Żyj jak lord

Ceny takie, że można powiedzieć, iż żyjemy otoczeni luksusem. Już. A skoro folgujemy sobie pożerając na śniadanie najdroższą jajecznicę w historii wypadałoby zadbać o resztę anturażu. Chwilowo może nie stać nas jeszcze na kamerdynera, który do śniadania uprasuje nam The Timesa (choć niebawem za skórkę od chleba podejmą sie takich zajęć absolwenci kulturoznawstwa, I presume) to na pewno stać nas na sam dziennik. Właśnie przesiadłem się z prenumeraty Ziemkiewicza (masa złotówek) na prenumeratę Clarksona, który właśnie w Timesie ma felieton. Za 1 funta dla nowych abonentów. Za pół roku przestanę być nowym abonentem i zapewne przestanę żyć jak lord, ale „może już jutra nie będzie”.

Times błyskawicznie leczy z przekonania, że w sumie zna się angielski. W sumie się nie zna. Dziwny język, osobliwi ludzie. Z lektury można wnosić, że wojnę na Ukrainie toczy się wyłącznie dzięki brytyjskiemu wsparciu. Kiedy nieśmiało napomknąłem, że Polska wysłała tam masę czołgów, wyjaśniono mi, że tylko dlatego, że Brytyjczycy przyjechali bronić nas na własnych. Aha.

Tymczasem wojna ustąpiła z pierwszej strony sprawom naprawdę ważnym: sądowym sporom żon piłkarzy i platynowemu jubileuszowi królowej. Times piłkarzowymi się brzydzi, ale bardzo szczegółowo, jak onegdaj Super Express mamą Madzi. Co do jubileuszu są oczekiwania, że BBC zdemoluje go jak zrobiła to z poprzednim, diamentowym. A poza tym wojny kulturowe w pełnej krasie, podobne do krajowych. Mają tu nawet swojego papieża, arcybiskupa Welbego, po którym jeżdżą jak nasza prawica po Franciszku.

A zatem nic nowego pod słońcem. Wkrótce relacja z wizyty w mediach rosyjskich, złożonej w towarzystwie mojej własnej Nataszy, oraz z przygotowań do długo przekładanego tournee po Stanach. Stay tuned.

Kiedyś to było

Dawniej wszystko było lepsze: cieplejsze lata, zimniejsze zimy, prawdziwe wiosny, a jesienie tak dżdżyste, że tylko sobie żyły podciąć.
Szynka składała się głównie z szynki, schody były niższe, a i baby/chłopy (niepotrzebne skreślić) się za człowiekiem oglądały.

Powyższy potoczny konserwatyzm został zmemeizowany i wyśmiany pod hasłem „Kiedyś to było” i jako świadek historii mogę zaświadczyć, że słusznie, bo kiedyś to było, ale pełno syfu dookoła. Z wyjątkiem sklepów, w sklepach nie było nic.
Postęp kocham i rozumiem, nie rozumiem za to sentymentu do np. trzyzmianowej harówy w fabryce, po której nic tylko zaciągnąć się na jakąś wojnę. Dobrze, że te dwudziestowieczne atrakcje zostały daleko w tyle. Tylko koni żal.
Azaliż aliści, jednocześnie mętnie byłem świadom upadku współczesnych standardów kształcenia, że jakość poświęcono na rzecz ilości, i tylko powierzchownie symulowałem przejęcie maturą Syna. On nawet nie symulował. Jako fan postępu tłumaczyłem sobie, że kiedyś przejmowano się maturą, bo jej oblanie skutkowało dwuletnim wojem, czyli pobytem w syfie jeszcze większym niż dookoła. Nadszedł jednak ostatni dzień matur, na który Piotrek zaplanował sobie rozszerzoną matematykę. Taka matematyka to już panie nie przelewki, koniec z miękką grą, ten test nie bierze jeńców, myślałem sobie. Ja tu zrelaksowany odklikuję sobie dzień, a Pietraszczak poci się nad jakąś bryłą zadaną układem nierówności.
Kiedy już pogratulowałem ambicji i dobrej roboty (na ile dobrej okaże się po ocenach w lipcu), naszła mnie refleksja, jakiż to próg syn musi przeskoczyć, by zaliczyć. Ile procent tej rozszerzonej matematyki musi zmóc, żeby zdać.

