Wielu z nas miewa sny o niemożności dotarcia gdzieś na czas, bo każdy krok spowalnia nam bagno. Koszmar taki jest moim udziałem na jawie i to zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym. Kiedyś w pracy np. wpisanie nowego adresu do rejestru nazw DNS zajmowało mi pięć do siedmiu minut. Obecnie czynność tę muszę podzlecać takim tam leniom, a moje zlecenie musi być zatwierdzone przez oberlenia. Chyba, że akurat Naczelny Asekurant ogłosił zamrożenie zmian, albo Stan Podwyższonej Gotowości albo coś i moje zlecenie cichutko sobie wygasa. Teoretycznie do załatwienia w dwa tygodnie (zamiast pięciu minut, przypominam) ciągnie się miesiąc i lepiej.
Zza biurka ruszam do garażu, bo koło domu – wiadomo – zawsze jest coś do roboty. Garaż mam wysprzątany i wymalowany jak nigdy przedtem, zatroszczyła się o to moja (względnie nowa) kobita, która w życiorysie ma też dwa fakultety ASP. Z niebywałą starannością umieściła moje wszystkie narzędzia, materiały, kable, śrubki itp. w nieprzezroczystych pudełkach, według klucza: przedmioty prostokatne tu, okrągłe ówdzie, a trókątne jeszcze gdzie indziej. Dzięki temu np. przykręcenie sztachety onegdaj zabierające mi trzy ruchy i tyleż minut obecnie trwa godzinę spędzoną głównie na kompletowaniu wkrętarki, wiertła, wkrętów i akumulatorka pochowanych w – dla mnie – losowych kolorowych pudełkach.
W odróżnieniu do mojej korporacji Natasza ma jednak serce i rozum, choć niewielki. Nad stołem wykonała mi piękną ściankę na narzędzia pierwszej potrzeby, zakomponowaną na motywie plastra miodu. Postęp, ale pozorny. Wpada teraz do garażu i robi mi wymówki, że rujnuję jej kompozycję.
- Tu Żuczku, na tym haku powiesiłam takie niebieskie
- Na tym haczyku, Nataszko, ma wisieć narzędzie potrzebne, a nie niebieskie.
- Dokładnie o tym mówię. Na tym haczyku potrzebne jest właśnie niebieskie.
Norah Jones: też ładnie śpiewa, ale nie bałagani w garażu:










