Żyć jak król

Z wycieczki do Paryża przywiozłem budujące wnioski. Każdy chciałby żyć jak król, ale jak chciałby żyć król? Może on wcale nie jest ze swojego życia zadowolony i chciałby zupełnie inaczej?
Królowie Francji najpierw pobudowali sobie zamek na wyspie, tej samej, na której później postawiono Notre Dame. Niby fajnie, ale zaraz jak uzbierali trochę kasy wywalili całkiem nowy z dala od poddanych włażących sobie i im na głowę. Ten nowy pałac znamy dziś jako Luwr. Jak łatwo zgadnąć Luwr już po paru stuleciach stał się nowym centrum i znowu trzeba było znaleźć siedzibę, tym razem w środku kniei, żeby już żaden natręt tam nie dotarł. Wybrano zamek myśliwski zwany Wersalem.
Sami zgadniecie, że znowu nalazło się do Wersalu tałatajstwa… a zatem Trianon.
Do malutkiego pałacu w Trianon wpuszczano już mało kogo, państwo królestwo mogło relaksować się w spokoju, to jest do momentu kiedy rozgniewany lud wziął je za łeb i zaciągnął do pierwszego zamku, tego na wyspie, który w międzyczasie stał się więzieniem o obostrzonym rygorze. Stąd już tylko szybki transfer na gilotynę i żegnaj monarchio.
Pałac idealny, którego wypracowanie zajęło monarchii może i tysiąc lat, czyli Trianon, był niczym więcej niż przerośniętą willą otoczoną ogrodem udającym wioskę.
Gdyby pozbyć się służby, którą dzisiaj wyręcza pralka, kocioł CO i pyszne.pl, dałby się skompresować do większej willi, takiej w zasięgu współczesnego szeregowego prezesa.

Zatem jak widać nie mamy czego zazdrościć koronowanym, zwłaszcza, kiedy już jesteśmy prezesem jakiegoś Januszeksu.

Poniżej biurko do pracy zdalnej Napoleona 3go, konwertowalne na stolik do kawy, nie idzie poznać, że było pracowane. To ważne przy skromnym metrażu, takim jak w Luwrze.

Wpływ niedorozwoju aparatu artykulacyjnego Anglosasów i Francuzów na percepcję wkładu cywilizacyjnego narodów posługujących się językami intensywnie fleksyjnymi.

Kojarzymy Gandhiego? Na ogół. Wybitny Hindus: Gandhi to, Gandhi śmo. I wybitny szczęściarz, a my z nim. Z miliardowej populacji Hindusów o nazwiskach typu Radźariszi Dźanakanana tudzież Nandimandalan Venkatrama akurat najciekawsze rzeczy miał do powiedzenia taki o prostym nazwisku.
Tylko, że niekoniecznie musiało tak być. Może, a nawet likely jakiś Nandimandalan był błyskotliwszy i przystojniejszy (o to nietrudno) od Ghandiego, ale wieść o nim się nie rozniosła w świecie anglofońskim, bo jego nazwisko literalnie nie przeszło Anglosasom przez gardło.

Sytuacja jest tym bardziej przykra dla Polaków, którzy żyją uznaniem Zachodu a właściwie jego brakiem. Again, z powodu niewymawialności naszych przydługich nazwisk. Śmiejemy się z Brzęczyszczykiewicza, ale śmiejemy się przez łzy. Przykłady polskich karier: Lem, Conrad, Curie, Boniek.
Przykłady niespełnionych nadziei na sukces: Trzetrzelewska.

Czego nie da się opowiedzieć, nie istnieje.

Możliwe np., że obok Hitlera (oryginalnie: Schickelgrueber) i Stalina (oryginalnie: Dżugaszwili) funkcjonował jakiś polski tyran, który zdobył pół Europy, ale jako Brzęczyszczykiewicz został ze szczętem zapomniany, bo w porę nie przyjął chwytliwego nom-de-guerre.

Kto wie.

W zeszłym tygodniu stanąłem oko w oko z najdłużej panującą królową Francji, a ściślej z jej portretem, zajmującym całą ścianę Luwru. Nie znacie jej? Nikt nie zna. Miała na nazwisko Leszczyńska, urodziła Ludwikowi XV masę małych Francuzów i zniknęła w mrokach niepamięci.
Dzisiaj „istnieje” jako Smutna-Bezimienna-Królowa-Zdradzana-Przez-Swojego-Ludwika w hollywoodzkich filmach o paniach Pąpadur i DuBarry.

Na usprawiedliwienie Francuzów Maria Leszczyńska wygrała casting na królową własnie jako najmniej wymagająca kandydatka. Poślubienie Hiszpanki albo Austriaczki wikłałoby Francję w kłopotliwe sojusze i oczekiwania ze strony teścia, a o Polakach wiadomo nie od dzisiaj, że robią ludziom za dziękuję a nawet bez.

W rezultacie piętnastoletni Ludwik dostał do wyłącznego użytku zdrową, starszą o siedem lat blondynkę w topowej formie reprodukcyjnej, trudno mu nie pozazdrościć. A pannie, nominalnie młodej, ale w kategoriach epoki na skraju staropanieństwa – tym bardziej.

Maria Leszczyńska za swoje dziesięcioro dzieci dostała portret a i to podpisany: Leczinska, co w innym kraju kosztowałoby nieuważnego podpisywacza głowę. Z drugiej strony w Polsce portrety francuskiej żony Sobieskiego podpisujemy „Kazimiera”, nie wiadomo, co gorsze.

Co z tą Francją?

Long time no see. Wróciliśmy ze słowackich Oraw, które z miejsca takiego sobie, ale taniego awansowały na miejsce takie sobie, ale drogie, wg mnie za sprawą euro. Takie wrażenie odniosłem, że Słowacy z euro siedli do gry, na którą ich nie stać. Jest tego plus – zero kolejek na stokach. I drugi – na Krupówkach w pobliskim Zakopanem po Słowacji wydaje się taniej.

Jeszcze nie otrząsnąłem się po nartach, kiedy Natasza wygrzebała z dna szafy elegancką sukienkę z młodości i zdołała się w nią wbić. W kiecę sprzed ćwierć stulecia, podobno normalnym kobietom się to nie zdarza. Sukienka była kupiona za dawnych dobrych czasów w Paryżu. Wiedziona impulsem wyklikała lot do Paryża-Beauvais (coś jak Warszawa-Radom) i oto siedzimy na pierwszym piętrze wieży Eiffla dając się oskubać cwanym francuskim restauratorom.

Nataszka, nie da się ukryć, jest rakieta, a w kapeluszu na wieży Eiffla to już w ogóle. Dziewczyna poproszona o zrobienie nam zdjęcia dostała ataku uwielbienia. Z zasady nie publikuję tu prywatnych zdjęć więc dla zielonego pojęcia wyobraźcie sobie Monikę Belucci, tylko młodszą oraz Bonda, tylko wyższego. I w swetrze.

Wielu konsumentów internetu nurtuje zapewne pytanie: czy Francji-już-nie-ma?

Odpowiem filozoficznie: a Polska, Polska wciąż jest?

Jak w tym dowcipie, spytajmy przypadkowego wrocławskiego przechodnia, co sądzi o kolejnej aferze prezydenta miasta, a więc:
-Co pan sądzi?
-Ja nie panimaju.

Jedziesz po Paryżu metrem rano, widzisz same śniade twarze, tą samą linią w południe przewaga białych.
Co można powiedzieć o mieście przechodząc się ulicami? I nie w Mogadziszu? Niewiele. Byłem w Zona Roja w Gwatemala City i w Kapsztadzie, ale o tym, że to najniebezpieczniejsze miejsca na Ziemi dowiedziałem się z serialu dokumentalnego lata później. Bardzo być może, że nam Paryż wydał się spokojny, czysty i bezpieczny, ale w nieparzyste czwartki murzyni ganiają tam arabów z maczetami. Któż to wie, tylko miejscowi.

Bez względu na zawartość Francji we Francji warto się udać, bo jak piszą na fb, dzisiaj nie mamy czasu, jutro siły, a pojutrze nas nie będzie.

