Z głową w chmurze.

Internetowa mądrość powiada, że jeśli będziesz robił to co kochasz, nie przepracujesz w życiu ani jednego dnia. Praktyka wykazuje, że jeśli robisz to co kochasz, pracujesz dwa razy dłużej za połowę stawki, bo szef od tego jest szefem, żeby zauważać zaangażowanie. I wyciągać wnioski.

Koledze z zespołu kazali usiąść w budce na dniach kariery, gdzie młodzież, ale nie tylko, mogła zapoznać się z perspektywami w danej specjalności.
Guess what, wrócił wniebowzięty: przez cały dzień nikt do mnie nie podszedł, nasze posady są bezpiecznie. Wszyscy (targi były w Hajdarabadzie w Indiach, tam „wszyscy” znaczy: naprawdę dużo) chcą zostać ekspertami od chmury.

Yup, żaden przedszkolak nie marzy, by być księgowym, pracownikiem kanalizacji miejskiej lub archiwistą.

Conrad napisał, że świat nie rozumie nas, my nie rozumiemy świata, nie rozumiemy nawet samych siebie. Młodzi np. nie rozumieją, że w chmurze pracowały już ich babcie, dziurkując taśmy w wojewódzkich Zakładach Elektronicznej Techniki Obliczeniowej, bowiem i wtedy i teraz „chmura” znaczyła: czyjś komputer, podłączony do mojego przez hgw jak splątane sieci.

I że kasa wiąże się z odpowiedzialnością, a nikt odpowiedzialny nie wrzuci cennych danych do chmury, chyba, że ta stoi u niego na obiekcie. Na urządzeniach działu archiwizacji np., czyli naszego, co czyni nas panami „chmury prywatnej”, cokolwiek to określenie znaczyć by mogło (to coś w stylu „przewodowe wifi”).

Kółko się jak widać domyka, ostatni okazują się pierwszymi, wzgardzony żebrak z budki na targach kariery w realnej pracy okaże się władcą zasobów prywatnochmurowych, do którego z pokorną suplikacją o przydział staną w ogonku „programiści chmurowi”.

Tak, nieprawdaż, umierają marzenia.

Mędrcy świata

Komercyjna Gwiazdka już się skończyła, ale sezon kolędowy w pełni, a od dzisiaj nawet pełniejszy o kolędy z trzema królami. Nie bez znaczenia są też zdrowe głosy naszych ukraińskich kuzynów, którzy w naszych Trzech Króli obchodzą swoją wigilię i dołączają do krajowego chóru kolędujących.

Obok kolęd brzmią piosenki świąteczne, z nieśmiertelną „Jest taki dzień” Czerwonych Gitar na czele. W tym roku uważnie przesłuchałem stręczony mi przez serwis muzyczny polski repertuar świąteczny i udało mi się wyłowić zeń kilka diamentów. W kategorii piosenki kolędopodobnej rozbroił mnie ostatni album Zbigniewa Wodeckiego, zaśpiewany wspólnie z Alicją Majewską i Olgą Bończyk. Wodecki i Majewska to herosi pieśni festiwalowej, nagradzanej i podziwianej, ale rzadko nuconej. Na płycie „Kolędują” śpiewali zupełnie kameralnie, przy akompaniamencie li tylko fortepianu Włodzimierza Korcza. Piosenki przeplatane kolędami łączą się w spójną perfekcyjną całość, świetną jako tło Świąt jak i wzruszające muzyczne danie główne.

W kategorii piosenki komercyjnej ujął mnie niejaki Piotr Sałata, dyrektor domu kultury w Końskich („wybory wygrywa się w Końskich”, w Końskich mój tato chodził do technikum) „Piosenką na Święta”. Kompetentny męski baryton to w tej konkurencji rzadkość i miła niespodzianka.

Zdumiewająco wiele świątecznych produkcji nagrała Margaret. Zdumiewająco jak na osobę deklarującą opresję ze strony religii i odgrażającą się „dokonaniem aktu apostazji” w odwecie za przymus spowiedzi. Zgaduję, że tantiemy za przeboje o p. Bogu i jego aniołach inkasuje już dobrowolnie, ale bądźmy w święta wyrozumiali. W dzisiejszych czasach młode dziewczyny dla pieniędzy robią dużo gorsze rzeczy niż śpiewanie kolęd.

Na koniec przestroga i zachęta: po kraju grasuje niejaka Steczkowska, Magda Steczkowska. Jeśli wasz wójt, jak mój wójt, zasponsoruje wam w kościele jej koncert kolęd, niezrażeni darmowym wstępem koniecznie się wybierzcie. Pani Magda na żywo wymiata.