I wiecie co? Równe zero. Na przedmiocie rozszerzonym cwaniak w ogóle nie musiał się pojawić. Za to z przedmiotów podstawowych wystarczy zaliczyć marne 30%, żeby chwalić się maturą. Jeżeli to nie jest upadek standardów, to nie wiem, co nim jest.

Taki klimat – niż demograficzny. Dzieciary rządzą. Kiedyś szkoły miały czterdziestu chętnych na jedno miejsce, teraz cieszą się z czterdziestu chętnych w ogóle i porywają małych Ukraińców prosto z przejścia w Hrebennem, żeby nie musieć zwalniać ciała pedagogicznego.

„- Postęp, proszę pana.

  • Ale jaki postęp?
  • Postępowy. Do przodu.(…)
  • A tył?
  • Tył też do przodu.
  • Ale wtedy przód będzie z tyłu?
  • Zależy, jak patrzeć. Jak od tyłu do przodu, to wtedy przód będzie z przodu, choć do tyłu.
  • To jakieś mętne.
  • Ale postępowe”

Teksty kultury

Jako chorowite dziecko przeczytałem wszystkie grube książki, z „Budenbrookami” włącznie. Dla równowagi moje dziecko nie przeczytało żadnej. Skonfrontowane z maturalnym pytaniem „Kiedy relacja z drugim człowiekiem staje się źródłem szczęścia” na podstawie nie czytanych czy choćby oglądanych „Nocy i Dni”, syn oparł się na „innych tekstach kultury”.
Czyli.
Czyli odcinku kreskówki BoJack Horseman i „piosence” niejakiego Kizo, małpoluda od walk w klatce.
Syn strasznie z siebie zadowolony, ja mam wątpliwości.
Ale, dwie majówki temu zapakowałem go do auta i powiozłem nad Niemen, osiem godzin w jedną stronę. 15 godzin trwa audiobook Pana Tadeusza, czyli została godzina na powtórkę, którą zdał, zaliczając nawet pytanie „brak ilu zębów zauważył u Telimeny Tadeusz?”.
Drugi temat tegorocznej matury dotyczył właśnie Tadeusza, a zatem „nadzieja wciąż w serc kapeli na bębenku cicho gra”, że syn podoła i zmoże maturę w terminie.

chwila napięcia

Dwóch.
Telimenie brakowało dwóch zębów.

Operacja „samotny ojciec”

Kwadrat twierdzi, że państwo to klient jak każdy i dostaje za co płaci. Daje renty inwalidzkie – pod kasą znikąd ustawiają się tłumy inwalidów, dotuje samotne matki – z niebytu chmurą ściągają jak muchy do kupy. Urzędnicy chcieli pomóc paru sierotom, ale kiedy przyjeżdża szmal do MOPSU przed obiektem czeka na nią legion sierot, a statystyki zejść rodziców gwałtownie rosną. Itd, itp.

Pierwszy raz od czasów stypendium naukowego chciałem ustawić się w kolejce (elektronicznej) po miłosierdzie gminy w formie rozliczenia pita z dzieckiem, ale państwo okazało się wyjątkowo kapryśnym klientem.

Jak w starym dowcipie o ruskiej armii:

Żołnierze, przysłali buty!
-Uraaa!
-Ale tylko prawe.
-Łeee.
-Dosłali lewe!
-Urra!
-Ale ukradli prawe
-Łeee
itp. itd.

