Co na to Rosjanie?

Mam Rosjan pracy, mam Rosjan w domu, ostatecznie powinienem wiedzieć. Wołodia z pracy skomentował krótko: nie głosowałem na to, co widzisz w wiadomościach. Charakterystyczne, że nie użył słowa: wojna. Cóż, siedzi w Moskwie, gdyby użył, prawdopodobnie zastrzelili by mu klawiaturę.

W domu komentarz mam bardziej zniuansowany. Natasza jest udanym przykładem transformacji z komsomołki przez prawosławie do wierzeń wschodu.
Oczywiście „jest przeciwko wojnie”, ale „przeciwko wojnie” był również Związek Radziecki, gotów bronić pokoju do ostatniego żołnierza.
Jej zdaniem wejscie w erę wodnika nieuchronnie wiąże się z reakcją starego porządku, który kona w konwulsjach takich jak wojna na Ukrainie. Ludzie jarając się takimi konfliktami tylko je podsycają, dlatego ona swoją energię woli skierować na pielęgnację ogródka.
Oczywiście spłycam, bo nie da się nie spłycić pięciu fakultetów Nataszy.
Oczywiście drążyłem, napotykając tylko drwiący uśmiech. Wojtek, jestem w Polsce od dwudziestu lat, przeżyłam Gruzję, przeżyłam Krym, umiem nie rozmawiać o wojnie i Putinie.
Tylko dlaczego nikt nie czepiał się Busha, jak bombardował Irak, a po nas wszyscy jeżdżą?!
Tym niemniej wakacyjny wyjazd do Babci na Syberię został skasowany, a to z powodu, że Anatol, jako pełnoletni obywatel FR mógłby na koszt państwa zostać przekierowany do wujka w Kijowie.

Tak że tak.
Dla uspokojenia nastrojów przywołałem brawurową hipotezę, wg której Władymir Władymirowicz udaremnił spisek Reptylian i Wiadomo Kogo, którzy chcieli zasiedlić Ukrainę jako schronienie na czas przebiegunowania globu.

Pokój nie ma ceny.

Koming ałt z klozetu

Polscy użytkownicy języka angielskiego wciskają nam jak dziecko w brzuch nowe znaczenia starych słów jak „patetyczny” czy „technologia”. „Coming out” nie da się przetłumaczyć, chyba, że jako wychodzenie z szafy. Tyle, że u nas w szafie trzyma się trupy. A Anglik, jak już robi coming out to out of the closet, a trupy trzyma w cupboard. Czyli w kredensie z filiżankami. Jak pamiętamy z lekcji rosyjskiego, filiżanka to „czaszka”, zatem w cupboard trup jest jak najbardziej na miejscu.

Anyway, przydługi ten wstęp służy zamknięciu wątków długo na blogu nieobecnych, a mianowicie amstafki, Leniuchowej, a także dziecka – Piotrusia (które w międzyczasie wydoroślało) i oktawki (kolejnej).

Tych, którzy podejrzewają, że zapakowałem ich do oktawki, którą następnie zatopiłem w bagnie przed chatą, muszę rozczarować. Wspomniana ekipa gdzieś tak przed pandemią spakowała się sama i pod przewodnictwem Leniuchowej opuściła chatę na bagnach w poszukiwaniu lepszego życia.

Tak, że tak.

Ale nie, nie jest to koniec rewelacji.

Otóż jesteśmy gatunkiem stadnym, który tylko pozuje na indywidualizm, a w istocie podejmuje podobne decyzje w podobnym czasie. I kiedy twoja była żona rusza w poszukiwaniu zieleńszych pastwisk na drugą stronę wzgórza, to z drugiej strony nadciąga czyjaś inna…

Tak że na chwilę obecną chata jest na powrót zasiedlona przez niejaką Nataszę z dorastającą latoroślą, Anatolem.

Wciąż nie jest koming ałt na miarę tego bloga, nieprawdaż.

Wschodnia uroda Nataszy i śpiewny akcent przysporzyły jej w ostatnich dniach mnóstwo życzliwego zainteresowania. Dostajemy telefony pełne ciepłego wsparcia i serdecznej troski, co u rodziny TAM i w ogóle, może jakieś koce podesłać albo energetyki.

I tu następuje prawdziwy koming ałt of de klozet, możliwy tylko na anonimowym blogu. Otóż Natasza nie jest bynajmniej Ukrainką jak na pierwszy rzut oka i ucha mogłoby się wydawać, ale lojalną obywatelką Federacji Rosyjskiej. W stopniu majora.

Żartowałem z tym majorem.

Uff, teraz, skoro zruciłem ten ciężar off the chest szykujcie się na sensacyjną serię wpisów pod roboczym tytułem: „Sypiając z wrogiem”.

Stay tuned.

Słowiańska rekonwista Alp.