Darz Bór i Do Siego.

Dzieńdoberczyk

Trudno dziś o nowe słowo, ale google.com/search?q=Dzie%C5%84doberczyk właśnie takim jest. Enjoy. Końcówka -czyk to zdrobnienie pochodzenia rosyjskiego, widomy znak, że Natasza wciąż grasuje po chacie na bagnach. Co do samej chaty, no cóż mieszne uczucia, głównie z powodu rekordowej wyceny, jaką osiągnęła przy podziale majątku. Z jednej strony duma, że obiekt wzniesiony pod moim rukawodstwem przez grupę półdzikich Ukraińców został wysoko oceniony, z drugiej konieczność uiszczenia za „moją” połówkę chaty dwukrotności sumy, jaką pochłonęła cała budowa. Wiem, skomplikowane.

W efekcie powyższych zobowiązań zapanowała taka bieda, że jak idę nad staw, to kaczki rzucają mi chleb. Nie stać mnie nawet na prąd do wpisów, stąd rzadsze. Są i plusy, zacząłem zwracać uwagę na drobiazgi. Dzisiaj np. kupiłem „dwa kilo” pomarańczy w promocji. Ile waży „dwa kilo” w promocji? 1870 g. Skąd wiem? Bo anioł stróż pomógł wybrać mi siatkę, która ważyła prawdziwe dwa kilo. Położona na wadze uruchomiła alarm. „Wymagana interwencja sklepu, waga oczekiwana 1,87, zważona 2kg”. Dobrze, że mnie nie skuli.

Tak więc kradzieże sklepowe. Innym patentem na przetrwanie zimy jest próba ogrzania chaty litrem benzyny. Benzynę tę wlewam do piły (chińska, kupiona na nieoprocentowane raty, zalegam), którą tnę przytachane konary ze schnących wraz z bagnami dębów.
Jeśli dowiecie się, że za meter opałowej dębiny potrafią krzyknąć pięć stówek, ujrzycie w moich działaniach racjonalne jądro.

Zresztą, idą w Święta, a z nimi nieuchronne ocieplenie. Ile by zmiany klimatyczne nie nasypały śniegu i nie wymroziły wirusów, to na Święta obowiązkowo musi być plucha i błoto, w które kurier upuści wam świąteczną paczkę z korporacji.

Niemmmożliwe

„Wszystko jest trudne zanim stanie się proste” mawiają jedni i jest to najczystsza prawda.

„Co wydaje się łatwe, okazuje się trudne, a co trudne – niemożliwe” mówią inni, a ktokolwiek próbował przymocować karnisze, przyzna, że to prawda nawet prawdziwsza.

Jeśli ktoś nazwie swojego kotleta Niemożliwy Burger, doświadczeni już wiedzą, że mu ten burger nie wyjdzie, bo wyjść nie może. Ktokolwiek widział, ktokolwiek żuł, potwierdzi, że Impossible Burger, roślinny produkt udający mięsny obecny w ofercie kilku fastfudów to produkt chybiony. Pominę kwestię czy normalne burgery tych sieci się nadają. Jeśli chodzi o White Castle, nieobecną w Polsce a względnie popularną w Stanach, Impossible jest lepszy od ich normalnego burgera, ale fakt ten jest miarą nędzy ich zwykłej oferty, a nie jakości Impossible.

Zagadnienie wykracza poza ciekawostkę dla smakoszy burgerów. Tak się składa, że zamienniki mięsa w ogóle, a wołowiny w szczególności cieszą się statusem – jak ja to nazywam – biznesu specjalnej troski. Produktu, który udaje coś więcej niż jest. To taka szczególna półka, jak materace, obiecujące panom w średnim wieku spokojny sen bez bólu pleców, aparaty słuchowe w cenie piętnastu emerytur razem wziętych, kołdry z wielbłądziej wełny, pokazy ekskluzywnych garnków etc.

Na ten rodzaj oszustwa podatni są nie tylko „starsi, niewykształceni, z mniejszych miejscowości”. Jeśli zielonego burgera opakować w opowieść o ratowaniu planety przed metanem wydzielanym przez bydło, to akcje firmy produkującej takie cudo łykną nawet młodzi, wykształceni z wielkich miast od Paryża po NY. I wtopią boleśnie.

