Zoom na planetę

Pracuję sobie z kolegą Pawełkiem, który cechuje się wszechstronną podatnością. Nie słabym charakterem, zauważcie, a podatnością na różne wkrętki (i używki) właśnie. Normalny, ogarnięty facet, który kiedyś niebacznie kliknął na filmik o płaskiej Ziemi i od tego momentu algortym podsuwał mu tych filmików coraz więcej.

On sobie zdaje sprawę, że głoszenie płaskoziemczych tez może zaskutkować ostracyzmem towarzyskim, utratą pracy i kaftanem bezpieczeństwa, dlatego ich nie głosi. Ale swoje wie. I my wiemy, że on wie.

Co człowiek to przypadek. Ja na przykład lubię pomarzyć sobie o większym zoomie niż mam. Banalne marzenie chłopca w każdym wieku. A jeśli idzie o zoom, król jest tylko jeden, aparat nikon serii P. Nie próbuję go reklamować, bo nie ma po co, zoom x125 zostawia konkurencję malutką jak biedronka oglądana złym końcem lornetki.

Jeśli chcecie sfotografować łepek potwora w Loch Ness nie ruszając się z Londynu, albo swoją ulubioną influ na plaży w Ustce nie opuszczając Wrocławia – zoomujecie P1000. Tyle, że ostatnio nieoczekiwanie P1000 zniknęły z oferty. To właśnie punkt, w którym przecięły się zainteresowania moje i Pawełka.

-Słyszałeś może o takim aparacie nikona… – … P1000? – wszedł mi w słowo Pawełek, który fotografuje tylko obiady w stołówce. Słyszałem. NASA. – Co NASA? – NASA kazała go wycofać, bo każdy mógł udowodnić, że Ziemia jest płaska. Fotografowali obiekty których „nie mogli” zobaczyć z powodu krzywizny globu. Której nie ma, bo fotki są.

Aha. Potwierdziło się.

Tymczasem jeszcze nie zakazanym (i dużo tańszym) b700 zooom na księżyc. Kulisty. A co najmniej w kształcie dysku. I inne takie.

Remanent powyborczy w dzień zesłania Ducha Świętego

Mam siostrę. Siostra też nie lubi się przemęczać, ale musi, bo jest trochę mniej cwana ode mnie. Stąd też wzięła się szokująca deklaracja Siostry: głosuję na boksera. Matka zrobiła oczy jak pięciozłotówki. Głosuję, bo mam dziesięć lat do emerytury, a jak wskoczy ten warszawiak, to zaraz z dziesięciu zrobi się siedemnaście. Nie ma głupich.

Poczułem się w obowiązku wesprzeć Siostrę i jej kandydata.
Mamo, popatrz, Nelson Mandela też był bokserem, a został prezydentem i nawet dostał nagrodę Nobla. Dawno nie mieliśmy Nobla, prawda? A papież Franciszek też stał w klubie na bramce… – tu spłynęło na mnie natchnienie, teraz myślę, że za sprawą Ducha Świętego – .. a więc stał na bramce w lokalu i wcale się tego nie wstydził, a wiesz czemu? Bo papież papieży, czyli św Piotr też stoi na bramce. W niebie! I owszem, czasem wpuszcza też ladacznice.

Tadam!

Argumentację tę zachowałem sobie na po wyborach, po upubliczniona wcześniej mogła stać się gejmczendżerem kampanii, to raz, a jak tak teraz na nią patrzę to jest nawet lepsza od kandydata.

Tymczasem w sporcie:

Bóbr kontra Bardo.

Kajakarstwo rekreacyjne w Polsce rozgrywa się na ogół na północ od autostrady A2. W dolnej połówce kraju ludzi jest więcej, mniej lasów, rzeki albo brudne albo uregulowane, a na Dolnym Śląsku i takie i takie.