I tak Polski Ład dał ulgę na dziecko:
-Uraaa!
Ale zabrał rozliczenie
-Łeee
Oddał rozliczenie
-Urraaa!
Ale od lipca
-Łeee
Ale za poprzedni rok i tak rozliczamy po staremu, z ulgą
-Urraa
Ale przecież samtonym rodzicem jestem od dopiero jesieni
-Łeee
Ale to nie szkodzi ulga i tak przysługuje
Ufff

No i rzeczywiście, stosowny e-PIT czeka na stronie e-urzędu e-skarbowego.

E-czeka.

Geje-czarodzieje i magiczna sarenka

EDIT: link do tej pseudorecenzji zatwierdzono na fb stronie Filmaster. Jak można się było spodziewać obrażeni skasowali go w 10 minut :-). Ale najfajniejsze jest, jak idealnie fb wymazuje: znika wpis, znikają powiadomienia, że wpis kiedykolwiek aprobowano, komentowano, oceniano. Przedsmak Metaverse?

Wyobraźcie sobie, że w kinie za wami rząd zajmuje 6c z pobliskiej podstawówki.
Film się zaczyna i rusza wesoły autobus. Młodzież w dynamicznych momentach filmu kopie z ukontentowania wasz rząd foteli, zapiera się oń ze strachu wprawiając w kołysanie, a także prycha coca-colą wam na głowy.

Jeśli dopłacicie do biletu parę złotych, możecie mieć wszystkie te atrakcje BEZ 6c za plecami. Nazywa się to „technologią” 4DX. Specjalne fotele podskakują i falują w rytm ekranowych bójek i pościgów, z dziurek delikatnie spryskuje was woda, a rurkami ciągnie po nogach przeciąg, jeśli ktoś w filmie otworzy drzwi.

Nazwijmy to postępem. Postęp to słowo klucz także w odniesieniu do filmu, który ostatnio w 4DX oglądałem: Czarodziejskich Zwierząt – Sekretu Dumbledora.

Szczerze, nigdy nie byłem fanem cyklu Harrego Pottera, uważając go za destrukcyjne, wyrosłe na frustracji fantazje. Dzika popularność takich eskapistycznych, gorzkich w istocie historii wśród dzieci, wiele mówi o ich rodzinach, niestety nic dobrego.

Jest, jak jest i te skądinąd dobrze napisane książki i efektowne filmy stały się wielomiliardową lokomotywą popkultury, a ich autorka JK Rowling – cesarzową Hollywood. Do czasu, bo jest dziś byłą cesarzową, a właściwie całkowicie „niebyłą” osobą wygumkowaną pod hasłem „spoczywaj w spokoju JKRowling”.

Zaiste szekspirowski zwrot fortuny, skutkujący zniknięciem nazwiska z ostatnich filmów i powszechną anatemą osoby JK. JK zniknęła jak Jeżow ze zdjęcia ze Stalinem, stając się symbolem „kultury unieważnienia”.

Przyczyną katastrofy były opinie p. JK na temat transwestytów. W uproszczeniu spór sprowadza się do tego, czy pod damski prysznic (pod którym stoi np. córeczka twoja mała) może wejść – nago, bo czemu nie – pan identyfikujący się jako kobieta.

Odpowiedź jest jednoznaczna – oczywiście może, bo tak ustaliły organizacje zrzeszające „osoby trans” (literka T w LGBT+). Nie tylko pod prysznic, ale np. do domów ofiar przemocy domowej, gwałtów itp. azylów w teorii wyłącznie dla kobiet – też może wejść i wchodzi, co jest sankcjonowaną praktyką w np. UK.

JK prezentując odmienny pogląd naraziła się na represje. Jej upadek był tak efektowny, że powołał się na niego nawet Putin, narzekając na bojkot dzieł uznanych twórców rosyjskich.

Lewica tymczasem neguje samo istnienie „kultury unieważnienia”, argumentując, że w istocie p. JK nic się nie stało, co więcej – wraz z najnowszym filmem jej nazwisko wraca na czołówkę.

Siedzę zatem i z pewnym zaciekawieniem patrzę na rozpoczynający się film. Faktycznie, nazwisko autorki wróciło.