A mówimy tu o względnie łatwym do podrobienia mięchu mielonym, gdzież wegańskim podróbkom do pieczeni wołowej czy schabowego. Jeśli chcemy się cieszyć bezmięsnym kotletem, to wciąż najlepiej: „kanie oczyścić, osolić, obtoczyć w mące, następnie w jajku, potem w bułce tartej. Smażyć na patelni. Najlepiej smakują ciepłe.”

Drogo, ale warto

Kojarzycie scenę, w której strumień powietrza z kratki wentylacyjnej podwiewa sukienkę Marylin Monro? Jest to powietrze z czeluści metra, wyziew o nieokreślonym acz dojmującym zapachu, którego elegancko nie widać na ekranie, ale którego nie da się ominąć w rzeczywistości. Nie będę snuł domysłów co do składowych tegoż, poprzestanę, że będąc partnerem M. poprosiłbym ją po takim podwianiu o wizytę w gabinecie, a już na pewno o solidną kąpiel.

Wyspa Manhattan to środowisko niemal kompletnie zabetonowane, z definicji nieprzyjazne człowiekowi. Prawdziwego Manhattanu oczywiście nie zwiedziliśmy, spacerowaliśmy po ulicach, odwiedzaliśmy muzea, a nawet teatr, tymczasem życie toczy się wewnątrz korporacyjnych biurowców. Turysta może snuć przypuszczenia, cóż tam się wewnątrz dzieje, ale chyba coś wspaniałego, skoro co dzień w korkach ustawia się masa ludzi, żeby dostać się do środka.

Manhatański beton ma jedną wyrwę w postaci Central Parku, połaci zieleni w środku miasta, którą warto byłoby skopiować kiedyś w Warszawie, na miejscu po Pałacu Stalina.

W CP znajduje się najsłynniejsze zoo świata, znane ze zwierząt, które uciekły z niego na Madagaskar. To najprawdziwsza prawda, naocznie stwierdziliśmy z synem brak lwa, żyrafy, hipopotama… właściwie niewiele jest, a bilet jak do prawdziwego zoo. Emocje, których brak w zoo, pojawiają się po zachodzie słońca, kiedy z zakamarków wypełzają zamieszkujące Park szczury.

Waniajet w całym NY i w okolicach. Nasze okolice były naprawdę ok, tu bank, tam szkoła, hipsterskie bary… kamieniczki jak z Bill Cosby show. A jednak. Z tydzień główkowaliśmy, dlaczego, skoro jest tak ok, to jest tak bardzo nie ok?

Szereg powodów… po pierwsze kable elektryczne, dyndające ze słupów i szpecące zadbane fasady. Po drugie zieleń… w stanie opłakanym, jakieś skrofuliczne gałązki, okraszone ostatnim listkiem hrabiego Barry Kenta, bodajże szpetniejsze od wspomnianych kabli. I wreszcie śmieci, wystawione przed domy w szeregu koszy, wiadomix, segregacja, ale każdy brzydki i z każdego wali.

I tak o. W silnym kontraście do Ameryki wielkomiejskiej pozostaje wieś, plenery jankesi mają przepiękne, miasteczka – jak Warsaw w upstate NY zielone i zadbane, ale leniuch junior zawsze marzył o studiach i pracy w wielkim amerykańskim mieście i to marzenie udało nam się zabić. Drogo, ale warto.

Ciemna strona dollara

Różne przykre rzeczy można powiedzieć o Latynosach, już to że lubią hałaśliwą muzykę, już to że likwidują turystów za krzywe spojrzenie, ale kiedy obok tortilli pisze pięć soli, czy peso czy kecali, to po spożyciu tejże wspomniana piątka pokrywa rachunek.

Jakież było zdziwienie Kwadrata, który kiedyś niepostrzeżenie dla siebie przekroczył granicę świata jasnych reguł i zabójczych wąsów, by na karaibskiej wysepce zamówić sobie homara. Spytał był pana grillującego kraba ile ów kosztuje, usłyszał że 30 belizyjskich dolarów (z wizerunkiem królowej Elżbiety, dla Irlandczyków – zimnej Lizzy, dodaję od siebie) zdecydował, że go stać, spożył i wyciągnął portfel. Usłyszał, że oprócz trzech dych musi dopłacić ichniejszy VAT. Stanowczo odmówił, palnął wykład o umowie ustnej w warunkach wolnego rynku, a na końcu bodaj wspomniał, że w Polsce za taki numer Państwowa Inspekcja Handlowa wyprowadza restauratora w kajdankach. No, może nie wspomniał, ale powinien.

