Od zmierzchu do świtu, reloaded

Kiedyś pozwoliłem tu sobie wygłosić tyradę nt „światłowodu” Orandże, który po zamówieniu okazał się starą parą drucików przeciągniętą przeze mnie własnoręcznie od tzw słupka do posesji dziesięć lat temu, operując wciąż na poziomie 15 Megabitów.
Bitów.
15 Mbitów fruwa sobie od rana do zmierzchu, potem ludziska włączają swoje netfliksy i zaczyna się horror, jak w tytule. Prędkość spada dziesięcio – dwudziestokrotnie.
Witojcie w ubiegłym stuleciu, na neostradzie 512.
Jakimś cudem netfliksy to wytrzymują, inne internetowe cymesy, jak np. strona jakiejś gazety – już nie.
Zastanawiałem się, gdzie to zgłosić, bo obsługa klienta orandż na pewno od dawna o tym wie… rzecznik konsumenta, prokuratura, najbliższa budka dróżnika?
Jedynym ciałem zdolnym unieść powagę sytuacji wydaje mi się Główna Komisja Ścigania Zbrodni Przeciw Narodowi Polskiemu.
Mail wciąż w outboksie, może do rana się przepchnie.

Parodia albo ostatni dzień na stoku

W starym kawale bogaty szejk zapragnął najlepszego niemieckiego samochodu. Cena nie grała roli więc spytał, na który trzeba najdłużej czekać. Na trabanta, nawet dwadzieścia lat.
Dwadzieścia lat!? Składam zamówienie.
Kiedy w fabryce dowiedzieli się, że ich „autem” zainteresował się szejk, dyrektor kazał natychmiast wysłać mu wersję deluxe. Szejk od razu pochwalił się przesyłką kolegom szejkom: patrzcie, niebywałe. Na samochód trzeba co prawda czekać dwadzieścia lat, ale kiedy go zamówisz, natychmiast wysyłają ci kartonowy model. Który jeździ!
Kawał ten przypomniał mi się, kiedy stałem w kolejce do wyciągu ostatniej niedzieli. Była ostatnia w trójnasób: w sensie, że poprzednia, w znaczeniu, że ostatnia w roku i także jako ostatni dzień z czynnymi wyciągami przed kolejną Narodową Kwarantanną.
Cierpimy w kraju na różne braki, ale w zimie szczególnie dotkliwy jest brak śniegu. Śnieg pojawia się tu i ówdzie, niekoniecznie tam, gdzie pobudowano wyciągi. Na Dolnym Śląsku jedynym pewniakiem, gdzie śniegu nie brakuje, jest wioseczka Zieleniec. W Zieleńcu brakuje wszystkiego innego: stoków, parkingów, kibli, hot dogów, ale śnieg zawsze jest.
Na każdy płatek przypada trzech narciarzy – ale jest.
Mało, drogo i naczekasz się na kanapę – ale jest. Dokładnie jak z trabantem.
Stoki w Zieleńcu dzielą się na krótkie i bardzo krótkie, kolejki na wyciąg: długie i bardzo długie. Tłum narciarzy żłobi przepastnymi muldami każdy cenny metr bieżący trasy , ale tylko tu można spełnić obowiązek towarzyski szusu między Bożym Narodzeniem a Nowym Rokiem. Parodia ośrodka narciarskiego pn Zieleniec może dzięki temu sprzedawać swe karłowate atrakcje w cenach nieodległych od alpejskich,
Spełniłem swój narciarski obowiązek i ja. W kolejce mogłem obserwować zadziwiające pandemiczne obyczaje. Oto zbliża się sześcioosobowa gondola. Obsługa wykrzykuje cztery, cztery! Narciarze odpowiadają: rodzina! rodzina! i w szóstkę pakują się do środka. To absurdalne powitanie wynika z wymogu dystansu społecznego, nakazującego wsiadanie do sześcioosobowej gondoli tylko czterem osobom. Chyba, że – zgadliście – są jedną rodziną.
Przysięgam, nie miałem pojęcia, że w Polsce jest tyle rodzin 2+4, ile widziałem w Zieleńcu.
Ale w końcu wszyscy Polacy to jedna rodzina.
Dosiego.