Ament

Podbijany.

Miał być średnio śmieszny wpis o tym, ze trudno zrobić karierę z polskim nazwiskiem, na przykładzie Marii Curie i Basi Trzetrzelewskiej, potem o długiej drodze do pracy zdalnej, na przykładzie moim, bowiem zalogowanie się do kompa, w którym mogę zrobić coś pożytecznego zajmuje mi godzinę dziennie codziennie, ale ostatnio pojawiliśmy się w biurze u klienta i spadł na nas deszcz ciekawych nowin z telepracą w centrum.

Tu nadmienię, że kiedy za sprawą pandemii telepraca się rozprzestrzeniła przyjąłem to z mieszanymi uczuciami.
Parafrazując Syndroma: „kiedy wszyscy mają super to już nikt nie ma super”. No ale pandemia przyszła i odeszła, bractwo zagoniono z powrotem za biurka i znowu mam super.

Zaganianie trwało niemal tyle co pandemia, ale ostatni Mohikanie telepracy dostają właśnie oceny roczne, na których znakomicie waży obecność w biurze i często kosztuje premię. Na korytarzach płacz i rozżalenie, ale nie taki jak w Citibanku w Warszawie.

Tamże stwierdzono wzorową frekwencję w jednym z działów, co spowodowało uzasadnione podejrzenia potwierdzone analizą cctv, na której nagrał się menedżer pracowicie odbijający codzień karty swoich podwładnych.

Tak więc nasi koledzy mają się czym pocieszać, bowiem cały team z citi ponoć poleciał za ten wybryk. „Nadgorliwość gorsza od faszyzmu” – to stalinowskie hasło dominuje w korytarzowych komentarzach.

Tymczasem pakujemy się na być może ostatni wyjazd na narty, a to z powodu zanikania śniegu z sezonu na sezon coraz bardziej. Wg Nataszy ocieplenie istnieje ale jest wynikiem przebiegunowania. Ciekawe, ale mając w pamięci, że z zawodu jest także inżynierem ropy i gazu, jakoś nie jestem jej opinią zaskoczony.

Nowym krokiem

Natasza zapisała nas na „secesyjnego sylwestra w klimacie Alfonsa Muchy”. Na miejscu okazało sie, że wszystko pokręciła, chodziło o klimat burdelu i przebranie za dziwki i alfonsów, którzy z kolei mieli chodzić w muchach.
Muchę jak raz miałem, ciemne szkła pożyczyłem od innego alfonsa. Natasza i zresztą wszystkie mające coś do pokazania kobiety w Sylwestra są w zasadzie optycznie nieodróżnialne od dziwek, takich czasów doczekaliśmy.

Nawet nie próbowałem prosić AI o zilustrowanie. Zarówno ChatGPT jak i Copilot za słowo Murzyn z miejsca dają ci w twarz, pewno po godzinie błagania o „obrazek afrykańskiego opiekuna ukraińskiej sexworkerki” wysłałyby maila do mojej pracy i do prokuratury.

Tymczasem jednak objawił się GROK, który nigdy nie przeprasza i nie bierze jeńców. Dla GROKa „stwórz obrazek murzyńskiego alfonsa o rysach Romana Giertycha w zielonym futrze z ukraińską prostytutką u boku, płonący pałac kultury i nauki w warszawie w tle” to jak splunąć.

Mówcie co chcecie, Elon, jego x a teraz grok to najlepsze, co się w interku wydarzyło w zeszłym roku i będzie wymiatać w następnych.

Mokra robota.