Z tym większą ciekawością pochyliłem się nad względnie świeżo odkrytymi dla kajaków odcinkami Bobru i Nysy Kłodzkiej. Chłopaki znad Nysy brawurowo zachwalają swój kawałek jako Przełom Bardzki, budząc skojarzenia z przełomem Dunajca. Bardzo kibicuję lokalsom próbującym żyć z turystyki, dlatego bez bicia napiszę, że wyglądają na fajnie zorganizowanych, a spływ na bezpieczny, łatwy i efektowny.
Na pewno warto.
Azaliż aliści.
Do przełomu Dunajca przełom Bardzki ma się nijak. Stwierdzam fakt. Góry niewysokie i niedalekie, panoram brak…
Symptomatyczne, że jedną z atrakcji spływu jest skała Napoleona, w której tkwi kula armatnia z

epoki. Tyle że dowodzącym Francuzami pod Kłodzkiem był nie prawdziwy Napoleon, ale jego brat Hieronim Bonaparte.

Otóż przełom Bardzki ma się tak do przełomu Dunajca, jak Hieronim do Napoleona.
Są jednak i niepodziewane plusy. Na Dunajcu nie widziałem zimorodków, a na Nysie z sześć. Na krótkim, trzygodzinnym odcinku. Drugim plusem jest droga powrotna. Otóż spływam rzekami w formule kajakowo – rowerowej. Na dolnej przystani uwiązuję rower, jadę w górę rzeki, po spłynięciu przywiązuję kajak i rowerem wracam po samochód. Liczyłem na to, że uda mi się jechać brzegiem rzeki, ale czekał mnie stromy podjazd. W nagrodę ujrzałem widoki, których brakowało mi na dole. W ogóle miałem wrażenie, że część rowerowa była jakby fajniejsza od kajakowej. Być może dlatego, że rowerem jechałem sam, a spływałem slalomem między wesołymi emerytami na pontonach.

Bóbr, kurna, Bóbr, jak sama nazwa wskazuje, to zupełnie inna liga. Kiedyś spytałem kolegę, czy spływał Bobrem. Odpowiedział, że próbował jechać rowerem wzdłuż, ale sztynk z rzeki bił taki, że zemdlał, spadł z roweru i się w Bobrze utopił. Jak było tak było, od paru lat nadbobrzanie oferują chętnym spływy z Wlenia do Lwówka Śląskiego. Uwiązałem rower w Lwówku na działkach przy tamie, poczym udałem się z kajakiem do Wlenia. Kusiło mnie, żeby zacząć zaraz za efektowną zaporą w Pilchowicach, nad którą unosi się most obroniony przed wysadzeniem na potrzeby filmu Mission Impossible, ale zgaduję, że spływy startują niżej nie bez powodu. I tak czekały mnie po drodze dwie przenoski. Bóbr jest już rzeką co się zowie, w każdym razie w porównaniu do sporo węższej Nysy. Widokowo z Nysą wygrywa, częściej trafimy tu też na bystrza i wypłycenia, zakładanie skegów jest niewskazane. Płynąłem w majówkę, ale po drodze widziałem tylko jeden spływ. Może nie było zimorodków, za to trafiła mi się towarzyska wydra chętnie pozująca do zdjęć. Były też nurogęsi rzadko widywane na mniejszych rzekach.


Niesympatyczne zapachy z Bobru to już historia, dopiero we Lwówku zajechało ściekiem. Wszystko to nic w porównaniu z bajkowymi krajobrazami. Okolica wyróżnia się specyficznym pofałdowaniem terenu, szczególnie miłymi dla oka pagórkami. Znowu łatwiej je docenić z siodełka roweru. Sporą część drogi powrotnej przejechałem wręcz luksusową ścieżką rowerową, przywodzącą wspomnienie trasy wzdłuż Dunaju. Ogólnie dolina Bobru z przyległościami sprawia wrażenie krainy czekającej na odkrycie, które mam nadzieję nie nastąpi. Masowa turystyko, omijaj te miejsca szerokim łukiem.