Przyszłość ludzkości w świetle badań terenowych ad 2020.

Całe życie pracowałem w amerykańskich korporacjach, za co p. Bogu dziękuję i całe życie zdalnie, za co dziękuję w dwójnasób.
W tej chwili jestem oddelegowany do sporego banku inwestycyjnego, który na pandemii tuczy się jak mało kto, a moi koledzy właśnie odbierają gratulacje za chwackie ogarnięcie centrów danych producentowi szczepionki, który też nie zbiednieje. Jestem tylko poślednim trybikiem, ale w maszynie, która właśnie konsumuje tę śmieszną planetę z jej zdezorientowanymi mieszkańcami. Za chwilę wszyscy znajdziemy się w brzuchu lewiatana, więc może was zainteresuje, co w środku się wyprawia.
Wbrew publicystycznym tezom, że Korporacje toczą z Państwami walkę o władzę nad światem, ciekawsze wydają mi się zmagania na linii Biznes – Aktywiści.
Odkąd sięgam pamięcią aktywiści próbują wymusić na biznesie jak najwięcej kobiet na stanowiskach kierowniczych. Początkowo miało to głęboki sens – i wśród kobiet nie brakuje psychopatycznych sadystek ze skłonnościami do manipulacji, która jak wiadomo jest podstawą sprawnego zarządzania. Biznes zauważył tę korzyść, zwłaszcza, że paniom mógł płacić mniej. Następnie aktywiści zaczęli promować wszelakie mniejszości. Biznes docenia zwłaszcza te seksualne, które przeważnie pozostają singlami i jako takie mogą dużo bardziej poświęcić się pracy niż uwikłani w pieluchy i wywiadówki hetero. Także czarni i latynosi są mniej pyskaci i – co tu dużo gadać – tańsi.
Mój bank jest pod tym względem wzorcowy, ma jedynego w branży czarnego prezesa, a na wysokim stołku kolesia, który w dni parzyste przychodzi do pracy w garniturze i krawacie, a w nieparzyste – garsonce i makijażu. Wielotysięczna rzesza trybików została przeszkolona, jak uszanować nietypowość ich szefa-owej.
Wszelako biznes nie może oddać wszystkich stołków uciemiężonym mniejszościom, bo zabrakło by dla nich samych. Dlatego przewidział kontrakcję. W tym roku. Dyskretną, ale kluczową.
Przedstawicielem aktywistów w naszej korporacji jest otyły Murzyn, wiceprezes d/s Różnorodności i Inkluzywności. Na pracowej „wigilii” zawsze zaczyna od tego samego, tzn. iluż to kobiet nie udało się posadzić we władzach w upływającym roku i iluż to nie wmusi w przyszłym.
Tym razem powiedział jednak co innego. Nie będzie już windował kobiet, ale… osoby identyfikujące się jako kobiety!
Wyczuwacie nie tak subtelną różnicę, a może i szatańską intencję za nią skrytą?
Tak jest, obecni męscy właściciele stołków spokojnie będą mogli grzać je dalej, jeżeli się odpowiednio zidentyfikują. Zakładam kiecę i lecę na spotkanie zarządu, a w statystykach gra i buczy! Co więcej jeśli w przyszłym sezonie spec d/s różnorodności zechce promować Afroamerykanów… wiadomo, oprócz butów wypastują sobie oblicza, jeśli gejów… itd. itp.
„Piękny jest rozum ludzki i niezwyciężony” napisał szczerą prawdę Miłosz. Kierownictwu naszej firmy gratuluję pomysłowości, a prostym inżynierom jak ja sam – że na razie nie muszą uczyć się makijażu i chodzenia na obcasach.
Zdrowych wesołych i do siego.

