One trick pony

Smutna prawda jest taka, że wszyscy razem i każdy z osobna umiemy – w najlepszym razie – wykonać jedną czynność poprawnie. Nagrodzeni aplauzem będziemy ją powtarzać, póki publiczność nie przegoni nas ze sceny. Dotyczy to nie tylko indywiduów, ale i np. stronnictw politycznych. Jedne specjalizują się w zaciskaniu pasa, inne w jego popuszczaniu. Próżno oczekiwać, że jakiś premier powie: dosyć już podnoszenia podatków, teraz je zmniejszymy. Zmniejszy je dopiero jego następca, wyniesiony do władzy na fali niezadowolenia i będzie je zmniejszał bez końca, aż zapaść w szpitalach i policji zmiecie go na powrót do ław opozycji.

O dziwo, to samo w biznesie. Weźmy jednorazowe maszynki do golenia. Kiedyś jakiś geniusz wymyślił drugie ostrze, z takim sukcesem, że konkurencja najpierw zgapiła, potem dodała trzecie, na co ów geniusz… wiadomo. Ja przestałem się golić na etapie pięciu ostrzy, ciekawe iloma się pielęgnują teraz gładkolicy. Jak znam życie, wynalazca będzie mnożył ostrza, póki maszynka zmieści się w kosmetyczce.

Podobne, oczywiste triki stosują producenci np. dezodorantów. Po sukcesie tych 48 godzinnych, które zdmuchnęły z półek 24 godzinne, przyszedł czas i na takie 72 godzinne, a bodaj czy nie 96. Tu brak ograniczeń geometrycznych, jak w wielostrzowych golarkach, tu jedyną barierą jest łatwowierność klientów, która – jak wiadomo – nie zna granic.

Kwestią czasu jest dezodoro „Stąd do wieczności”, chroniące delikwenta poza kres.

Jeśli trik działa i zapewnia dochód, cóż powstrzyma sztukmistrza?

Mam takiego geniusza w pracy i ja. Kiedyś, całkiem słusznie, zażyczył sobie raportu z działań serwisu sprzętu IT. Skoro serwis dostał hasło i coś naprawiał, należy zajrzeć, czy nie rozrabiał w systemie. Zaglądam, raportuję. Menedżer zebrał brawa, pobrał premię. Rozochocony wymyślił następny raport: z działań miejscowych pracowników, którzy pobierają hasła administracyjne. Menedżer podaje datę i godzinę, ja sprawdzam, cóż takiego porabiał w systemie kolega i raportuję, jak Bolesław W., choć za lepsze pieniądze. Ale żeby to zrobić muszę sam pobrać hasła, co generuje następny przypadek do sprawdzenia… itd. itp.

Menedżer pnie się w górę, jestem dziwnie spokojny, że nie spocznie, póki nie zmieni firmy w kolektyw oficerów dochodzeniowych nadzorujących jeden drugiego. W tych niełatwych dla pracownika czasach szczęść mu panieboże.

Incommunicado.

Onegdaj zawadziłem o tyradę z czasów Platona, piętnującą nowomodny i promujący umysłową miałkość wynalazek pisma. Według autora pismo pozwoliło zaistnieć intelektualnym niedorajdom, którzy bez podpierania się papirusem nie byliby w stanie swoich racji wywieść ani obronić w tradycyjnym stylu myślicieli-oratorów.

No rzeczywiście, jeśli Zeus dał wam zamiłowane do mędrkowania, ale pozbawił daru wymowy wspartego miłą oku postawą (platon = barczysty), to znaczy, że być może jakość waszych dociekań nie nadaje się do komunikowania ogółowi.

Odejście od pisma, zainicjowane przez jutiuba, a sfinalizowane przez tiktoka (co znamienne, przez Chińczyków, którym literki wyszły najkłopotliwsze) być może jest powrotem do dawno zapomnianej, zdrowej normy.

Kurcząca się część internetu wciąż używa literek, jak z definicji literkowy tłiter, ale i na nim od dawna fruwają już filmiki, których udział rośnie wraz z wymieraniem użytkowników klawiatur.

Przezabawne są zderzenia tych ostatnich z filmami z tiktoka.

Taka scenka: młody, sympatyczny influ, zatrzymuje na ulicy atrakcyjną Ukrainkę z pytaniem jak żyć. „Nie być szonem” odpowiada dziewczę i tłumaczy, co to znaczy nie być szonem. Następnie chwali się, że poza tym, że szonem nie jest, to występowała u gołtsów, raz próbowała upasuta, ale na pewno wszyscy ją pamiętają, jak u gołtsów malowała obrazek pupą.

