tajwanu po Nigerię, w której może wciąż cztery gówniaki na Murzynkę, ale było osiem. Czemu? bo mamy połowę plemników mniej od naszych dziadków.
Popod siebie nic nie wdziewać by plemników nie przegrzewać (od razu się lepiej miewać. Wyspiański: info dla młodzieży)

Środa

U Joe Rogana wjeżdża specjalistka od demografii. Płodność leci na ryj z góry na dół, u Chińczyków, Murzynów, ale także u słoni i mrówek. Wina mikroplastików, które blokują testosteron. Mamy tylko połowę testosteronu co nasi dziadkowie. Pij tylko z ceramiki, potwierdza Joe, koledze tak teścio skoczył, że żona nie nadąża.

Czwartek

BBC wyjaśnia, że mikroplastik wbija z poranną kawą, przez plastikowe rurki z wrzątkiem pod ciśnieniem.
Jak raz odbieram ekspres z serwisu, pan doradza kolbowy, cały metalowy.

Piątek

BBC wyjaśnia, że mikroplastiki wciągane paszczą to nic w porównaniu do mikroplastików z koszulek i wykładzin, wnikających w mózg z każdym oddechem. Ubieraj bawełnę, śpij na wełnie etc.

Sobota

Odwyk internetowy i czas na refleksję.

Yes, p0lki są odpychające, jaskiniowcy obrzydliwi, nikomu się nie chce, być może z braku testosteronu, a jak się zachce, to nie ma gdzie, a nawet jak ma, to bez efektu, pewno przez te brakujące plemniki.

W samą porę. Ten Ej Aj.

Jakość kształcenia w ostatnich latach spadła na ryj. Metody może i wprowadzono światowe, ale doświadczenie mówi, że jak się Jaś sam nie nauczy, to nikt Jasia nie nauczy, obojętnie jaką metodą.

Zabrakło bata. A jak mawia nasza instruktorka salsy, bez bata nawet nie podchodź [1].

Za czasów słusznie minionych batem było widmo zasadniczej służby wojskowej. Jeśli ktoś odnajdywał w sobie cień inteligencji wbijał zęby w tynk żeby zostać studentem, a nie zostać rozjechanym czołgiem, spaść z rusztowania tynkując dom majora-jajora, czy utopić się w kopalni. A w najlepszym razie stracić dwa lata młodości.

Not anymore.

Studiuje jeż, żuk, żaba, a najlepsi absolwenci trafiają np. do najbardziej obiektywnego Polsat News.

Nigdy nie wątpiłem w obiektywizm PN, bo żeby być stronniczym, trzeba wiedzieć o co chodzi, a pyskate laski z PN po prostu nie rozumieją, co czytają. Ostatnio jedna podsumowała nius: a więc pamiętajmy: nie depTAMy trawników. Oczekiwałem, że dwójka współprezenterów rzuci „ani nie depczemy”, ale nie, tylko głupio się uśmiechali.

Po takim wiście za komuny wyprowadzono by ich za róg, ogolono na zero i wysłano na poligon.

Putin grozi Ukraińcom, że jak Polacy wejdą do Lwowa, to już tam zostaną, w domyśłe: jako okupanci, a PN wyjaśnia, iż ostrzegł nas, że z Lwowa nie ujdzie żywa noga. Trump grozi unicestwieniem Iranu (a civilization, w domyśle: perską), polsatowcy tłumaczą, że zniszczy cywilizację w ogóle itp. itd.

Zwykli ludzie nielepsi. Właściciel sieci stacji benzynowych Huzar opatrzył je logo z husarzem, klub dżudo Pretorian (nie ma takiego słowa, jest pretorianin/pretorianów) ma w logo hoplitę…

Czekam na Ejaja mądrego mądrością wieków, żeby zastąpił tych debili z telewizora jakimiś seksownymi awatarami, typo młoda Brylska o głosie Czubówny, żeby ogarnął husarzom i pretorianom ich własne loga, żeby jakiś ejaj ejdżent skomponował pani konserwator wniosek o wyburzenie świeżo postawionych wieżowców masakrujących panoramę Wroclawia, a inny ejdżent skierował ów wniosek do natychmiastowej egzekucji…

Skynecie, przybywaj.

________________________________

[1] „Jeśli życie z Murzynem nauczyło mnie czegokolwiek, to tego, że jak nie pójdziesz do Murzyna z batem, to całe życie przeleży pod palmą.” https://leniuch.home.blog/2021/04/12/polski-byly-murzyn/

Chłopaki nie płacą odc. 2861

Porady wujka dobrej rady – część kolejna.