nieaktualne, ale fajne

Prawy do lewego

Wracając z miasta zawadziłem o Owada przy obwodnicy, gdzie kupuje i pracuje ponadprzeciętna ilość naszych ukraińskich kuzynów. Brytyjczycy mówią o Amerykanach: nasi amerykańscy kuzyni, pomyślałem, że użyję tej eleganckiej formy, zanim po Ukraińcach pojadę.
Bo po pierwsze jest ich za dużo. I za mało. W sensie: za dużo w sklepie, za mało na kasach. Płaćmy im mniej, niech zajmą swoje miejsca, co nie?
No więc była ta jedna oblężona kasa, ale przypomniałem sobie, że wyjątkowo nie kupiłem wina na święta i mogę skorzystać z kasy bezobsługowej. Wino na święta kupuję od połowy listopada do Wigilii włącznie, a próba opłacenia go w kasie samoobsługowej i tak wymaga wizyty kasjerki, która potwierdza moją pełnoletność.
Wywalam się na środkowej kasie, a moim śladem dwaj kuzyni, jeden po lewej, sprawnie wbijający produkty, a drugi trochę mniej ogarnięty – po prawej. Płacę telefonem, kiedy ten z prawej prosi o pomoc. Naplątał na panelu tak, że ja nie rozplączę, po zdawkowej próbie odsyłam go do nieobecnej obsługi i jadę do domu. Już na autostradzie coś mnie tknęło sprawdzam kieszeń – brak portfela. No kurde żesz mać, bądź uczynny to cię tak załatwią. Klasyk – prawy do lewego, jednemu klikałem odwrócony kieszenią kurtki do drugiego.
Dziadkowi udało się prysnąć przed nimi z Wołynia to dopadli mnie w Owadzie. Ale czekajno, tam przecież kamery są, już was nasza dzielna polska policja namierzy i… znów zonk, jak namierzy kiedy wszyscy w maskach.
Dlatego uważajcie na kuzynów, bo jest ich za dużo (i za mało naraz) i jeszcze ten Wołyń…
Portfel co prawda cały czas był w plecaku, ale niesmak pozostał :D.

Czacza posiadacza

Fajnie jest mieć taras i fajnie jest mieć kota. Co jest niefajnie, to być u kota za odźwiernego w jego wędrówkach na taras i z powrotem. Bierzemy się za wiele rzeczy, które w zamyśle mają nam sprawiać frajdę, a za chwilę, niepostrzeżenie stajemy się ich niewolnikami.
Znajoma odźwierna kota, poza kotem i tarasem ma działkę, a na niej jabłonki. Pewno kiedyś sobie wyobrażała, że będzie siedzieć pod tymi jabłonkami hojnie obsypanymi kwieciem z kotem na kolanach, a wokół będą gruchać synogarlice. Brutalna rzeczywistość to choroby drzewek, przycinanie ich, usuwanie gałązek, szczepienie, smarowanie, a no koniec pielgrzymka po znajomych, żeby łaskawie zeżarli pozyskane z takim trudem jabłka.
Jabłonie atakują sezonowo, kot 24×365. A jeszcze są synogarlice, które trzeba dokarmiać i pilnować przed kotem. Doprawdy, wystarcza trochę wrażliwości na przyrodę wokół nas i ani się ogarniemy, a będziemy słaniać się na nogach próbując o nią zadbać.
Też miewam taki skłonności, ale ostatnio udaje mi się je wyhamować w imię zdrowego egoizmu. Tak więc mam kota na tarasie, ale nie zamierzam go wpuszczać. Wystarczy, że pozwalam mu zdobić jego rasowym syberyjskim futrem moją wycieraczkę. Jak chce żreć, niech wraca do swojego domu. Albo upoluje sobie ptaki, które też tu są. I nie z powodu, że je dokarmiam, ale z powodu, że zostawiłem niezebrane jabłka na drzewkach i orzechy pod – well – orzechem.
Jak raz się zaczniesz schylać, bracie, to cię do trumny nie odegną.
Amen.

Ofiary ekosystemu.