Spora część komentujących nie zrozumiała ani słowa z tej rozmowy.
Dopytywali się, co to jest szon i upasuta, gołtsy kojarzyły im się z angielskimi kozami.

I można rzeczywiście zbyć przelotne zapewne mody wzruszeniem ramion i nie zaśmiecać sobie głowy pojęciami, które pojawiły się przed chwilą i na chwilę.

Azaliż aliści.

Filmik ten oryginalnie miał z brazylion wyświetleń, w tym na telefonach naszych dzieci i wnuków, które nigdy go nie wspomną w rozmowie z wami, bo wiedzą, że nie zrozumiecie ani słowa. Po drugie te słowa znikną albo i nie, a samozwańczego influ za dwa lata zobaczycie być może w wiadomościach, przepytującego ministrę oświaty nt plagi szoństwa w liceach.

Tak, że jeżeli chcemy zostać odklejonymi dziadkami mamroczącymi do siebie na bujanym fotelu z widokiem na złotą jesień, to ta notka jest o niczym. Ale jeśli nie, to może warto pochylić się nad zagadnieniem: jeżeli nie-szony malują obrazki pupą, to co muszą wyprawiać te oburzające szony?


nie tylko o pupie maryny, miewam też poważniejsze rozkminy:

https://www.salon24.pl/u/leniuch102/1396968,wezcie-juz-przestancie

Obcy i nieznajomi.

Są tacy fani, którzy przynoszą wstyd swoim idolom i ja z pewnością do takich fanów należę.
Długie lata uwielbiałem Ellę Fitzgerald, ale naprawdę szczęka mi opadła, kiedy przypadkiem zobaczyłem ją w telewizorze. Wbrew moim oczekiwaniom nie była różową blondynką w irlandzkim typie (cokolwiek to może znaczyć). Nadmienię, że moja fascynacja muzyką Elli przypadła już na czasy internetowe i info, że jest wielką Murzynką w okularach było one click away, rzecz w tym, że byłem nim kompletnie niezainteresowany.

„Śpiewaj i zmiataj”, najbardziej kolorowy fakt z życia, jak to, że masz trzy tysiące lat, jak Górniak, albo jesteś uleczonym przez modlitwę gejem, jak little Richard, nie wpłynie na moje uwielbienie dla twojej sztuki. Nie zamierzam też wydawać ani złotówki na koncert czy płyty, po prostu ściągnę z netu i posłucham w fotelu do przejedzenia.

Fair enough, I guess.

Z kinem tak się nie da, za bilet trzeba zapłacić, właśnie z bólem serca wywaliłem na najnowszego Obcego (Romulusa). Bardzo przyzwoity, polecam fanom i nie tylko, syn mój, zupełnie Obcych nie kupujący, zadeklarował obejrzenie poprzednich części, tak mu się spodobało.

Twarda fanbaza jest podobno na nie, albowiem ponieważ reżyser wskrzesił dawno zmarłego aktora z pierwszej części, czym podeptał prawo do wiecznego spoczynku i zwykłą ludzką przyzwoitość. I do tego wygenerowany sobowtór z kilometra walił AI, miał plastikową twarz i nie dało się na niego patrzeć bez zażenowania.

Szybko sprawdziłem, o kogo chodzi, nie będę spojlerował, ale jak dla mnie był najlepszym aktorem w obsadzie, który skradł szoł i wrył się w pamięć. Kompletnie zresztą nie kojarzyłem typa z wcześniejszych części, ot z jakim usmarkanym wyrobem fanopodonym macie tu do czynienia.

Tak że tak, może Sztuczna Inteligencja rzeczywiście jest odpowiedzią na kłopoty branży i Hollywood przestanie wabić nieletnie na pokuszenie reżyserów, tylko je sobie wygeneruje. Reżyserów zresztą też.

Chwała Bogu i czipom Nvidii, aktorzenie to fach podły, rozdymający ludziom ego i wpędzający ich w nałogi. W ogólę żywię cichą nadzieję, że wkrótce będziemy mogli zostawić troskę o PKB i ZUS botom i robotom, a sami zajmiemy sie uprawą pomidorów w lecie i polowaniem na dziki zimą.

Czym w sumie mogliśmy i powinniśmy się zacząć zajmować już dawno.

Wikingowie klasy okręgowej

Pierwszymi obcokrajowcami ewer, których ujrzałem na moje przedszkolne oczy było rodzeństwo Norwegów: Uwe i Anika. Mieszkali dwa namioty dalej na kempingu w Pogorzelicy Ja nie mówiłem po norwesku, oni po polsku, ale nie przeszkadzało im to przyłazić do naszego namiotu i wyżerać czekoladę.
Podówczas, jak zresztą i dziś nie byłem przesadnie skąpy, do tego stopnia, że do wysępionej czekolady dołozyłem Uwemu wygrzebane w piasku koło kibla 20 groszy. Ku mojemu zaskoczeniu następnego dnia uroczyście wręczył mi norweską koronę z królem Olafem.
I wtedy (środkowy Gierek) i dziś norweska korona nie była wiele warta.
Dzisiaj jednak Norwedzy mają ich nieprzebrane sterty. Jak zresztą każdej innej waluty, ze złotówkami z Baltic Pipe włącznie.
Nasz szwedzki gospodarz, Lars, za którego dowcipami nie zawsze nadążałem, pocieszył mnie: w Norwegii się odnajdziesz, oni tam jeszcze mniej lotni są.
Tak więc kolejny raz dobry p. Bóg wynagrodził głupiego Jasia garncem złota, tym razem z dna morza norweskiego. I uważam że to git i bardzo dobrze.
Azaliż aliści.
Jeżeli Norwegia ma gigantyczny fundusz zysków z ropy, jeśli autem pierwszego wyboru tamże jest tesla, jeśli sucha bułka kosztuje tam, tyle co trzydaniowy obiad gdzie indziej… spodziewalibyśmy się jesli nie Dubaju, to wygodnego, nowoczesnego i przyjaznego podróżnym kraju. Co najmniej.
Tymczasem na pierwszy i drugi rzut oka Norwegia to zapyziała prowincja, Suwalszczyzna lat 90tych, lepsza o brak reklam i w miarę przyzwoite drogi.
Miejsc obsługi podróżnych znanych z kraju – brak. Nieliczne baromotele zastygły.. niektóre w latach 60tych. Za każdą toaletę płać – każdą. Za tunel, nieważne jak stary, nieważne jak krótki – płać. Tunel świnoujski, darmowy, w Norwegii kosztowałby pewnie półtorej tesli.
Nie jestem małostkowy, puściłbym te śmiesznostki mimo, gdybyśmy w pewnym momencie nie zobaczyli na rozdrożach ogromnego drewnianego kościoła. Intuicja nas nie zawiodła, budowla stała tam od 12 wieku i wyglądała jak znana z Karpacza norweska świątynia Wang razy siedem.
W odróżnieniu od naszych, zwykle na głucho zamkniętych kościołów ten szeroko otwartymi wrotami witał zwiedzających.
I tu stop. Witał w osobie miejscowej Norweżki, która za wejście chciała setki koron, bo to nasze dziedzictwo kulturowe a konserwacja kosztuje.
No kurka w kółko goleni, jeśli to wasza dziedzictwo, to je sobie konserwujcie, np. z Państwowego Funduszu Ropy, który już nie wie, na co wydawać kasę. Jeśli oszczędność jest narodową cechą Norwegów, to pielęgnują ją ciut za mocno.
Ale, złe emocje na bok. Łatwiej o pobłażliwość dla ludzkich słabostek, nam, katolikom. Ja też po sekundzie sie zreflektowałem i pomyślałem o pani w kościelnej kasie i reszcie Norwegów z pewną sympatią nawet.
Ten kościół… wszak heretycki… i jego skąpi parafianie… Przecież oni z resztą protestantów najpewniej skończą w miejscu, gdzie szatani wyrwą im łby razem z płucami, nasrają do środka, zaszyją i wrzucą do kadzi z gorącą smołą. Na wieczność. Zatem bądźmy wyrozumiali.

Podróże szkołą tolerancji.

Fiord Geirangen z kajaka przytachanego z kraju,

Szfecjijuszniema

Do kolorowej galerii imieninowych wujków, wujka-antysemity, wujka-ateisty itp. dołączył ostatnio wujek-globtrotter. Znamy ten typ. Może nie ma on całościowego poglądu na życie i świat, za to wnosi cenny wgląd w rejony Europy, które właśnie zwiedził tirem. Aktywizuje się w momentach chwilowej ciszy otwierając nowe pola konwersacji grobowym stwierdzeniem: Francji już nie ma. Alternatywnie: Szwecji już nie ma.

Relacja z podróży do Szfecjijuszniema nie może być długa, bo kraju, jako się rzekło, już nie ma. Jednak promy wciąż odchodzą w tamtym kierunku, dlatego z ciekawości wsiedliśmy na jeden z nich. Czemu nie do bardziej oczywistej Francji? Coż, może SJNM, ale przyjazne temperatury chyba zostały. Ale nie wiem na pewno, bo zaraz po zjeździe z promu podbiegł do mnie brodaty talib i krzycząc Allahu Akbar! obciął mi głowę.
Ta notka rzeczywiście będzie krótka.

Żartowałem.

Szwecja w ogóle, a Sztokholm w szczególe to wyjątkowo piękne miasto i sympatyczni mieszkańcy. Rzeczywiście, ciemnoskórzy „nowi Szwedzi” rozbiegli się po całym kraju i dokładnie jak na cyrkulujących w sieci zdjęciach służą również w policji. To nawet zabawne, kiedy dwóch brodatych pakistańczykoidów w mundurach dyscyplinuje grupę szwedoafrykańskich nastolatków u wejścia do metra. Dwie wakacje temu zjeździliśmy metrem Nowy Jork, potrafię docenić zadbane metro, takie jak w Sztokholmie. Miałem nawet zdjęcia, ale nie pokażę, bo kiedy je robiłem jakiś Mokebe wyrwał mi telefon… Żartowałem again.

Do trzech razy sztuka, pora na relację z faktycznego wydarzenia. Rostock, kolejka do promu, my pierwsi. Prom, idiotycznie nazwany „Berlin” załapał prawie godzinę spóźnienia, wszyscy niecierpliwie grzeją motory, tylko nie my. Nam motór nie zapalił, bo na postoju lodówka wydoiła cały prąd z akumulatora.

Włamuję się do własnego bagażnika, wypinam lodówkę, dalej nic. Zaczynam miotać się od auta do auta prosząc od odpalenie z kabli, ale kto tu ma kable.
-Tam stoi Szwed,on na pewno ma kable, bo Szwedzi zawsze wożą kable! – drze się ze skody Natasza, która zawsze chciała zostać Szwedką, ale złośliwy los wręczył jej paszport RP. Rzeczywiście, nieopodal czai się potężna terenówka na szwedzkich numerach.
Ale – blachy szwedzkie, a w środku talib, z gromadą małych hamasiątek, jak to u nich. Trochę strach, bo „Allahu Akbar!” i wiadomo. No nic, jak nie on, to zlinczują mnie zablokowani w kolejce, podbijam do taliba i referuję. „Jak się masz” mówi talib, mamy w firmie Polaków, to trochę umiem. Z kamienną twarzą idzie do bagażnika i wyjmuje bateryjny rozrusznik. Podłączamy i brum, zapala, moment przed otwarciem rampy.

Serdeczny miś na dowidzenia, czekolada dla hamasiątka, Szwecjo, here we come.

image
tej Szwecji już nie ma. Chyba. Muzeum Astrid Lindgren.

W harmonii.

Za dawnych dobrych czasów, gdyby przyroda bezczelnie buszowała wokół mojej działki, moi ukraińscy budowlańcy przyrodę by usidlili i zjedli. Niestety Ukraińcy już dzisiaj nie ci sami, kiedyś wozili z domu sało i bagnety pamiętające Wołyń, teraz kupują co trzeba w owadzie, jak wszyscy.

Nawet Natasza, z natury i syberyjskiego wychowania dosyć bezwzględna, ma do przyrody niejaką słabość.

-Patrz, żuczku, sarenka. Znajoma nauczyła swoją jeść marchewkę z ręki.

-Niegłupie – wyrokuję – w chwili potrzeby, o czarnej godzinie będzie miała pożywny comber sarni w cenie paru zwiędłych marchewek. Biologia ewolucyjna w akcji. Jest o tym nawet książka „Przetrwają najżyczliwsi”.

-Jesteś głupi. O mamy tu pomarszczone jabłka, wyłożę sarence koło płotu.

-Koooooniecznie. Dobro wraca.

Wpływy i odpływy

Na wpływach rosyjskich znam się jak mało kto, a to za sprawą Nataszy i jej syna Olka, mojej rodziny zastępczej. Oboje są obywatelami federacji rosyjskiej, choć ze zrozumiałych względów ostatnio od federacji stronią. Zaznaczę tu, że Natasza mieni się rosyjską patriotką, choć na mój gust jest patriotką radziecką, Olek z kolei normalnym polskim nastolatkiem, tyle, że z babcią na takim dalszym Podlasiu.

Dla Nataszy „nasi” to wszyscy rosyjskojęzyczni, czyli Białoruś, 90% Ukraińców i pół Podlasia. Nasi otworzyli sklep z naszymi produktami, nasi zapisali sie na zabieg (Natasza jest fizjoterapeutką), z naszymi można po ludzku pogadać itp. Rosjan, poza Nataszą we Wrocławiu raczej nie ma, ale „wpływy” najwyraźniej.

„Wpływy rosyjskie” w polskiej wersji gazetowej to wyobrażone worki brzęczących rubelków, przekazywanych politykom nielubianym przez daną gazetę. W wersji Nataszy to rosyjski język, nieśmiertelna literatura, muzyka i – nieuchronnie – balet.

Oba poglądy są śmiechu warte.

O prawdziwym wpływie rosyjskim na cały obszar poradziecki w ogóle a na Olega w szczególności nikt w Polsce nie wie, ale od czego ten blog.

Otóż, Mili, powodem, dla którego język rosyjski rządzi od Kara-Kum po Bałtyk i nie zamierza odpuszczać jest całkowite nieposzanowanie przez Rosję majątkowych praw autorskich.
Jeżeli nie chce się wam iść do kina wystarczy odpalić ruski internet i po chwili rozkoszować się nowościami filmowymi… w rosyjskim dubbingu oczywiście. Dotyczy to nie tylko nowości, ale staroci, filmów, seriali.. całości produkcji wizualnej ewer.

Przeczołgawszy się przez matury Olek podstępnie wypytał mnie o najlepsze moim, koneserskim zdaniem seriale (wszystkie nowe ma na świeżo oglądnięte, jak to maturzysta). W chwili gdy piszę te słowa odsypia piąty sezon Zagubionych.

Czasem przysiądę sobie popatrzeć i prawie wszystko rozumiem. Znaczy, jestem pod wpływem.

Królowe Podlasia

Niepostrzeżenie cena majówkowego noclegu w kraju przeskoczyła ceny chorwackie, ale umówmy się, kudy skromnym chorwackim pokoikom do prawdziwych pałaców jakie czekają na nas na Podlasiu. Fotki z dwóch takich miejsc: hotelu w Narewce, sponsorowanego przez Federację Rosyjską (true, true, mocne poszlaki), oraz pensjonatu w Supraślu.
Natasza popiskiwała z ukontentowania, że na Podlasiu wszędzie „po rosyjsku”, a ja cierpliwie prostowałem, że nie po rosyjsku, tylko cyrylicą.
Prawosławny mnich z Supraśla był dosadniejszy, nawet nie cyrylicą, objaśnił, tylko głagolicą w słowiańskiej łacinie spisanej przez Cyryla dla Morawian. Mnich poniżej.
Nawiasem: rzeka to TA Supraśl, miasteczko TEN Supraśl, ale spoko, niekonsekwencja w małych dawkach nie szkodzi. Tylko Hitler był w 100% konsekwentny.

Trzy dzioby

Podobno nie przyszła góra do Mahometa, ale już las birmański do Makbeta – owszem. Nie doceniamy tego drugiego wyczynu, bo pozornie las łatwiej przemieścić niż górę, ale – hej – z Birmy do Szkocji jest naprawdę kawał drogi. Stosunkowo najłatwiej przemieszczają się akweny, mi udało się w zeszłym roku zamieszkać nad wodą nie ruszając się z miejsca, w wyniku anomalii pogodowej, która zalała wodą paręnaście hektarów pola tuż za moją furtką. Akwen trwa do dziś, aczkolwiek mniejszy, przypomina trochę wysychającą deltę Okawango.
Nad to bagno, w te chaszcze, zleciały się wszystkie ptaki, jakie kiedykolwiek udało mi się sfotografować oraz parę nowych.
Jestem już dużo mniej zdetermiowany niż kiedyś, ale napykałem fotek po dach. Są jednakowoż fotki i fotki, zdarzają się zdjęcia życia, dzika przyroda na sekundę pozująca do zdjęcia grupowego. Jak Longinowi Podbipięcie trzy wraże głowy w idealnej linii, które ów strąca z karków jednym płynnym ruchem.
No więc i do mnie w okolicach godziny 19 przyleciał bocian czarny, nigdy wcześniej nie widziany. Wylądował w zachodzącym słońcu i zaczął konsumować. Na domiar szczęścia w pewnym momencie dołączyła stosunkowo rzadka czapla biała. A potem siwa. I nadeszła chwila, kiedy wszystkie trze bestie ustawiły się w linii, a ja cyknąłem zdjęcie życia.

Niestety, okazało się poruszone, czyli nieostre.

Co nie przeszkadza się nim podzielić, po przetworzeniu na malunki przez zmyślne algorytmy. Enjoy.