Jakie to szczęście, że Kwadrat nie wybrał się z nami do Stanów, a wypożyczalni aut w szczególności. Rachunek za wynajem przypomina nasz za elektryczność: opłata podstawowa, przesyłowa, za wystawienie faktury, opłata bo tak, ubezpieczenie od tego, od śmego, podatek stanowy, lokalny i taki specjalny od wynajmu, dla przyjaciół – akcyza.

Chyba dostałby zawału, no raczej, a na pewno musielibyśmy przemierzyć od Niagary po Florydę piechotą, bo do rowerów też lokalny doliczają.

Jeśli przeżyłby zawał, na pewno dobiłaby go amerykańska kultura napiwku. Obecnie wygląda to tak, że po prawie każdej sprzedaży podtykają ci pod nos tablet z opcją wyboru: 18%, 20%, 25%. Nawet w fastfudach. 25%!? Za podanie bułki?

Szczytem absurdu był napiwek, jaki musiałem uiścić Z GÓRY za przejażdżkę po bagnach Florydy. Miało to pewien perwersyjny sens, wycieczka niosła ryzyka, przewodnik mógł mnie przypadkiem utopić, niechcący wkręcić w śmigło swojej łódki lub z irytacji rzucić na pożarcie aligatorom, ale to przecież nie powód, żeby stracił należny mu napiwek, nieprawdaż?

Rekonkwista

Anglofoni sprawiają na mnie wrażenie ciężko upośledzonych dzieci, których możliwości artykulacyjne ograniczają się do samogłosek, takiego aouuioł. Ja angielskiego nie rozumiem i nie zrozumiem, myślałem, że tylko ja mam problem, ale kiedyś podłączono małych brytoli do encefalografu i wyszło, że mózgi im się grzeją od samego rozkminiania, cóż ten nauczyciel do nich mówi. Chińczycy maja hieroglify, anglofoni swój bełkot, ale już niedługo.

Wyspy brytyjskie pewno jakoś zachowają angielszczyznę, ale w Stanach to już ostatnie podrygi zdychającej ostrygi. Biali anglosascy protestanci równym krokiem maszerują na złomowisko historii, a ich miejsce zajmują hiszpańskojęzyczni katolicy. Z rozpędu i grzeczności napisy w Walmarcie są wciąż po angielsku, ale na samie sami swoi: „hola” i po ludzku. Trochę jak w biedronce, na kasie i w kolejce po „ukraińsku” (czyli rosyjsku, wyjaśniam niezorientowanym).

Zmiana nadciąga z południa, ale tylko południe w zgodnej opinii naszej wycieczki ma jakieś przewagi nad Starym Światem.
Może z wyjątkiem aligatorów i ogólnie panoszących się gadów. Pomijam New Orleans, który jest osobnym zagadnieniem, czemu ze smutkiem poświęcę osobną notkę. Floryda, od Key West po Orlando jest już zasadniczo hiszpańska i dobrze wróży reszcie kraju.

Mgłaaa

14 milionów Amerykanów nie może się mylić, a skoro zagłosowali nogami za Parkiem Narodowym Gór Mglistych jako najpopularniejszym w Stanach nie zwlekając ruszyliśmy w ich ślady.
Tak oto znalazłem się w Pigeon Forge, amerykańskim Zakopanem, a właściwie w Chłodnicy Górskiej, tej z filmu Auta.. Trzeba zobaczyć, aby uwierzyć. Amerykańskie Krupówki mają postać czterech pasów w jedną stronę, plus dwa lewoskręty. Próba przekroczenia na piechotę „Krupówek” zajmuje jakieś pół godziny. I słusznie. Nie po to człowiek wymyślił pick-upa, żeby przemieszczać się na nogach, jak zwierzę.
Wokół głównej ulicy rozmieszczone są szczególne atrakcje w rozmiarach nie znanych nigdzie indziej, czyli naturalnych rozmiarów king kongi i dinozaury, parę domów do góry nogami, Titanic oraz kowbojska kawalkada Dolly Parton, a także sklepy z odzieżą patriotyczną. Na hotelowym podjeździe powitał nas pick-up oflagowany „F*** you, Joe Biden” a w lobby dżentelmen w koszulce z Trumpem sikającym na tegoż Bidena.

Co do samych gór – spokojnie można je sobie odpuścić. Nie, że brzydkie, byłyby spoko, gdyby było je widać, ale nie widać z definicji, bo są, well, mgliste. Można by porównać je do mega rozległych Bieszczad, których paruset milowym grzbietem prowadzi szlak Blue Ridge, naturalnie samochodowy. Najwyższy szczyt, trzymajcie kapelusze, ma jakieś 2000m, z parkingiem na 1950.

