Facet to świnia

Zdarzyła się niecodzienna okazja recyklingu obrazka z poprzedniej notki, z której skwapliwie skorzystam.

Właśnie wjechała firmowana przez Ministerstwo Sprawiedliwości „Tablica Alimentacyjna”. Wynika z niej np., że zarabiając 25k brutto i mając trójkę dzieci, szczęśliwy ojciec ma oddać im całą kasę a i tak będzie winny stówkę.

To nie żart.

Jakaś urzędniczka w pocie czoła wypracowała taką tabelkę, uzyskała aprobaty, opatrzyła logo Ministerstwa i opublikowała, żeby „ułatwić pracę sądom”.

Nasuwającym się domysłem jest, że urzędniczka wzięła bokiem kasę od producentów prezerwatyw, bo tablica jest najlepszą ich reklamą.

Mroczniejsza teoria spiskowa sugeruje, że to sam Minister Sprawiedliwości wdraża dyrektywy Tajnego Komisarza Unii d/s Redukcji Pogłowia Słowian w tejże.

Co do mnie, sądzę, że urzędniczka (to nie mógł być urzędnik) pogwizdując „facet to świnia” wepchnęła do tabelki wszystkie swoje rozczarowania byłymi partnerami.

Że cyferki się nie zgadzają? Pewno nie studiowała cyferek, tylko feminizm-dżenderyzm, trudno mieć pretensje.

Panowie, dbajcie o swoje panie, bo inaczej drogo pożałujecie.

Lipiec jak co lipiec

Starsi ludzie powinni spędzać lipiec nad Bałtykiem, żeby ćwiczyć mózg przy okazji wynajdywania zalet pobytu.

  • Może nie ma słońca ale przynajmniej nie pada.
  • Może pada, ale przynajmniej nie jest zimno
  • Może pada i jest zimno, ale przynajmniej nie wieje
  • Może burza urywa nam głowy, ale mieliśmy w porę ostrzeżenie esemesem..

Dwieście lat temu za funta w dziurze typu Krynica Morska można było przemieszkać tydzień.

Dzisiaj funt (4,90 pln) nie wystarcza, żeby się tam odlać (5 pln).


Nigdy nie pytaj kobiety o wiek, Tuska o dziadka, a mieszkańców Mierzei Wiślanej o to, co się stało z dzikami. Jeszcze dwa lata temu przy każdym śmietniku stała wataha dzików, dzisiaj nie ma ANI JEDNEGO. Dziki zostały tylko na tablicach z napisem „nie dokarmiać”, na koszulkach i w formie rzeźb, jak ta obok.
„Poszły sobie”.
Zapewne do Mandżurii.

Kozioróg Sławosz.

Co ja poradzę, że imię i nazwisko naszego kosmonauty: Sławosz Wiśniewski kojarzy mi się z

nazwą jakiegoś pasożyta drzewek owocowych. Kozioróg Dębosz i Sławosz. Niemal widzę go jak się wdrapuje na egzotycznej urody posłankę Wiśniewską by dotkliwie pokąsać niewiastę.

Doprawdy nie rozumiem, po co rozkręca się tę narodową inbę wokół raczej rutynowego dojazdu do pracy Sławosza. Han Solo np. wlata i wylata w kosmos dwa razy dziennie codziennie.

Jest taka teoria, że jeżeli jakaś błahostka zajmuje łamy, to po to, by nie zajmowało ich co innego. Istnieje taka rzecz. Podsunięto nam Sławosza, abyśmy przeoczyli DNA Piastów. Dziesięć lat trwało wykopywanie Piastów z różnych miejsc. W trakcie prac popełniono wyszystkie mozliwe błędy metodologiczne, rachunkowe i ortograficzne, a na końcu użyto usterkowej wersji oprogramowania.

Konkluzja, że Piastowie pochodzą ze Szkocji zupełnie nie dziwi, raczej zdumiewa, że nie pochodzą z Fidżi. Szkocka prowieniencja Chrobrego wyjaśniałaby, czemu tysiąclecie jego koronacji uczczono w budżecie wiejskiego wesela.

Jedno z wielkich pytań ludzkości, „skąd przychodzimy?” doczekało się zatem – w przypadku Polaków – odpowiedzi.