Właściwie nie ma powodu, żeby tania opaska z chin gorzej radziła sobie z pomiarem pływania niż wydrożony zegarek sportowy, ale tak się nie dzieje.
Chiński badziew jest kolorowy, dotykowy i obsługuje dwieście siedemdziesiąt dyscyplin sportowych, jednakowoż gorzej, niż szaro-szary zegarek na guziki sportów trzy. Zegarek, do którego pasek kosztuje więcej niż cała opaska.
Dożyliśmy czasów, kiedy kolorowy wyświetlacz dotykowy stał się tańszy niż fizyczne pokrętło i dwa guziki. Wyświetlacz dotykowy ma niestety tę właściwość, że wariuje pod prysznicem. Po wyjściu spod sitka informuje cię, że właśnie rozegrałeś mecz w krykieta.
Podobnie w basenie, kiedy ostatkiem sił próbujesz urwać na finiszu trzy sekundy, po dopłynięciu marnujesz trzydzieści próbując mokrymi palcami odblokować mokrą opaskę i zatrzymać stoper. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz, przypadłość ta dotyczy zarówno opaski szaomi za dwie stówki jak smartłocza apple za dwa tysie.
Tak więc jesteśmy skazani na guziki.
Zmiana zegarka zaskutkowała u mnie skokową poprawą formy.
Po części wynika ona z lepszej dokładności pomiaru, nie muszę zatrzymywać się by sprawdzić czy i o ile basenów się zdążył walnąć.
Ale mam też podejrzenie, że być może bezczelnie mnie oszukuje. „Wiem, że kosztowałem więcej niż chińska opaska, więc policzę ci lepsze czasy. Płacisz i masz. Plus, wiem, że się nie wyda, bo pływanie to sport introwertycznych zjebów, którzy samotnie będą cieszyc się „sukcesami”, chyba że jeden na stu odważy się wystartować w jakimś triatlonie. wtedy będzie zachodził w głowę, czemu poszło mu słabiej niż zwykle.”
Co biznes to model, ten już zresztą był, patrz pod: „radziecka Rakieta, najszybszy zegarek świata.”

Horror codzienny

Jestem w trakcie lektury i pod wrażeniem książki o mobbingu. Włos się na pupie jeży, co też jedna pani drugiej pani, ale też pan panu potrafią, jakie grabie do d… i w ogóle. Nadmienię, że sam pracować zacząłem w wakacje jako laborant w prefabecie w latach osiemdziesiątych, będąc licealistą (upośledzonym towarzysko, jak widać, zamiast pić piwo na wałach z licealistkami) i marnowałem czas na pracę od wtedy do dzisiaj, a teraz p. Bogu dziękuję, ze nie wlazłem na minę z tych opisanych w książce.
Moja konstatacja jako czytelnika jest, że praca w Polsce to jak gra w trzy karty, przegrywasz kiedy ją podejmujesz.
Jako pracownik za to złego słowa o pracy tutaj nie mogę powiedzieć, przebimbałem pół kariery rozbijając się pracowniczym autem, a drugie pół – zdalnie, każdemu życzyć.
Ale to ja, większość ma gorzej, a niektórzy całkiem źle. Co naprawdę słychać na rynku pracy najlepiej oddaje powiedzenie: zależy, gdzie ucho przyłożyć.

Pracuję w oku cichego cyklonu polegającego na likwidacji gigantycznego banku, który swe techniczne zaplecze wciąż ma we Wrocławiu. Moi bankowi koledzy, których – jak się okazało bezpodstawnie – uważaliśmy za niedorozwiniętych, w nowej sytuacji radzą sobie z energią szczurów alfa.

Przypadek kolegi – hobbita, który olewał obowiązki by skasować gigantyczną odprawę, a potem powrócić na wyższe stanowisko (dlatego hobbit – tam i z powrotem), jest wyjątkowy, regułą za to jest wynalezienie sobie drugiego i trzeciego zdalnego kontraktu. Koledzy w biurze regularnie znikają z lewymi laptopami w budkach konferencyjnych, gdzie odwalają fuchy dla nowych pracodawców.
Zhardzieli niepomiernie, bo co trzy pensje to nie jedna i w każdej chwili mogą trzasnąć drzwiami, jak się kierownikowi nie podoba. Jeszcze nie mobbing a-rebours, ale wkrótce, kto wie.
Rzuca to nowe światło na brak roboty na rynku IT. Brakuje kontraktów dla wielu, bo inni mają ich po kilka.
Lub kilkanaście, jak człowiek – legenda, kolega ośmiornica, który w pewnym momencie miał trzynaście służbowych laptopów. Trzynaście. I tyleż pensji równolegle, przynajmniej przez trzy miesiące, bo co zrozumiałe z kilku go szybko wywalili za nicnierobienie.