Zwiedzane odbywa się w trybie safari, z kolumną aut zatrzymującą się przy każdym zbłąkanym misiu czy sarnie. Normalnie wszyscy mijają takie sarny w pęczkach po pięć na poboczach dróg, ale w parku narodowym stają się celebrytkami do fotografowania się z, „niech to tłumaczy, kto rozum ma”.

Jeśli macie do wyboru Góry Mgliste lub Czechy, polecam Czechy.

Z Ridgewood do Ridgewood

Z Ridgewood do Ridgewood

Jako student programowałem dla szalonego naukowca zamieszkałego w Ridgewood, New Jersey. Początkowo zdalnie, potem, wobec rozprzężenia projektu, a mówimy o czasach przedinternetowych i wysyłce kodu na dyskietkach, zostałem sprowadzony tamże i na miejscu wdrażałem pomysły pryncypała. Traf chciał, że teraz, dwie epoki geologiczne później, wylądowałem w Ridgewood ale w stanie New York. Co tu owijać w bawełnę, miejsca podobne mają tylko nazwy. W tamtym Ridgewood sąsiadowałem (sort of) z Nixonem, po pracy taplałem się w basenie, albo pykałem w bilarda, względnie krążyłem kabrioletem po okolicy.
W Ridgewood nowojorskim, właściwie Queens na granicy Brooklynu, siedzimy w jakiejś piwnicy zaadaptowanej na lokal gościnnny (airbnb), którą kolega udostępnia nam po kosztach i żywimy się odpadami z aplikacji resztkizagroszeo (too-good-to-go).
Oprócz wspomnianego wcześniej derby Nowego Yorku w kopaną obejrzeliśmy wyścigi formuły e, za drobne $15.
Tanio nie bez przyczyny, widzi sie tylko kolorowe smugi bolidów… chyba że Opatrzność uatrakcyjni zawody zsyłając deszcz. Tak było w naszym przypadku i mogliśmy obejrzeć kapitalny karambol, rozplątywany potem przy pomocy dźwigów i wózków widłowych.
Imprezę zabezpieczała dzielna nowojorska policja w osobach funkcjonariuszy nie nadających się do niczego innego. Pod tymczasowym zadaszeniem stały sobie i dyszały niemożebnie zapasione mopsy, których prezencja stanowiła wyczerpującą odpowiedź na pytanie, czemu policjanci regularnie pakują w zatrzymywanych po kilka magazynków. Policjant budzący litość i niedowierzanie nie ma po prostu innego argumentu: ani nie zastraszy, ani nie pogoni, swoją tuszą co najwyżej rozśmieszy.
Nas rozśmieszyli tak skutecznie, że wybieramy się na oglądanie grubasów w Appalachy, do twardego jądra amerykańskiej prowincji.
Stay tuned.

O pieniądzach, szczęściu i dalekich podróżach

Piniondze szczęścia nie dają, bo im wiecej ich masz, tym na mniej cię stać.
Ja np. mam pracę, samochód i wypłatę co miesiąc, ale jak poszedłem w zeszły wtorek na piwo po pracy z kolegami nie widzianymi od przed pandemii, to właśnie z powodu samochodu mogłem wypić głupie dwa małe piwa bezalkoholowe, ale za to po trzynaście złotych każde. Czyli 0.666 – diabelska liczba – litra lemoniady za 26 zyli.
Bidok za tyle kupiłby trzy zgrzewki harnasi i był szcześliwy przez dwa dni, a nie zdegustowany przez dwie godziny, jak ja.
Na takie piwo to lepiej w ogóle nie chodzić, ktoś powie i będzie miał rację. Ja poszedłem bo musiałem się pożegnać przed wyjazdem do Ameryki.
No tak, miałem na ten cel kupiony bilet od przedpandemi, przedwojny i przedrozwodu, tak że siedzę na teraz na Brooklynie, przeglądam internet i śmieję się z polskich paragonów grozy i samego siebie sprzed paru dni.
W niedzielę np. byliśmy na derby NY Red Bulls (w składzie Patryk Klmiala i znany z Legii Luqinhas) vs NY FC, a piwo po piętnaście baksów. Bilety po $80. I piwo i mecz jakości nie odbiegającej od polskiej.

Gorąco, drogo i do domu daleko.

Bilet był do NY ale okolica wygląda trochę jak Lagos.

O czym więcej wkrótce.