Na – „kim jesteśmy?” – odpowiem w następnym odcinku.

PS

Pytanie „dokąd zmierzamy?” proszę wysyłać SMS-em na +48 555 11 77, cena SMS-a 270 pln + VAT.

_____________

https://slawomirambroziak.pl/forum/index.php?topic=5297.2775

zakazane piosenki

Nasze fioletwowłose dzieci zakazały nam słowa Murzyn, a w pracy zakazano nam słowa password. Jeżeli w mowie lub piśmie użyjesz p4ssw0rd zaraz wyskakuje na ciebie jąkający się z oburzenia audyt i każe udowodnić ci, że w żadnej formie nigdzie nie zapisujesz haseł. No bo po każdym słowie password następuje samo hasło, tak wskazuje żelazna logika absolwenta europeistyki posługującego się wyszukiwarką słowa password.

Zapisywanie (i zapamiętywanie) haseł zaś to proceder surowo zabroniony. Po hasło należy zgłaszać się do aplikacji od haseł i po jednorazowym użyciu wymazać z pamięci. Zapisywanie zostanie wykryte i ukarane z całą surowością regulaminu.

Wspomniany w poprzednim wpisie Pawełek z dumą zaprezentował nam funkcję w jakiś szelu czy innym pytonie, której jedynym wynikiem działania było owo zakazane słowo. Zamiast słowa na p stworzył na maksa pokręconą procedurę, żeby uniknąć słowa-tabu w kodzie. Popatrzcie, tu w skrypcie miałem użyć polecenia z opcją –password. Zamiast tego słowa wstawiam wynik działania mojej czarodziejskiej funkcji, tak że mogą sobie przeglądać skrypt do woli i nic nie zobaczą.

-Stary, chińscy hakerzy, którzy penetrują ci maszynę turlają się teraz ze śmiechu oglądając tę funkcję. A poza tym,.. czemu upierasz się przy opcji –password, skoro tu wystarczy samo -p ?

– Samo -p i zabangla?

– Zabangla, mordo.

Czytanie ma większą przyszłość niż pisanie.

Zoom na planetę

Pracuję sobie z kolegą Pawełkiem, który cechuje się wszechstronną podatnością. Nie słabym charakterem, zauważcie, a podatnością na różne wkrętki (i używki) właśnie. Normalny, ogarnięty facet, który kiedyś niebacznie kliknął na filmik o płaskiej Ziemi i od tego momentu algortym podsuwał mu tych filmików coraz więcej.

On sobie zdaje sprawę, że głoszenie płaskoziemczych tez może zaskutkować ostracyzmem towarzyskim, utratą pracy i kaftanem bezpieczeństwa, dlatego ich nie głosi. Ale swoje wie. I my wiemy, że on wie.

Co człowiek to przypadek. Ja na przykład lubię pomarzyć sobie o większym zoomie niż mam. Banalne marzenie chłopca w każdym wieku. A jeśli idzie o zoom, król jest tylko jeden, aparat nikon serii P. Nie próbuję go reklamować, bo nie ma po co, zoom x125 zostawia konkurencję malutką jak biedronka oglądana złym końcem lornetki.

Jeśli chcecie sfotografować łepek potwora w Loch Ness nie ruszając się z Londynu, albo swoją ulubioną influ na plaży w Ustce nie opuszczając Wrocławia – zoomujecie P1000. Tyle, że ostatnio nieoczekiwanie P1000 zniknęły z oferty. To właśnie punkt, w którym przecięły się zainteresowania moje i Pawełka.

-Słyszałeś może o takim aparacie nikona… – … P1000? – wszedł mi w słowo Pawełek, który fotografuje tylko obiady w stołówce. Słyszałem. NASA. – Co NASA? – NASA kazała go wycofać, bo każdy mógł udowodnić, że Ziemia jest płaska. Fotografowali obiekty których „nie mogli” zobaczyć z powodu krzywizny globu. Której nie ma, bo fotki są.

Aha. Potwierdziło się.

Tymczasem jeszcze nie zakazanym (i dużo tańszym) b700 zooom na księżyc. Kulisty. A co najmniej w kształcie dysku. I inne takie.