Personalny, który trafi na jego podrasowane c.v., jest bez szans, jak na bazarku naprzeciw gościa z trzema kubkami.


polecam miłośnikom silnych wrażeń:
https://czarne.com.pl/katalog/ksiazki/masz-sie-lasic

nie jestem w żaden sposób sponsorowany, po prostu odkupuję tym linkiem fakt ściągnięcia pozycji torrenta. Spodziewam się, że nie przeszkadza to Autorce, która zwalcza kapitalizm, a także diagnozuje „postpańszczyźnianą, folwarczną mentalność” rodaków.

Fatalne wieści z frontu

Fatalne wieści z frontu. Krety w natarciu a mi skończyły się zapasy broni chemicznej. Żeby tylko. Jakiś kret-yn wytruł nią niedawno rodzinę (swoją, ludzką) i teraz, jak mawiają, sankcje spadły na działkowców z całą surowością prawa.

Agendy rządowe instruują, że ktokolwiek zobaczy puszkę ze środkiem (stosowanym powszechnie od dziesiątek lat), ma przestać oddychać, przykryć się prześcieradłem i czołgać w kierunku cmentarza.

Kupić? Niby gdzie, służby przeczesują aukcje i sklepy, szybciej kupisz wyrzutnię kindżał z głowicą termojądrową, łatwiej nerki do przeszczepu niż kłikfos w tabletkach.

No nic, nie da się fosforowodorem, zawalczymy z kretami acetylenem. Ale, znając życie raczej krótko. Świadomi umiarkowanej skuteczności acetylenu i ograniczonej cierpliwości rodaków już wkrótce przeczytamy o typie, który nie wytrzymał i wrzucił kopca zapałkę. Nie macie pojęcia jak gigantyczne są korytarze pod trawnikami. Ktokolwiek próbował zalać je wodą, wie. Jeśli wpuścić tam gaz i zdetonować może powstać wyrwa w stylu mały bełchatów, taka na garaż, szopę i pół osiedla.

Przeżyjemy, zobaczymy.

(kupie każdą ilość środka quickphos, tylko poważne oferty w komentarzach)

A nie mówiłem? Odc. 1264

Cała Polska zobaczyła w wiadomościach warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej i każdy ma coś do powiedzenia.

Z wyjątkiem mnie.

Ja już się wypowiedziałem półtora roku temu:

„W odpowiedzi na nasze migi dla Ukrainy rosyjski generał obiecał wycelować rakiety w Polskę. Te zapowiedzi powtarzają się okresowo, za każdym razem budząc we mnie zaskoczenie: ale jak to, to wcześniej nie były już wycelowane?!

Tym razem pozwoliłem puścić sobie wodze fantazji, że faktycznie coś z tych gróźb wyniknie i może w przerwie rakietowania Kijowa znajdą jakąś bąbę dla Warszawy.

Nazwijcie mnie ruską onucą, ale miałbym prośbę do kierownictwa Federacji Rosyjskiej. Jeśli już musicie w coś walnąć, proponowałbym symbol Warszawy: Pałac Stalina. Za celem tym przemawiałby fakt, że powstał trudem radzieckiego budowlańca (i z cegieł z Wrocławia). Ruski dał, ruski unicztożył, nikt nie będzie miał pretensji.

To raz. Skoro już przy placu Defilad to – jeśli nie da się inaczej, bo w magazynku jakimś cudem został jeszcze jedna bąba – proponowałbym ten nowy biały barak, dla wtajemniczonych muzeum sztuki współczesnej. Pobudowanie takiego okropieństwa da się pojąć tylko w kategoriach performansu, prowokacji artystycznej. Wywalenie go w kosmos byłoby tylko jej eleganckim dopełnieniem.

Na gruzach powyższych możnaby posadowić dawno postulowany przeze mnie Park Centralny, chwilę wytchnienia dla mieszkańców stolicy i podróżnych.”

_______________

https://www.salon24.pl/u/leniuch102/1290699,rosyjski-general-obiecal-wycelowac-rakiety-w-polske-znowu