Banici i grafomani

Polski artysta chcący wypromować swoje nanowsze dzieło zwykle idzie do gazet i mówi coś skandalicznego.
Nie śledzę jakoś namiętnie, ale zauważyłem, że informuje zwykle o zamiarze dokonania apostazji, spowiada ze strasznej traumy z dzieciństwa, albo też wspomina o stoczonej walce z depresją czy innym tam nałogiem.
Każda z tych informacji elektryzuje fanów i publiczność, życzliwe media zaś rozpływają się nad „odwagą w przełamywaniu tabu”.
Ostanio kol. Żulczyk napisał nową książkę o prezydencie Dudzie bodajże, tak nieszczęśliwie, czy raczej głupio, że wstrzelił się w tejże Dudy odejście.
Tutaj nie wystarczą już zwykłe zabiegi promocyjne, musiał użyć czegoś skutecznego.
I zaskoczył, użył bowiem bomby A jak Amnestia.
Bo widzicie, literaci mają bardzo wrażliwe ego. Ci najdelikatniejsi zablokowali tylu nie dość zachwyconych fanów, że sami sobie poobcinali zasięgi ze szkodą dla marketingu.
Zrozpaczony Żulczyk w desperacji odblokował nawet mnie. Kiedyś tam ośmieliłem się zauważyć, ze Wzgórze Psów szeleści Wyborczą – i ban. Nie omieszkałem podziękować za odbanowanie, ale napomknąłem, że i tak pozostanie grafomanem. Wiem to na pewno, bo sam jestem grafomanem, my rozpoznalibyśmy się przez deskę, jak geje.

W odróżnieniu od Ż. ja nie absorbuję … no dobra absorbuję, na miarę natężenia swojej szajby, ale przynajmniej nie poświęcam drzew na drukowanie.

Dość o tym, nie kupujcie Żulczyka, kupcie najnowszego Twardocha, tego z okopów Ukrainy. Nadmienię, że Twardoch też mnie zbanował, ale widać sprzedaje się na tyle dobrze, żeby nie poniżać sie odbanowywaniem krytyków.

Poniżej moje renifery spod norweskiej granicy. Prawdziwym bohaterem filmu jest zoooooooooooom.

Literka

Mała literka, duży kłopot. O jedną literkę mogą wybuchnąć duże konflikty, wiemy to wszyscy, a kolega Psikuta (bez „s”) najbardziej. Także narody Iranu i Iraku, które toczyły wojny długie lata, przez jedną literę w nazwie w sumie.

Albo: bądź obiecującą aktorką, przyszłość przed tobą, nazywaj się Barbara Rylska, kiedy na scenę wjeżdża inna aktorka Barbara B-rylska, która do tego się rozbiera i niemal całkowicie przesłania nie tylko twoją karierę ale nawet istnienie.

Albo: bądź mną, odpowiedzialnym za sporą operację logistyczną, ciężarówka wypełniona petabajtami ma przewieźć je z jednego końca Europy na drugi. Ciężarówka stoi i czeka w środku Londynu, blokując całkiem ulicę, już w połowie zablokowaną remontem, dokładnie pod naszą serwerownią. W środku ciężarówki dyszy komando spoconych małpoludów, przywiezionych by piorunem zapakować szafy z petabajtami. No ale najpierw trzeba je zdemontować, więc wszyscy patrzą na Mickey-a, który przyjechał dokładnie po to i w tej chwili stoi i użera się z ochroną. Mickey ma na nazwisko Aubrey, przynajmniej mi się tak wydawało, kiedy wypełniałem jego kartę dostępu.
Ale nie!
Mickey w istocie okazał się pieprzonym Francuzikiem o zanglicyzowanym imieniu i naprawdę jego nazwisko to Aubry , bez „e”!
No i teraz nie może wejść, bo on to nie on, a małpoludy i 20 typa na callu wstrzymuje oddech.
Z wyjątkiem mnie, ja wiszę na telefonie i próbuję dopisać to nieszczęsne e, zanim zaczną pytać, kto właściwie załatwiał te dostępy.
Sprawdzajcie, kurka, po trzy razy, mailem i kopiuj-wklej zamiast na gębę, no bo niestety, coraz więcej egzotycznych graczy w IT, Indie, Chiny, Indochiny, a nawet Francja, niestety.

Guanoproblem zmiany czasu.

Wstałem, popatrzyłem na zegarek – ósma. Na telefonie takoż. Spytałem NAtaszy, kiedy zmiana czasu. Nie miała pojęcia. Spytałem gógla. Odpowiedział, ze już była. Sprawdziliśmy na radzieckim zagarze Jantar w kuchni, przy śniadaniu. Faktycznie, był godzinę do tyłu. Aha.