Parę lat wstecz byznes telefoniczny zachodził w głowę, czemu Apple ciągnie kolosalne zyski ze sprzedaży telefonów, na której wszyscy inni tracą. Odpowiedzią był „ekosystem” usług powiązanych z ajfonami, który napędzał sprzedaż tychże nawet po paskarskich cenach, żeby jeszcze potem sam generować furę kasy.
Janusze biznesu ochoczo kopiowały ten model, ale jakoś żaden nie został drugim Aplem, a ja nawet wiem czemu. Ich ekosystemy są do bani, a do tego traktują użytkowników jak piąte koło u wozu. Sam siebie uważam za ofiarę zagłady ekosystemu yamahy.
Nie tak dawno temu kupiłem sieciowy wzmacniacz tejże firmy z odtwarzaniem radia internetowego. Stacje programowało się przez wybitnie prymitywną stronę www, obsługiwaną nawet nie przez yamahę, ale jakiś dwu studentów. Minęło lat parę i yamaha przestała im płacić, a oni z kolei – kierować radia internetowe do mojego wzmacniacza.
Chcesz słuchać, kup nową yamahę, starą – wciąż sprawną – wywal na śmietnik.
I tak o…
Jakoś sobie poradziłem, ale są ekosystemy, które giną wraz z twoimi danymi, zdjęciami, zażartymi polemikami etc. jak afiliowany przy Gazecie Wyborczej blox.pl, czy pompowany a potem skasowany Google+.
Mało co mnie jednak wpieniło jak morderstwo na aplikacji sportowej Endomondo, popełnione przez producenta ciuchów Under Armour.
Cała moja aktywność fizyczna od 2012, czyli dwanaście tysięcy kilometrów przebyte podczas dwóch tysięcy treningów ma zniknąć wraz z Endomondo. Owszem, jest możliwość migracji, ale jak ktoś się zagapi, bo nie biega w zimie, albo leży pod respiratorem – szukaj wiatru w polu.
Jakim nieudacznikiem trzeba być, żeby – raz – zarżnąć popularną aplikację, dwa – ryzykować utratę wielu milionów użytkowników. Mam wrażenie, że Ministerstwo Sportu lepiej by sobie z Endomondo poradziło, nawet gdyby wsparły je kadry polskiej elektrowni atomowej.

Wrocław – Głogów 2020. Kajakiem. Cz. III Brzeg Dolny – Ścinawa.

Rzeka żyje: zalana ściekami zamiera, zostawiona sama sobie odżywa. W okolicach Lubiąża nie ma już śladu po brzydkich zapachach. Miałam nadzieję na obejrzenie z rzeki imponującego klasztoru cystersów, ale z wody jest zasadniczo niewidoczny. Widać kościoły, ale monumentalnej bryły, która podobno rzuciła na kolana Michaela Jacksona – nie.
Nie szkodzi, widziałem wcześniej nie raz.
Nazwa Odra wywodzi się o żwawego nurtu rzeki, który bezlitośnie drze brzegi. Dla wrocławianina brzmi to jak żart, bo w mieście toczy się wyjątkowo leniwie. Co innego w dole. Tu odbieram nareszcie kajakarską premię za odwagę i mogę przestać wiosłować. Wyciągnąwszy się wygodnie wciąż robię z prądem w okolicach 5 km/h. Spływ co się zowie.
Po drodze widzę liczne czaple, w tym białe, myszołowy i bieliki oraz ptasi drobiazg. Co i rusz pokazują się sarny schodzące do wodopoju. Brudna Odra oferuje zwierzętom więcej niż czysta Brda, którą płynąłem w poprzednim roku.
Następnym przystankiem ma być Ścinawa, miejscowość z przystanią, prysznicem i polem namiotowym. Doginam, żeby zdążyć przed zmrokiem.

Ścinawa… miasteczko z mostem nad Odrą. Do niedawna wcale niełatwo było o taki most, toteż Ścinawa była ważnym punktem na mapach drogowych, teraz trochę mniej.
Przystań… przystań i zapłacz. Malutka. Co innego zaplecze. Wielka wiata osłania dziesiątki stołów, na których turyści mogliby spożywać śniadania, gdyby byli. Ale nie ma. Na ogromnym polu namiotowym znajduje się jeden namiot – mój. Ulokowałem się blisko brzegu, daleko od wiaty, która zgodnie z przewidywaniami szybko zaczyna zapełniać się miejscową młodzieżą. Ścinawianki są ładne i wysokie. Trochę dopinguje mnie to do odwiedzenia kontenera higienicznego, który do wyłącznej dyspozycji zostawił mi sympatyczny bosman.
Kontener jest koedukacyjny, ale to detal, bo na widok wnętrza nawet fizylierki frontu białoruskiego cofnęłyby się do drzwi. Fantastyczny wręcz syf i zapuszczenie. Bohatersko spłukuję dwa dni potu, kremów i komarów i kieruję się do namiotu. Nie przyłączę się do rozkręcającej się imprezy, bo jako przyjezdny jestem idealnym kandydatem do nakładzenia po ryju w ramach weekendowej nawalanki.
Nie mylę się, nawalanka rozpoczyna się koło trzeciej nad ranem i powoli toczy się w kierunku mojego namiotu. Słyszę krzyki, spadają ciosy, hałasy ustępują miejsca przerażającemu kaszlowi i charczeniu.