Czyżby rzeczywiście kultura unieważnienia była bezzębna?

Może tak, może nie. Sceptycy mogą wskazać, że wprawdzie pani Rowling nie ugięła się przed literką T w LGBT, ale jej nowy film spełnia wszelkie marzenia literki G (jak gej). Jest mianowicie wysokobudżetową opowieścią dla młodych widzów (i ich rodzin), której osią jest relacja między dwoma czarodziejami o otwarcie homoseksualnej naturze, co obaj stwierdzają w pierwszej scenie.

Nieżyczliwi (któż ich nie ma), pójdą dalej w domysłach, że być może lepiej zorientowani w meandrach tożsamości seksualnych geje podzielają jej pogląd na temat transwestytów. Całkowicie wyzuci z delikatności szydercy dorzucą, że geje widocznie wolą mieć transwestytów pod swoimi prysznicami.

Tak więc może po banicji nałożonej przez jedno wpływowe lobby JK wraca pod skrzydłami innego, jeszcze bardziej wpływowego. Za to wszystko płaci czarownik Dumbledor, zapisany na geja.

Ale to wszystko detale, sam film dostarcza mnóstwa rodzinnej rozrywki, a sympatię widzów zgarnia drugoplanowy Kowalski, tradycyjnie heteroseksualny miłośnik gołąbków.

Dla każdego coś miłego, a fotele 4DX wesoło falują.

Wspomnienia z pleneru, Białogród nad Dniestrem

Białogrodów na Słowiańszczyźnie ile zechcesz, listę otwiera oczywiście Belgrad, ale w tym tygodniu w nagłówkach pojawił się rosyjski Białogród, którego bazy paliwowe ostatnio tajemniczo płoną. Tajemniczo, bo Ukraińcy się nie przyznają, żeby nie wyjść na agresorów. Zgadnąć można, że bazy na rosyjskim zapleczu służą wprost planowanej ofensywie na południe Ukrainy, być może także na Odessę i sąsiadujący z nią ukraiński Białogród nad Dniestrem, dużo ciekawszy choćby ze względu na twierdzę Akerman, od której wzięły nazwę otaczające ją stepy akermańskie.

mój ryj po wizycie w dworcowej toalecie, niesprzątanej od wizyty Mickiewicza.

Stepy te obecnie obsadzono winnicami z których pochodzą całkiem przyzwoite ukraińskie cabernety, szczerze powiedziawszy smaczniejsze od tradycyjnych win gruzińskich uprawianych po drugiej stronie Morza Czarnego. Owszem owszem, chociaż Gruzja jest ojczyzną wina, to tamtejsze szczepy niestety odstają od np. francuskich. I większości innych.

Fraza „jedźmy nikt nie woła” wyrwała się Adamasovi Mickievicziusowi na widok światła w tej tu baszcie

Drugą po Akermanie atrakcją Białogrodu są zatem liczne winiarnie, trzecią – bazarek, czwartą Park Zwycięstwa, z którego fotka, na dobrą wróżbę poniżej.

peremoha – to po ukraińsku

Wspomnienia z pleneru, Morze Czarne.

Czemu Morze Czarne jest Czarne?

Jak widać nie wszędzie, bywa też białe. Ale generalnie jest czarne. Wciąż, lepiej jeść biały chleb nad czarnym morzem niż czarny chleb nad morzem białym. Taki postradziecki – he he – suchar. Poniżej Batumi.

A tutaj morze czarne w Odessie. Na murku: „pilnujcie dzieci”, żeby nie powpadały.

Rosjanie mawiają: „wszędzie dobrze gdzie nas nie ma”. Złośliwi potwierdzają: „tak, wszędzie dobrze, gdzie ich nie ma”.
No ale, są Rosjanie i Rosjanie, że dodam na domowy użytek.

BTW, dla zainteresowanych, nieśmieszny, rasistowski wpis na faszystowskim portalu: https://www.salon24.pl/u/leniuch102/1217137,roznorodnosc-czyni-cuda

Co na to Rosjanie?