Nigdy nie płać za nic. Ale jak już płacisz, to za coś konkretnego, np. słuchawki z przewodnictwem kostnym. Za muzykę do nich już nie, ściągnij sobie z netu, za free. Na służbowy laptop, przez służbowy internet. Przed wyjściem z biura zabierz trochę herbaty z kuchni, plasterki z apteczki, ściereczki do monitora, papier toaletowy. Długopisy.

Przyciśnięty płatnościami – odwlekaj. Dziel na raty. Zero procent. Targuj się. Zakupione – reklamuj, żądaj zwrotu kasy i za samolot i za furę też.

Zbieraj punkty, za punkty kupuj hotdogi.

I nigdy – przenigdy nie pakuj się w żaden abonament, żadne opłaty stałe.

Płatne tv? W życiu, jest za darmo z powietrza. A są ludzie, którzy płacą nie tylko za kablówkę, czy netflixa, ale nawet z youtuba. Przecież to obłęd.

Wchodząc raz na tę ścieżkę, podając diabłu palec niebawem chwyci cię za całą rękę, podczas gdy druga ręka „usługodawcy” skwapliwie opróżni ci kieszenie.

Oni się w kolejce ustawiają po twoje ciężko zarobione pieniądze: płać za spoti, netfliksa, youtuba, gmail-a, onedrive, windowsa, offisa, ejaja… jakbyś już nie płacił dochodowego, vatu, za śmieci, od nieruchomości, na nfz, na medicover, na syna, córkę, przeglądy etc. etc.

Tymczasem kiedy komuś się opłacasz, regularnie, to tak jakby cię opodatkowali. Jakiś paru cwaniaczków z Ameryki.

No to już wiemy, czego nie robić. A co robić?

Brakuje miejsca na mejlu? Bez mejla jak bez ręki. Wywal zdjęcia na dysk, będzie miejsce na mejle. Dysk też kosztuje? Frajera to kosztuje nawet woda, nawet za siku płaci. Chłopaki nie płacą, wodę mają w służbowej kuchni, co nie.

Robisz tak: znajdujesz na olx-ie starego nikona, powiększasz obrazek, spisujesz nr seryjny.

Rejestrujesz nr na nikonimagespace i dostajesz 20GB gratis. Tam wtryniasz blokujące miejsce foty.

A jaki prestiż… Znajomi podsyłają albumiki na gugle-srugle, a ty wjeżdżasz cały na biało chmurą dla fachowców. Chociaż koło dobrego nikona nawet nie stałeś.

Obrazki – sraski, a co z filmikami, pijany wujek na weselu idzie w gigabajty. Nie wiem jak wy, ale ja – posiadacz kiepskiego wiejskiego internetu, pakuję je wprost do youtube w trakcie wizyty u posiadaczy światłowodu. Dzieńdoberek, dla mnie kawa, a w tle pstryk i pompowanko.

Tak trzeba żyć.

Dokumenty i takie tam… wiele nie zajmują, ostatnio wrzucam je do pclouda, oczywiście gratis.

A teraz policzmy. Mam 3 tożsamości na googlu, jako leniuch102, jako taki Wojtek, którym zresztą jestem i jako Doktor Kongo – tożsamość, na którą miałem rebrandować leniucha ale mi przeszło. Tak że od googla dostaję 3 x 15 GB, na te konta zakładam+ 2x20GB na nikonie + 20GB na pcloud.

Cieszy, ale nie tak jak pierwsze 10MB HDD w 92.

„Jakościowy kontent”

Od czasu do czasu chciałoby się zobaczyć na tym blogu coś treściwego, jakąś rzeczową informację, z której czytelnik mógłby mieć konkretny pożytek. Od dawna nic takiego się nie pojawiło, więc może dziś…

Mało który gadżet wzbudzał we mnie tyle nieufności, co słuchawki podwodne. W miarę upływających (pun intended) kilometrów w basenie rosła jednak moja potrzeba urozmaicenia tej, co tu kryć, bezmózgiej aktywności. Najlepiej jakąś muzyczką, przez słuchawki, bo jak inaczej.

Tym niemniej zważcie: próbują wam sprzedać słuchawki o paśmie przenoszenia 5kHz, czyli tylko trochę lepiej od bakelitowego telefonu polowego model 1938. W technologii przewodnictwa kostnego. Przed oczyma stają mi ozdobne kości w uszach Murzynka Bambo z elementarza babci Zosi. Słuchawek takich nie nosi się na uszach, lecz troszeczkę za nimi. Czy uszy pozostają zatem otwarte? No nie. Producent dostarcza gumowe korki, którymi należy zatkać uszy przed pływaniem. Serio serio.
Jeszcze nie spytałem o cenę, a już uszy mi zwiędły.
Co do ceny. Wiodący producent o nazwie ze słowem „szok” w środku życzy sobie osiem – dziewięć stówek. No więc przypuszczam że raczej nie sądzę. No nie, tyle to nie.
Ale tuż przed Świętami przyuważyłem analogi-generyki w cenie pięciu. Obniżonej na trzy. Bierę.

Zanim pogrążyłem się w chlorowanej cieczy musiałem załadować słuchawki muzyką w formacie mp3. Pod wodę bowiem bardzo trudno streamować z telefonu. Nijak podobno nie idzie. Co prawda słuchawki deklarują obsługę formatu flac, ale w niewielkim, subaudiofilnym zakresie. Zatem mp3 i kopiowanie po usb jak na początku stulecia.

Pierwsze próby na sucho – może jakość nie powala, ale jaka wygoda. Decyduję, że od teraz to moje jedyne słuchawki do biegania. I już tak zostaje.

Pod wodę schodzę najpierw bez tych idiotycznych korków i wydaje się, że nie są potrzebne. Słychać dobrze, ale różnica między słuchaniem uchem zalanym wodą i „suchym” jest na tyle znacząca, że jednak sięgam po korki. No panie, zupełnie inaczej. Dźwięk zyskuje na basach i słychać tak samo bez względu jak i czym płynę.

Tu mógłbym zakończyć recenzję jednoznacznie pozytywną rekomendacją, ale zrobiłem jeszcze eksperyment.

Czy rzeczywiście bluetooth nie poradzi sobie na basenie?

Odpalam spoti w telefonie, kładę na brzegu i wskakuję ze słuchawkami w trybie sieciowym.

Eureka, działa. Płynąc kraulem ma się bowiem nad głową ucho lewe, albo prawe a dzięki temu niezakłóconą transmisję na całych 25 m toru. Oczywiście aż do momentu nawrotu, kiedy oboje uszu [1] znika pod powierzchnią. Wówczas słuchawki cichną. Wielka, wieka szkoda, że projektanci nie przewidzieli np. pięciosekundowego buforu na taką okazję.

Płynąc symetryczną żabką znów oboje uszu pogrąża się co i rusz (chyba że pływamy z bańką nad wodą) zatem porażka. Itd. itp.

Co ciekawe tak samo gubi się sygnał gps na otwartej przestrzeni. Żabką – zero śladu, kraulem – chwiejny, ale jest.
Jak na obrazku poniżej, gdzie płynę w kierunku kanału Sueskiego, potem Nilem do Gizy, do świeżo otwartego Wielkiego Muzeum Egipskiego. Się bywa.

________________________

[1] oba uszy to podobno forma poprawniejsza ale mi ne leży

Powrót smoka

Przestaliśmy wierzyć własnym oczom, kiedy patrzymy przez nie na ekrany i dobrze to świadczy o naszych mózgach.

Dziś na ekranie można zobaczyć dosłownie wszystko, co miewa dobre strony, np kiedy na podstawie wyblakłej fotografii ożywiamy sobie pradziadka, courtesy of AI. Taki ej-aj pradziadek jest pewnie atrakcyjniejszy od oryginału, ale to tylko przypuszczenie, skoro oryginał rozkłada się od stu lat.
Ale ja nie o nieżywym pradziadku tylko o (równie nieżywych) chińskich robotach, które ganiały parę dni temu po naszych ekranach. Niektóre ćwiczą kung-fu, inne prują z kałachów, zbierają jabłka, a to wszystko równie dobrze może być prawdą jak i ej aj ściemą. Zwłaszcza, że chinole chętnie wirtualnie podkręcali swoje osiągnięcia, jak inaugurację igrzysk w Pekinie, gdzie cyfrowo dołożyli fajerwerków. Co prawda rzeczone roboty fikały przed wizytującym Pekin kanclerzem Merzem, ale – psiakostka – on w końcu też mógł być szyntetyczny.

Ktokolwiek jednak lekceważy Chińczyków – błądzi. Przekonałem się o tym naocznie, naręcznie i dowodnie, w trzech krokach. W piewszym, podszedłem do szopy, w drugim nacisnąłem – raz – pompkę paliwa w nieruszanej przez całą zimę kosiarce, w trzecim szarpnąłem linkę rozrusznika.

Silnik zagadał od razu.
Takie cuda się po prostu nie zdarzają.

Nie w zabawce za osiem stów.
Zaprawdę, powiadam wam, zaimponowali mi bardziej, niż gdyby przemalowali księżyc na żółto.|
Kto kosi ten wie.
Szie-szie.