-Co mu jest?
-Nic mu nie jest. On się w ogóle nie powinien bić bo ma astmę. No, wstawaj Łukasz, idziemy.
Następny dzień rozpoczynam inwentaryzacją kajaka i wizytą na miejscowym bazarku. Ścinawa oprócz przystani ma jeszcze jeden oryginalny ośrodek życia towarzyskiego w postaci nabrzeżnego parkingu. Nikt na nim nie parkuje poza czołgiem T-34 umieszczonym na postumencie lufą do Odry. Liczne butelki potwierdzają widokową atrakcyjność miejsca.
Miasteczka jak to zawsze budzą we mnie ciepłe uczucia. Kibicuję ich mieszkańcom, ich heroicznym wysiłkom, by dotrzymać kroku światu. Mają pod górkę, ale są skądś. God bless you, Ścinawa.

Wrocław – Głogów 2020. Kajakiem. Cz. II Brzeg Dolny

Miejscowość Brzeg Dolny przez lata nazywana była końcem Odry, bo dalej nie bardzo dało się płynąć z powodu płycizn. Dla większych jednostek panowie na stopniu musieli spiętrzać wodę, by później puszczać je w dół na fali.
W pewnym momencie zresztą śluzą poszła na parę lat do remontu i w ogóle nie można było płynąć. W międzyczasie postępowała erozja dna za progiem, która w końcu groziła wywaleniem całej zapory. Żeby zapobiec tym horrorom zaczęto budować następny stopień wodny w Malczycach i to był dopiero horror. Budowa trwała jakieś dwadzieścia lat i zdrożała jakieś dwadzieścia razy. Ale w końcu jest i stopień Brzeg też otwarty. Teoretycznie.

image
Duża śluza, mały kajak. Brzeg Dolny.

Podpływam, witam się, proszę o śluzowanie, panowie uruchamiają wrota i zonk. Awaria na śluzie.
-Zadzwońmy po Bogdana
-Cicho, sami zrobimy. Włóż tam pręt.
-Nie idzie. Pan poczeka.
Czekam, słonko chyli się ku zachodowi, gotuję wodę, zalewam zupkę. Już dwie godziny później panowie dzwonią po Bogdana. Bogdan wie, co robić,  przepływam śluzę i niemal zderzam się nieprzytomnym smrodem brzeskich ścieków.
Woda w Odrze generalnie ma opinię toksycznej zupy, ale to nieprawda. Służby sanitarne utrzymują, że nie stanowi zagrożenia i skłonny jestem potwierdzić – dwa razy wpadłem do Odry całkiem i nic mi się nie stało, poza uszkodzeniem telefonu. Miejsca, gdzie woda jest odstana, jak w jeziorku Bajkał, nie różnią się od normalnych jezior, przynajmniej na oko i węch, mnóstwo ludzi się w nich kąpie.
Szaro bury kolor wody jest cechą wielu nizinnych rzek, np. Amazonki i nie przesądza o czystości wody jako takiej. Ale nie w Brzegu. W Brzegu wali chemią. Być może przyczyną są zakłady chemiczne Rokita, być może co innego, jeżeli macie wpaść do wody, to na pewno nie tam.
Zapada zmrok, duże wahania poziomu wody na tym odcinku zostawiły na brzegach niezachęcające pozostałości – muł, śmieci, przesuszoną roślinność. Mijam miasto i w obłokach komarów rozbijam się na stanowisku wędkarzy. Pierwszy dzień spływu za mną, koszta – 0 zł.

image

Wrocław – Głogów 2020. Kajakiem. Cz. I, Wrocław.