Mam Rosjan pracy, mam Rosjan w domu, ostatecznie powinienem wiedzieć. Wołodia z pracy skomentował krótko: nie głosowałem na to, co widzisz w wiadomościach. Charakterystyczne, że nie użył słowa: wojna. Cóż, siedzi w Moskwie, gdyby użył, prawdopodobnie zastrzelili by mu klawiaturę.

W domu komentarz mam bardziej zniuansowany. Natasza jest udanym przykładem transformacji z komsomołki przez prawosławie do wierzeń wschodu.
Oczywiście „jest przeciwko wojnie”, ale „przeciwko wojnie” był również Związek Radziecki, gotów bronić pokoju do ostatniego żołnierza.
Jej zdaniem wejscie w erę wodnika nieuchronnie wiąże się z reakcją starego porządku, który kona w konwulsjach takich jak wojna na Ukrainie. Ludzie jarając się takimi konfliktami tylko je podsycają, dlatego ona swoją energię woli skierować na pielęgnację ogródka.
Oczywiście spłycam, bo nie da się nie spłycić pięciu fakultetów Nataszy.
Oczywiście drążyłem, napotykając tylko drwiący uśmiech. Wojtek, jestem w Polsce od dwudziestu lat, przeżyłam Gruzję, przeżyłam Krym, umiem nie rozmawiać o wojnie i Putinie.
Tylko dlaczego nikt nie czepiał się Busha, jak bombardował Irak, a po nas wszyscy jeżdżą?!
Tym niemniej wakacyjny wyjazd do Babci na Syberię został skasowany, a to z powodu, że Anatol, jako pełnoletni obywatel FR mógłby na koszt państwa zostać przekierowany do wujka w Kijowie.

Tak że tak.
Dla uspokojenia nastrojów przywołałem brawurową hipotezę, wg której Władymir Władymirowicz udaremnił spisek Reptylian i Wiadomo Kogo, którzy chcieli zasiedlić Ukrainę jako schronienie na czas przebiegunowania globu.

Pokój nie ma ceny.

Koming ałt z klozetu

Polscy użytkownicy języka angielskiego wciskają nam jak dziecko w brzuch nowe znaczenia starych słów jak „patetyczny” czy „technologia”. „Coming out” nie da się przetłumaczyć, chyba, że jako wychodzenie z szafy. Tyle, że u nas w szafie trzyma się trupy. A Anglik, jak już robi coming out to out of the closet, a trupy trzyma w cupboard. Czyli w kredensie z filiżankami. Jak pamiętamy z lekcji rosyjskiego, filiżanka to „czaszka”, zatem w cupboard trup jest jak najbardziej na miejscu.

Anyway, przydługi ten wstęp służy zamknięciu wątków długo na blogu nieobecnych, a mianowicie amstafki, Leniuchowej, a także dziecka – Piotrusia (które w międzyczasie wydoroślało) i oktawki (kolejnej).

Tych, którzy podejrzewają, że zapakowałem ich do oktawki, którą następnie zatopiłem w bagnie przed chatą, muszę rozczarować. Wspomniana ekipa gdzieś tak przed pandemią spakowała się sama i pod przewodnictwem Leniuchowej opuściła chatę na bagnach w poszukiwaniu lepszego życia.

Tak, że tak.

Ale nie, nie jest to koniec rewelacji.

Otóż jesteśmy gatunkiem stadnym, który tylko pozuje na indywidualizm, a w istocie podejmuje podobne decyzje w podobnym czasie. I kiedy twoja była żona rusza w poszukiwaniu zieleńszych pastwisk na drugą stronę wzgórza, to z drugiej strony nadciąga czyjaś inna…

Tak że na chwilę obecną chata jest na powrót zasiedlona przez niejaką Nataszę z dorastającą latoroślą, Anatolem.

Wciąż nie jest koming ałt na miarę tego bloga, nieprawdaż.