Remanent powyborczy w dzień zesłania Ducha Świętego

Mam siostrę. Siostra też nie lubi się przemęczać, ale musi, bo jest trochę mniej cwana ode mnie. Stąd też wzięła się szokująca deklaracja Siostry: głosuję na boksera. Matka zrobiła oczy jak pięciozłotówki. Głosuję, bo mam dziesięć lat do emerytury, a jak wskoczy ten warszawiak, to zaraz z dziesięciu zrobi się siedemnaście. Nie ma głupich.

Poczułem się w obowiązku wesprzeć Siostrę i jej kandydata.
Mamo, popatrz, Nelson Mandela też był bokserem, a został prezydentem i nawet dostał nagrodę Nobla. Dawno nie mieliśmy Nobla, prawda? A papież Franciszek też stał w klubie na bramce… – tu spłynęło na mnie natchnienie, teraz myślę, że za sprawą Ducha Świętego – .. a więc stał na bramce w lokalu i wcale się tego nie wstydził, a wiesz czemu? Bo papież papieży, czyli św Piotr też stoi na bramce. W niebie! I owszem, czasem wpuszcza też ladacznice.

Tadam!

Argumentację tę zachowałem sobie na po wyborach, po upubliczniona wcześniej mogła stać się gejmczendżerem kampanii, to raz, a jak tak teraz na nią patrzę to jest nawet lepsza od kandydata.

Tymczasem w sporcie:

Bóbr kontra Bardo.

Kajakarstwo rekreacyjne w Polsce rozgrywa się na ogół na północ od autostrady A2. W dolnej połówce kraju ludzi jest więcej, mniej lasów, rzeki albo brudne albo uregulowane, a na Dolnym Śląsku i takie i takie.

Z tym większą ciekawością pochyliłem się nad względnie świeżo odkrytymi dla kajaków odcinkami Bobru i Nysy Kłodzkiej. Chłopaki znad Nysy brawurowo zachwalają swój kawałek jako Przełom Bardzki, budząc skojarzenia z przełomem Dunajca. Bardzo kibicuję lokalsom próbującym żyć z turystyki, dlatego bez bicia napiszę, że wyglądają na fajnie zorganizowanych, a spływ na bezpieczny, łatwy i efektowny.
Na pewno warto.
Azaliż aliści.
Do przełomu Dunajca przełom Bardzki ma się nijak. Stwierdzam fakt. Góry niewysokie i niedalekie, panoram brak…
Symptomatyczne, że jedną z atrakcji spływu jest skała Napoleona, w której tkwi kula armatnia z

epoki. Tyle że dowodzącym Francuzami pod Kłodzkiem był nie prawdziwy Napoleon, ale jego brat Hieronim Bonaparte.

Otóż przełom Bardzki ma się tak do przełomu Dunajca, jak Hieronim do Napoleona.
Są jednak i niepodziewane plusy. Na Dunajcu nie widziałem zimorodków, a na Nysie z sześć. Na krótkim, trzygodzinnym odcinku. Drugim plusem jest droga powrotna. Otóż spływam rzekami w formule kajakowo – rowerowej. Na dolnej przystani uwiązuję rower, jadę w górę rzeki, po spłynięciu przywiązuję kajak i rowerem wracam po samochód. Liczyłem na to, że uda mi się jechać brzegiem rzeki, ale czekał mnie stromy podjazd. W nagrodę ujrzałem widoki, których brakowało mi na dole. W ogóle miałem wrażenie, że część rowerowa była jakby fajniejsza od kajakowej. Być może dlatego, że rowerem jechałem sam, a spływałem slalomem między wesołymi emerytami na pontonach.

Bóbr, kurna, Bóbr, jak sama nazwa wskazuje, to zupełnie inna liga. Kiedyś spytałem kolegę, czy spływał Bobrem. Odpowiedział, że próbował jechać rowerem wzdłuż, ale sztynk z rzeki bił taki, że zemdlał, spadł z roweru i się w Bobrze utopił. Jak było tak było, od paru lat nadbobrzanie oferują chętnym spływy z Wlenia do Lwówka Śląskiego. Uwiązałem rower w Lwówku na działkach przy tamie, poczym udałem się z kajakiem do Wlenia. Kusiło mnie, żeby zacząć zaraz za efektowną zaporą w Pilchowicach, nad którą unosi się most obroniony przed wysadzeniem na potrzeby filmu Mission Impossible, ale zgaduję, że spływy startują niżej nie bez powodu. I tak czekały mnie po drodze dwie przenoski. Bóbr jest już rzeką co się zowie, w każdym razie w porównaniu do sporo węższej Nysy. Widokowo z Nysą wygrywa, częściej trafimy tu też na bystrza i wypłycenia, zakładanie skegów jest niewskazane. Płynąłem w majówkę, ale po drodze widziałem tylko jeden spływ. Może nie było zimorodków, za to trafiła mi się towarzyska wydra chętnie pozująca do zdjęć. Były też nurogęsi rzadko widywane na mniejszych rzekach.


Niesympatyczne zapachy z Bobru to już historia, dopiero we Lwówku zajechało ściekiem. Wszystko to nic w porównaniu z bajkowymi krajobrazami. Okolica wyróżnia się specyficznym pofałdowaniem terenu, szczególnie miłymi dla oka pagórkami. Znowu łatwiej je docenić z siodełka roweru. Sporą część drogi powrotnej przejechałem wręcz luksusową ścieżką rowerową, przywodzącą wspomnienie trasy wzdłuż Dunaju. Ogólnie dolina Bobru z przyległościami sprawia wrażenie krainy czekającej na odkrycie, które mam nadzieję nie nastąpi. Masowa turystyko, omijaj te miejsca szerokim łukiem.

Banici i grafomani

Polski artysta chcący wypromować swoje nanowsze dzieło zwykle idzie do gazet i mówi coś skandalicznego.
Nie śledzę jakoś namiętnie, ale zauważyłem, że informuje zwykle o zamiarze dokonania apostazji, spowiada ze strasznej traumy z dzieciństwa, albo też wspomina o stoczonej walce z depresją czy innym tam nałogiem.
Każda z tych informacji elektryzuje fanów i publiczność, życzliwe media zaś rozpływają się nad „odwagą w przełamywaniu tabu”.
Ostanio kol. Żulczyk napisał nową książkę o prezydencie Dudzie bodajże, tak nieszczęśliwie, czy raczej głupio, że wstrzelił się w tejże Dudy odejście.
Tutaj nie wystarczą już zwykłe zabiegi promocyjne, musiał użyć czegoś skutecznego.
I zaskoczył, użył bowiem bomby A jak Amnestia.
Bo widzicie, literaci mają bardzo wrażliwe ego. Ci najdelikatniejsi zablokowali tylu nie dość zachwyconych fanów, że sami sobie poobcinali zasięgi ze szkodą dla marketingu.
Zrozpaczony Żulczyk w desperacji odblokował nawet mnie. Kiedyś tam ośmieliłem się zauważyć, ze Wzgórze Psów szeleści Wyborczą – i ban. Nie omieszkałem podziękować za odbanowanie, ale napomknąłem, że i tak pozostanie grafomanem. Wiem to na pewno, bo sam jestem grafomanem, my rozpoznalibyśmy się przez deskę, jak geje.

W odróżnieniu od Ż. ja nie absorbuję … no dobra absorbuję, na miarę natężenia swojej szajby, ale przynajmniej nie poświęcam drzew na drukowanie.

Dość o tym, nie kupujcie Żulczyka, kupcie najnowszego Twardocha, tego z okopów Ukrainy. Nadmienię, że Twardoch też mnie zbanował, ale widać sprzedaje się na tyle dobrze, żeby nie poniżać sie odbanowywaniem krytyków.

Poniżej moje renifery spod norweskiej granicy. Prawdziwym bohaterem filmu jest zoooooooooooom.

Literka

Mała literka, duży kłopot. O jedną literkę mogą wybuchnąć duże konflikty, wiemy to wszyscy, a kolega Psikuta (bez „s”) najbardziej. Także narody Iranu i Iraku, które toczyły wojny długie lata, przez jedną literę w nazwie w sumie.

Albo: bądź obiecującą aktorką, przyszłość przed tobą, nazywaj się Barbara Rylska, kiedy na scenę wjeżdża inna aktorka Barbara B-rylska, która do tego się rozbiera i niemal całkowicie przesłania nie tylko twoją karierę ale nawet istnienie.

Albo: bądź mną, odpowiedzialnym za sporą operację logistyczną, ciężarówka wypełniona petabajtami ma przewieźć je z jednego końca Europy na drugi. Ciężarówka stoi i czeka w środku Londynu, blokując całkiem ulicę, już w połowie zablokowaną remontem, dokładnie pod naszą serwerownią. W środku ciężarówki dyszy komando spoconych małpoludów, przywiezionych by piorunem zapakować szafy z petabajtami. No ale najpierw trzeba je zdemontować, więc wszyscy patrzą na Mickey-a, który przyjechał dokładnie po to i w tej chwili stoi i użera się z ochroną. Mickey ma na nazwisko Aubrey, przynajmniej mi się tak wydawało, kiedy wypełniałem jego kartę dostępu.
Ale nie!
Mickey w istocie okazał się pieprzonym Francuzikiem o zanglicyzowanym imieniu i naprawdę jego nazwisko to Aubry , bez „e”!
No i teraz nie może wejść, bo on to nie on, a małpoludy i 20 typa na callu wstrzymuje oddech.
Z wyjątkiem mnie, ja wiszę na telefonie i próbuję dopisać to nieszczęsne e, zanim zaczną pytać, kto właściwie załatwiał te dostępy.
Sprawdzajcie, kurka, po trzy razy, mailem i kopiuj-wklej zamiast na gębę, no bo niestety, coraz więcej egzotycznych graczy w IT, Indie, Chiny, Indochiny, a nawet Francja, niestety.

Guanoproblem zmiany czasu.

Wstałem, popatrzyłem na zegarek – ósma. Na telefonie takoż. Spytałem NAtaszy, kiedy zmiana czasu. Nie miała pojęcia. Spytałem gógla. Odpowiedział, ze już była. Sprawdziliśmy na radzieckim zagarze Jantar w kuchni, przy śniadaniu. Faktycznie, był godzinę do tyłu. Aha.

No właśnie. Zmianą czasu powinna się pasjonować już tylko garstka emerytów używających radzieckich zegarków na sprężynę. Normalni ludzie, czyli produktywna, płacąca podatki większość sprawdza czas na opasce, telefonie, smartwatchu, zegarku sportowym, które aktualizują się w tle i bezboleśnie.

Technicznie moglibyśmy zmieniać czas co dwa tygodnie, gdyby naszła nas taka fantazja i mało kto by się połapał.

Tymczasem zmiana czasu z letniego na zimowy i z powrotem urosła do grubego politycznego problemu. Ludzie en-mass deklarują, że zmiany czasu nie chcą. Unia Europejska drąży temat od dawna. Fakt, że drąży jest dla euroentuzjastów dowodem jej pożyteczności. Fakt, że guano z tego wychodzi dla eurosceptyków dowodem na jej bezużyteczność.

W Stanach Gandalf Pomarańczowy miał przeciąć węzeł dekretem prezydenckim ale…
No właśnie. „Połowa chciałaby czas zimowy, połowa letni, a jak problem jest fifty-fifty, lepiej zająć się czymś pożytecznym”. Na przykład bombardowaniem Jemenu, co też zrobił.

I tylko rusofile mogą otrąbić sprawczość Władymira Władymirowicza, który ma gdzieś preferencje wyborców i wprowadził czas, jaki miał na swoim zegarku za milion baksów. Po czym zajął się pilniejszymi sprawami, czyli trzydniową specjalną operacją.

Podobnym nie mającym przełożenia na życie normalnych ludzi problemem przez 99,999% czasu ich życia jest zagadnienie złotówka czy euro. Tytaniczne zmagania patriotów złotówki i zwolenników euro regularnie przetaczają się przez media i trybuny, a zwykli ludzie i tak nie płacą ani jednym, ani drugim.
Płacą kartą albo telefonem, albo smartwatchem. W Polsce, w Grecji i na Dominikanie. Oczywiście za wyjątkiem emerytów z zegarkami Pobieda.
I znowu, mogliby nam po cichu wprowadzić gwatemalskie kecale i nawet byśmy się – my, normalni – nie zorientowali.

Zważywszy jednak jakie głupie problemy moglibyśmy sobie wynaleźć, gdybyśmy się nie zmóżdżali nad tymi zastępczymi, lepiej spierajmy się o zmianę czasu i euro