No właśnie. Zmianą czasu powinna się pasjonować już tylko garstka emerytów używających radzieckich zegarków na sprężynę. Normalni ludzie, czyli produktywna, płacąca podatki większość sprawdza czas na opasce, telefonie, smartwatchu, zegarku sportowym, które aktualizują się w tle i bezboleśnie.

Technicznie moglibyśmy zmieniać czas co dwa tygodnie, gdyby naszła nas taka fantazja i mało kto by się połapał.

Tymczasem zmiana czasu z letniego na zimowy i z powrotem urosła do grubego politycznego problemu. Ludzie en-mass deklarują, że zmiany czasu nie chcą. Unia Europejska drąży temat od dawna. Fakt, że drąży jest dla euroentuzjastów dowodem jej pożyteczności. Fakt, że guano z tego wychodzi dla eurosceptyków dowodem na jej bezużyteczność.

W Stanach Gandalf Pomarańczowy miał przeciąć węzeł dekretem prezydenckim ale…
No właśnie. „Połowa chciałaby czas zimowy, połowa letni, a jak problem jest fifty-fifty, lepiej zająć się czymś pożytecznym”. Na przykład bombardowaniem Jemenu, co też zrobił.

I tylko rusofile mogą otrąbić sprawczość Władymira Władymirowicza, który ma gdzieś preferencje wyborców i wprowadził czas, jaki miał na swoim zegarku za milion baksów. Po czym zajął się pilniejszymi sprawami, czyli trzydniową specjalną operacją.

Podobnym nie mającym przełożenia na życie normalnych ludzi problemem przez 99,999% czasu ich życia jest zagadnienie złotówka czy euro. Tytaniczne zmagania patriotów złotówki i zwolenników euro regularnie przetaczają się przez media i trybuny, a zwykli ludzie i tak nie płacą ani jednym, ani drugim.
Płacą kartą albo telefonem, albo smartwatchem. W Polsce, w Grecji i na Dominikanie. Oczywiście za wyjątkiem emerytów z zegarkami Pobieda.
I znowu, mogliby nam po cichu wprowadzić gwatemalskie kecale i nawet byśmy się – my, normalni – nie zorientowali.

Zważywszy jednak jakie głupie problemy moglibyśmy sobie wynaleźć, gdybyśmy się nie zmóżdżali nad tymi zastępczymi, lepiej spierajmy się o zmianę czasu i euro

Żyć jak król

Z wycieczki do Paryża przywiozłem budujące wnioski. Każdy chciałby żyć jak król, ale jak chciałby żyć król? Może on wcale nie jest ze swojego życia zadowolony i chciałby zupełnie inaczej?
Królowie Francji najpierw pobudowali sobie zamek na wyspie, tej samej, na której później postawiono Notre Dame. Niby fajnie, ale zaraz jak uzbierali trochę kasy wywalili całkiem nowy z dala od poddanych włażących sobie i im na głowę. Ten nowy pałac znamy dziś jako Luwr. Jak łatwo zgadnąć Luwr już po paru stuleciach stał się nowym centrum i znowu trzeba było znaleźć siedzibę, tym razem w środku kniei, żeby już żaden natręt tam nie dotarł. Wybrano zamek myśliwski zwany Wersalem.
Sami zgadniecie, że znowu nalazło się do Wersalu tałatajstwa… a zatem Trianon.
Do malutkiego pałacu w Trianon wpuszczano już mało kogo, państwo królestwo mogło relaksować się w spokoju, to jest do momentu kiedy rozgniewany lud wziął je za łeb i zaciągnął do pierwszego zamku, tego na wyspie, który w międzyczasie stał się więzieniem o obostrzonym rygorze. Stąd już tylko szybki transfer na gilotynę i żegnaj monarchio.
Pałac idealny, którego wypracowanie zajęło monarchii może i tysiąc lat, czyli Trianon, był niczym więcej niż przerośniętą willą otoczoną ogrodem udającym wioskę.
Gdyby pozbyć się służby, którą dzisiaj wyręcza pralka, kocioł CO i pyszne.pl, dałby się skompresować do większej willi, takiej w zasięgu współczesnego szeregowego prezesa.

Zatem jak widać nie mamy czego zazdrościć koronowanym, zwłaszcza, kiedy już jesteśmy prezesem jakiegoś Januszeksu.

Poniżej biurko do pracy zdalnej Napoleona 3go, konwertowalne na stolik do kawy, nie idzie poznać, że było pracowane. To ważne przy skromnym metrażu, takim jak w Luwrze.

Wpływ niedorozwoju aparatu artykulacyjnego Anglosasów i Francuzów na percepcję wkładu cywilizacyjnego narodów posługujących się językami intensywnie fleksyjnymi.

Kojarzymy Gandhiego? Na ogół. Wybitny Hindus: Gandhi to, Gandhi śmo. I wybitny szczęściarz, a my z nim. Z miliardowej populacji Hindusów o nazwiskach typu Radźariszi Dźanakanana tudzież Nandimandalan Venkatrama akurat najciekawsze rzeczy miał do powiedzenia taki o prostym nazwisku.
Tylko, że niekoniecznie musiało tak być. Może, a nawet likely jakiś Nandimandalan był błyskotliwszy i przystojniejszy (o to nietrudno) od Ghandiego, ale wieść o nim się nie rozniosła w świecie anglofońskim, bo jego nazwisko literalnie nie przeszło Anglosasom przez gardło.

Sytuacja jest tym bardziej przykra dla Polaków, którzy żyją uznaniem Zachodu a właściwie jego brakiem. Again, z powodu niewymawialności naszych przydługich nazwisk. Śmiejemy się z Brzęczyszczykiewicza, ale śmiejemy się przez łzy. Przykłady polskich karier: Lem, Conrad, Curie, Boniek.
Przykłady niespełnionych nadziei na sukces: Trzetrzelewska.

Czego nie da się opowiedzieć, nie istnieje.

Możliwe np., że obok Hitlera (oryginalnie: Schickelgrueber) i Stalina (oryginalnie: Dżugaszwili) funkcjonował jakiś polski tyran, który zdobył pół Europy, ale jako Brzęczyszczykiewicz został ze szczętem zapomniany, bo w porę nie przyjął chwytliwego nom-de-guerre.

Kto wie.

W zeszłym tygodniu stanąłem oko w oko z najdłużej panującą królową Francji, a ściślej z jej portretem, zajmującym całą ścianę Luwru. Nie znacie jej? Nikt nie zna. Miała na nazwisko Leszczyńska, urodziła Ludwikowi XV masę małych Francuzów i zniknęła w mrokach niepamięci.
Dzisiaj „istnieje” jako Smutna-Bezimienna-Królowa-Zdradzana-Przez-Swojego-Ludwika w hollywoodzkich filmach o paniach Pąpadur i DuBarry.

Na usprawiedliwienie Francuzów Maria Leszczyńska wygrała casting na królową własnie jako najmniej wymagająca kandydatka. Poślubienie Hiszpanki albo Austriaczki wikłałoby Francję w kłopotliwe sojusze i oczekiwania ze strony teścia, a o Polakach wiadomo nie od dzisiaj, że robią ludziom za dziękuję a nawet bez.

W rezultacie piętnastoletni Ludwik dostał do wyłącznego użytku zdrową, starszą o siedem lat blondynkę w topowej formie reprodukcyjnej, trudno mu nie pozazdrościć. A pannie, nominalnie młodej, ale w kategoriach epoki na skraju staropanieństwa – tym bardziej.

Maria Leszczyńska za swoje dziesięcioro dzieci dostała portret a i to podpisany: Leczinska, co w innym kraju kosztowałoby nieuważnego podpisywacza głowę. Z drugiej strony w Polsce portrety francuskiej żony Sobieskiego podpisujemy „Kazimiera”, nie wiadomo, co gorsze.

Co z tą Francją?

Long time no see. Wróciliśmy ze słowackich Oraw, które z miejsca takiego sobie, ale taniego awansowały na miejsce takie sobie, ale drogie, wg mnie za sprawą euro. Takie wrażenie odniosłem, że Słowacy z euro siedli do gry, na którą ich nie stać. Jest tego plus – zero kolejek na stokach. I drugi – na Krupówkach w pobliskim Zakopanem po Słowacji wydaje się taniej.

Jeszcze nie otrząsnąłem się po nartach, kiedy Natasza wygrzebała z dna szafy elegancką sukienkę z młodości i zdołała się w nią wbić. W kiecę sprzed ćwierć stulecia, podobno normalnym kobietom się to nie zdarza. Sukienka była kupiona za dawnych dobrych czasów w Paryżu. Wiedziona impulsem wyklikała lot do Paryża-Beauvais (coś jak Warszawa-Radom) i oto siedzimy na pierwszym piętrze wieży Eiffla dając się oskubać cwanym francuskim restauratorom.

Nataszka, nie da się ukryć, jest rakieta, a w kapeluszu na wieży Eiffla to już w ogóle. Dziewczyna poproszona o zrobienie nam zdjęcia dostała ataku uwielbienia. Z zasady nie publikuję tu prywatnych zdjęć więc dla zielonego pojęcia wyobraźcie sobie Monikę Belucci, tylko młodszą oraz Bonda, tylko wyższego. I w swetrze.

Wielu konsumentów internetu nurtuje zapewne pytanie: czy Francji-już-nie-ma?

Odpowiem filozoficznie: a Polska, Polska wciąż jest?

Jak w tym dowcipie, spytajmy przypadkowego wrocławskiego przechodnia, co sądzi o kolejnej aferze prezydenta miasta, a więc:
-Co pan sądzi?
-Ja nie panimaju.

Jedziesz po Paryżu metrem rano, widzisz same śniade twarze, tą samą linią w południe przewaga białych.
Co można powiedzieć o mieście przechodząc się ulicami? I nie w Mogadziszu? Niewiele. Byłem w Zona Roja w Gwatemala City i w Kapsztadzie, ale o tym, że to najniebezpieczniejsze miejsca na Ziemi dowiedziałem się z serialu dokumentalnego lata później. Bardzo być może, że nam Paryż wydał się spokojny, czysty i bezpieczny, ale w nieparzyste czwartki murzyni ganiają tam arabów z maczetami. Któż to wie, tylko miejscowi.

Bez względu na zawartość Francji we Francji warto się udać, bo jak piszą na fb, dzisiaj nie mamy czasu, jutro siły, a pojutrze nas nie będzie.

Ament

Podbijany.

Miał być średnio śmieszny wpis o tym, ze trudno zrobić karierę z polskim nazwiskiem, na przykładzie Marii Curie i Basi Trzetrzelewskiej, potem o długiej drodze do pracy zdalnej, na przykładzie moim, bowiem zalogowanie się do kompa, w którym mogę zrobić coś pożytecznego zajmuje mi godzinę dziennie codziennie, ale ostatnio pojawiliśmy się w biurze u klienta i spadł na nas deszcz ciekawych nowin z telepracą w centrum.

Tu nadmienię, że kiedy za sprawą pandemii telepraca się rozprzestrzeniła przyjąłem to z mieszanymi uczuciami.
Parafrazując Syndroma: „kiedy wszyscy mają super to już nikt nie ma super”. No ale pandemia przyszła i odeszła, bractwo zagoniono z powrotem za biurka i znowu mam super.

Zaganianie trwało niemal tyle co pandemia, ale ostatni Mohikanie telepracy dostają właśnie oceny roczne, na których znakomicie waży obecność w biurze i często kosztuje premię. Na korytarzach płacz i rozżalenie, ale nie taki jak w Citibanku w Warszawie.

Tamże stwierdzono wzorową frekwencję w jednym z działów, co spowodowało uzasadnione podejrzenia potwierdzone analizą cctv, na której nagrał się menedżer pracowicie odbijający codzień karty swoich podwładnych.

Tak więc nasi koledzy mają się czym pocieszać, bowiem cały team z citi ponoć poleciał za ten wybryk. „Nadgorliwość gorsza od faszyzmu” – to stalinowskie hasło dominuje w korytarzowych komentarzach.

Tymczasem pakujemy się na być może ostatni wyjazd na narty, a to z powodu zanikania śniegu z sezonu na sezon coraz bardziej. Wg Nataszy ocieplenie istnieje ale jest wynikiem przebiegunowania. Ciekawe, ale mając w pamięci, że z zawodu jest także inżynierem ropy i gazu, jakoś nie jestem jej opinią zaskoczony.