Któż, przechodząc mostem i patrząc na przepływającą w dole rzekę, nie zapragnął rzucić wszystkiego i dać się ponieść jej nurtowi ku dalekim krainom i nieznanym widokom, za horyzont?
Jako mieszkaniec Wrocławia miałem okazję do takich fantazji od małego dziecka prowadzanego do przedszkola przez mosty Trzebnickie kolejno nad kanałem miejskim, Starą Odrą i śluzą Różanka. Dwa razy dziennie, codziennie.
Minęło raptem 50 lat i oto mknę w kajaku (używanym, 750 pln, odbiór własny) z Wrocławia ku przeznaczeniu, które czeka na mnie może w Szczecinie, może w Berlinie, a może w Amsterdamie.

image
Startuję za śluzą Różanka  (255 km Odry)  i zmierzam ku śluzie Rędzin. Nurt słaby, niemal równoważony przez wiatr zachodni, który marszcząc powierzchnię wody daje złudzenie, że płynie ona w kierunku przeciwnym do faktycznego.
Nad śluzą góruje imponujący most Rędziński (261 km), kolosalna konstrukcja nazwana na cześć wioski składającej się z ulicy Wędkarzy, dwóch grobli i  tysiąca hektarów wrocławskich fekaliów, elegancko zwanych „polami irygacyjnymi”.image
Śluzowanie przez stopień wodny na Odrze to operacja wymagająca zamknięcia/otwarcia ogromnych wrót, spiętrzenia wielkiej ilości wody, a wszystko dla jednego małego kajaka z typkiem spełniającym dziecięce marzenie.
Panowie śluzujący bynajmniej nie kręcą nosem na takich gości. Trzy stopnie wodne usytuowane za wrocławską elektrociepłownią, do której regularnie przypływają barki z węglem ze Śląska, prawie w ogóle barek nie widują, a pozostały ruch jest doprawdy śladowy.
Na bezbarczu i kajak barka, zatem wystarczy wykręcić numer do śluzy i… no właśnie, dowiedzieć się, że jest nieaktualny. Alternatywnie można wywołać panów krótkofalówką, ale na chińskie zupki wydałem tyle, że na radio nie wystarczyło. Jeżeli numer śluzy nie odzywa się, należy zadzwonić na taką śluzę, która podnosi, i oni już tam podadzą ten właściwy. Śluzowanie jest gratis, więc nie kręcę nosem, a przenoszenie kajaka z bambetlami nie wchodzi w grę.
Po drodze do Brzegu Dolnego mijam port Uraz (275km), jedyną czysto komercyjną i wychodzącą na swoje przystań na rzece. Do portu mam – nomen omen – uraz od kiedy bosman zażyczył sobie 15 pln za zwodowanie … kajaka. Czar kapitalizmu, nieprawdaż.
Żegluga wciąż jak po jeziorze, wkrótce stopień wodny Brzeg Dolny.

Fascynujący świat medycyny zdalnej

Życie na bagnach (bo w krainie bagien, stawów i szuwarów postawiłem chatę) ma swoją cenę, są nią okazjonalne ataki gorączki bagiennej. Ktoś mógłby powiedzieć, że to sezonowe przeziębienie, ja tam wolę malowniczą gorączkę bagienną.
W tym roku zdecydowałem się wyrwać na nią parę dni zwolnienia, a to z powodu że kiepsko się uczestniczy w trzech telekonferencjach naraz po paredziesiąt typa każda na każdej kaszląc i majacząc.
Pani doktor czatująca z klientami medikowera zapowiedziała się za godzinę, pojawiła po trzech i kazała sobie sfotografować gardło. Znaczy że ja – mi, nie jej. Zarąbista rozrywka, taka autofotografia wzierna. Dobrze, że mam smartfona normalnych rozmiarów. Dobrze, że gardło, a nie prostata.
Zignorowała moją prośbę o l4, przepisała syrop i rozłączyła się.
Rozumiem, że za swoje marne trzy stówki miesięcznie nie mogę narzucać się co chwilę, tzn. co trzy lata i oczekiwać bógwieczego.
Na marginesie, czarno widzę z tym kowidem, bo ja na miejscu lekarza za żadne pieniądze nie ruszyłbym się zza komputera od wystawiania syropu, żeby podłączać jakichś pechowców pod tlen.
No, w każdym razie, gdyby ktoś szukał, to lekarze gromadzą się w takich miejscach: