Wpis niniejszy jest sponsorowany przez Święto Wszystkich Świętych (c) i Dzień Zaduszny [tm].
Zarabiamy na życie w różny sposób. Ktoś jest rolnikiem („polski rolnik, polskie pole, polski chleb na polskim stole”), ktoś położną. Ktoś produkuje koszulki z napisem „Nie jestem gejem, ale pięćdziesiąt złotych to pięćdziesiąt złotych”, ktoś inkasuje pięćdziesiąt złotych. Żadna praca nie hańbi. Mnie np. mój żydowski prezes wynajmuje Niemcom. Ja z kolei wszystkie zarobione pieniądze oddaję polskim dentystom, okulistom i ortopedom. Oni – importerom cygar i kokainy oraz producentom jachtów laminowanych klasy średniej niższej.
Robota moja własna wydawała mi się uciążliwa i niewdzięczna, póki Niemiec nie znalazł sobie tańszego usługodawcy. Mimo, że do końca kontraktu zostało jeszcze sporo, uświadomiliśmy sobie, że w obecnym klimacie szanse na pracę lepszą, a nawet gorszą nie są wielkie. Zupełnie nowym okiem popatrzyłem na swoje dotychczasowe obowiązki i kolejny raz odkryłem, że dużo dotkliwszym od nieciekawej pracy byłby brak płacy.
Plan mieliśmy taki, żeby się przekwalifikować na kogoś potrzebnego, a w tle lewą ręką oganiać bieżączkę wygasającej umowy. No ale. Superofiarny szef projektu Graham przekonał wszystkich, że jeśli podwoimy wysiłki, przychylimy Niemcowi nieba, zgodzimy się na każdy dedlajn, to nie ma wafla, musi coś od nas – wiodącego w końcu dostawcy – kupić. A zwłaszcza, żeby się brońboże nie zwalniać, bo potrzebuje nas firma, Niemiec no i Graham osobiście. Tak że Graham nas motywował, przygotowywał oferty, co parę miesięcy kazał wstrzymywać oddech, bo już za rogiem, już niebawem…
I – nie uwierzycie – po roku wzorowego zaangażowania nasz wysiłek został doceniony i Niemiec nagrodził nas pokaźnym zamówieniem.
Jeśli nie uwierzyliście, to dobrze świadczy o waszym realizmie i doświadczeniu.
Jaki email, zamiast tego o zamówieniu, znaleźliśmy zatem w naszych skrzynkach?
Pożegnalny od Grahama, który jak się okazało lewą reką roztaczał przed nami perspektywy, prawą zaś już ściskał rękę konkurencji, a teraz machał nią do nas z pokładu nowego okrętu, podczas gdy nasz jednostajnie się pogrążał.
Zdarza się, że czasem coś tu lekko podkoloryzuję dla efektu dramatycznego, ale fikołek Grahama był tak podłym i niespodziewanym zwrotem akcji, że część załogi wciąż jest w szoku, a minął z górą miesiąc. Aż mi ich żal. Lojalność lojalnością, ale pięćdziesiąt złotych to pięćdziesiąt złotych, nieprawdaż.









