Wschodnia uroda Nataszy i śpiewny akcent przysporzyły jej w ostatnich dniach mnóstwo życzliwego zainteresowania. Dostajemy telefony pełne ciepłego wsparcia i serdecznej troski, co u rodziny TAM i w ogóle, może jakieś koce podesłać albo energetyki.

I tu następuje prawdziwy koming ałt of de klozet, możliwy tylko na anonimowym blogu. Otóż Natasza nie jest bynajmniej Ukrainką jak na pierwszy rzut oka i ucha mogłoby się wydawać, ale lojalną obywatelką Federacji Rosyjskiej. W stopniu majora.

Żartowałem z tym majorem.

Uff, teraz, skoro zruciłem ten ciężar off the chest szykujcie się na sensacyjną serię wpisów pod roboczym tytułem: „Sypiając z wrogiem”.

Stay tuned.

Słowiańska rekonwista Alp.

W pierwszym tygodniu lutego telewizję opętało szaleństwo wyszukiwania „pierwszych oznak wiosny”. Ja rozumiem, że w tym roku zima zasymulowała nadejście już w Święta, ale oczekiwanie, że odpuści sobie w samym środku jest delikatnie mówiąc, nierealistyczne.
Azaliż aliści dałem się ponieść nastrojowi i na narty wybrałem się w  jedno z miejsc, gdzie śnieg nigdy nie zawodzi. Są takie miejsca w Alpach, gdzie jest za wysoko, za zimno i za stromo, żeby łamał sobie tam nogi normalny biały człowiek, dlatego kierują tam głównie Słowian z byłych demoludów.
Mam na myśli austriackie Taury.
Sprawy zaszły tak daleko, że nawet dystrybucję karnetów online przejęli sprytni Słowacy, którzy wcześniej pochłonęli m. in. nasz Szczyrk i czeski Szpindlerowy Młyn.
Tu dygresja… Narciarstwo jak napęd turystyki od lat podupada, już to przez krótsze zimy, już to przez pandemię, ale także przez zmiany w mentalności.
Podczas wyjazdów zaglądam do branżowych periodyków, które zgodnie wskazują, że młodzi ludzie się do narciarstwa nie garną.
Nie dziwota. W naszym np. hotelu (3ci raz w tym samym, więc nasz) gość na wejściu konfrontowany jest z galerią myśliwskich trofeów. Witają go martwym spojrzeniem ustrzelone przed dziesięcioleciami jelenie i muflony, na półpiętrze staje twarzą w twarz z wypchanym świstakiem itp. Dopiero niedawno gospodarze opanowali podstawy kuchni wegetariańskiej, ale nadal najlepiej wychodzi im sznycel.
W takich warunkach wychuchana zachodnia młodzież nie bardzo się odnajduje, ale dla Słowian jest w sam raz.
Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet nasza wyższa klasa średnia, nie mówiąc o „cwaniakach” woli Dolomity, jak dla mnie Taury są akurat.

Na koniec najciekawsze: jak w takim miejscu egzekwuje się „obostrzenia”.
Zacytuję tu z głowy  bandytę Urkę Nachalnika, który najmniej lubił łamać prawo w zaborze austriackim. W rosyjskim: wiadomo, że zawsze puszczą za łapówkę, w niemieckim – nigdy, tylko w austriackim raz tak raz śmak.
Lata mijają, obyczaje trwają. Owszem, żądają „paszportów cowidowych” w _niektórych_ kasach i knajpach, ale przez tydzień ani razu nikt nie sprawdził mojego. W sumie każdy kwadratowy kod QR ze zdjęciem by obleciał.

Żeby nie było, że coś promuję, wyłącznie infolinki:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wysokie_Taury
https://www.bankier.pl/gielda/notowania/akcje/TATRY/podstawowe-dane
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ankogelgruppe
https://de.wikipedia.org/wiki/M%C3%B6lltaler_Gletscher
https://pl.wikipedia.org/wiki/Urke_Nachalnik