What a time to be alive.

Czasy są straszne, czasy są śmieszne i to już przynajmniej dla trzeciego pokolenia z kolei. Nasi dziadkowie przeszli dwie wojny, epidemię hiszpanki i wielki kryzys. Gdzież naszemu covidowi do hiszpanki, czy ratom kredytu do obgryzania kory na przednówku w wielkim kryzysie. Azaliż, aliści.

Dziadkowie obgryzali korę, ale z pogodnym optymizmem wspartym na zasadach wpojonych im przez: dom, szkołę, kościół, a nawet wojsko. Dzięki spójnemu przekazowi człowiek wiedział, że jeśli nawet miał pod górkę, to w końcu będzie miał z górki. Na tym świecie lub następnym.

Dzisiaj trudno o autorytety, łatwiej od profesorów-plagiatorów, redaktorów – kłamczuchów, nawet księża rozpuszczeni jak dziadowskie bicze. Służbę wojskową, ostatnią ostoję, jeśli nie zdrowego rozsądku, to przejrzystych zasad – zlikwidowano. Jak żyć? W każdej spornej kwestii jeden rabin wypowiada się na tak, inny na nie, a obaj z habilitacjami.

Robią nas w trąbę, aż miło. W najprostszych sprawach. Wstaję, sprawdzam pogodę, w telefonie, gdzieżby indziej, jak wszyscy. Ale miałem swoje podejrzenia, kupiłem termometr, pod choinkę dostałem drugi, weryfikuję telefon i co?

W androidzie dwa na plusie, na dworze – dwa na minusie, czyli plus 10 minut do skrobania szyby auta i plus 20 minut do spóźnienia do miasta. Zgaduję, że do statystyk trafia wersja z telefonu i wykazują one jakieś anomalne upały. Ładnie się to komponuje z info, że jacyś holenderscy jajogłowi zaniżali z kolei temperatury z przeszłości. A zatem szokująco strome wykresy wzrostu temperatur nie są w rzeczy samej aż tak szokująco strome. Szury górą, klimatyści kanałami.

Każda, dokładnie każda teoria spiskowa sprawdza się po (coraz krótszym) czasie, od talibów w Klewkach, przez chachmęcenie klimatu po elity zamawiające nieletnie do konsumpcji jak pizzę.

Dobrze, że chociaż Ziemia wciąż okrągła.

Na razie.

Fota z klopa

Ta piosenka jest pisana dla tytułu. Prawie perfekcyjnego. Prawie, bo całkiem perfekcyjny brzmiałby „foty z d*py”, ale piosenka musiałaby być na zupełnie inny temat.

Temat zaś niniejszy harmonijnie łączy w sobie ograne motywy tego bloga: specyfikę chaty na bagnach, fotografowanie ptaków oraz sztuczną inteligencję.

Chata zapewne będzie spoglądała zamglonymi oknami na parujące bagno do końca świata lub momentu kiedy topiel pochłonie ją ze złowrogim cmoknięciem, ale nie da się ukryć, że w najbliższej okolicy deweloperuchy leją beton, aż ziemia jęczy.

Na pobliskiej drodze pojawia się coraz więcej aut, które wchodzą w kolizję z lokalną fauną. Jakiś tydzień temu sponiewierany dzik zaparkował na zamarzniętym bagnie na wieki wieków amen. Jako amatorowi dziczyzny przemknęła mi myśl o gigantycznej ilości szynek i schabów, w sklepie po stówkę i lepiej za kilo, ale trochę się spóźniłem. Szynkę obsiedli byli skrzydlaci drapieżcy.

Tu dygresja. Co jakiś czas napada mnie chęć, by wejść na wyższy poziom w fotografowaniu. Przestać cykać foty przez szybę w trakcie śniadania, czy z tytułowego klopa, a zaczaić się o północy pod siatką maskującą by o czwartej rano skierować teleobiektyw na jakąś czaplę. Kursy zaczynają się od tysiaka za dzień, teleobiektywy to nawet nie wiem i może dobrze, że jestem biedny, bo jeszcze bardziej jestem leniwy. Nie ma szans, żebym kładł się o północy do bagna, skoro przy nim mieszkam. No ale foty z klopa tanim (względnie) aparatem mają swoje boleśnie oczywiste ogranicznia, jak poniżej:

I w tym momencie, cała na biało wbija AI, za darmoszkę podbijając ostrość i rozdzielczość:

By w z łatwością poprawić je w stratosferę. Tego żaden teleobiektyw nie wymyśli.