W pierwszym tygodniu lutego telewizję opętało szaleństwo wyszukiwania „pierwszych oznak wiosny”. Ja rozumiem, że w tym roku zima zasymulowała nadejście już w Święta, ale oczekiwanie, że odpuści sobie w samym środku jest delikatnie mówiąc, nierealistyczne.
Azaliż aliści dałem się ponieść nastrojowi i na narty wybrałem się w  jedno z miejsc, gdzie śnieg nigdy nie zawodzi. Są takie miejsca w Alpach, gdzie jest za wysoko, za zimno i za stromo, żeby łamał sobie tam nogi normalny biały człowiek, dlatego kierują tam głównie Słowian z byłych demoludów.
Mam na myśli austriackie Taury.
Sprawy zaszły tak daleko, że nawet dystrybucję karnetów online przejęli sprytni Słowacy, którzy wcześniej pochłonęli m. in. nasz Szczyrk i czeski Szpindlerowy Młyn.
Tu dygresja… Narciarstwo jak napęd turystyki od lat podupada, już to przez krótsze zimy, już to przez pandemię, ale także przez zmiany w mentalności.
Podczas wyjazdów zaglądam do branżowych periodyków, które zgodnie wskazują, że młodzi ludzie się do narciarstwa nie garną.
Nie dziwota. W naszym np. hotelu (3ci raz w tym samym, więc nasz) gość na wejściu konfrontowany jest z galerią myśliwskich trofeów. Witają go martwym spojrzeniem ustrzelone przed dziesięcioleciami jelenie i muflony, na półpiętrze staje twarzą w twarz z wypchanym świstakiem itp. Dopiero niedawno gospodarze opanowali podstawy kuchni wegetariańskiej, ale nadal najlepiej wychodzi im sznycel.
W takich warunkach wychuchana zachodnia młodzież nie bardzo się odnajduje, ale dla Słowian jest w sam raz.
Zaryzykuję stwierdzenie, że nawet nasza wyższa klasa średnia, nie mówiąc o „cwaniakach” woli Dolomity, jak dla mnie Taury są akurat.

Na koniec najciekawsze: jak w takim miejscu egzekwuje się „obostrzenia”.
Zacytuję tu z głowy  bandytę Urkę Nachalnika, który najmniej lubił łamać prawo w zaborze austriackim. W rosyjskim: wiadomo, że zawsze puszczą za łapówkę, w niemieckim – nigdy, tylko w austriackim raz tak raz śmak.
Lata mijają, obyczaje trwają. Owszem, żądają „paszportów cowidowych” w _niektórych_ kasach i knajpach, ale przez tydzień ani razu nikt nie sprawdził mojego. W sumie każdy kwadratowy kod QR ze zdjęciem by obleciał.

Żeby nie było, że coś promuję, wyłącznie infolinki:

https://pl.wikipedia.org/wiki/Wysokie_Taury
https://www.bankier.pl/gielda/notowania/akcje/TATRY/podstawowe-dane
https://pl.wikipedia.org/wiki/Ankogelgruppe
https://de.wikipedia.org/wiki/M%C3%B6lltaler_Gletscher
https://pl.wikipedia.org/wiki/Urke_Nachalnik

Pod piracką flagą

Na niniejszy blog, acz rzadko, zagląda także moje dziecko, z którym jest taki kłopot, że nie aprobuje procederu naruszania majątkowych praw autorskich, czyli ściągania z interku. Samo ma wszystko na legalu, gry ze steama, muzę ze spoti, kino z netfliksa. Czemu ja wciąż pompuję z netu przechodzi jego pojęcie. Jestem dziadersem, to wiadomo, ale moje pokątne piractwo zagrożone interwencją policji państwowej i utratą laptopa, wolności a w dalszej konsekwencji pewnie pracy , nie mówiąc o dostępie do informacji niejawnej, ociera się o jakieś perwersyjne dziadowanie.
No bo przecież to ja finansuję dziecka dostęp do mediów i pewnie mógłbym także sobie.
Czemu tego nie robię? Kryje się za tym jakaś mroczna tajemnica, jak za dziadkiem kleptomanem, zwijającym chleb z każdej stołówki, by skrycie napychać nim poduszkę, tak żeby żaden blokowy nie zauważył podczas kipiszu.
Zapewne. Pochodzę ze świata, w którym piractwo było narodową normą. U zarania techniki cyfrowej płyta cd kosztowała miesięczną pensję polskiego nauczyciela, pomysł, że któryś sobie kupi – ja wiem – pink floydów i przestawi się na żucie szczawiu był w tamtym kontekście śmieszny. Legalne utwory kupowało w Polsce siedem osób, z których pięć miało etaty w radio, a dwie w cenzurze. „Polski nauczyciel” włączał radio, czekał aż płytę puści któreś z dzieci elity kraju i na sygnał „trzy cztery nagrywamy” wciskał czerwony guzik na radiomagnetofonie.

Tak że tak.

Czy mam jeszcze jakieś usprawiedliwienia? A i owszem. Większość interesującej mnie muzyki, jeśli nie cała, zostało nagrane jakieś ćwierć wieku temu i dawniej. Ćwierć wieku w czasach transformacji było legalnym okresem, po którym można było sobie do woli kopiować dzieła, których autorzy mieli kupę czasu, żeby się na nich utuczyć finansowo. Okres ten krokowo wydłużano aż do 70 lat. W konsekwencji potomstwo np. płodnych tekściarzy kasuje z ZAIKSU po parę milionów rocznie nie kiwnąwszy palcem.

Czemu zgadzamy się, żeby np. młody Martyniuk miał do końca życia kran do grubej rury z pieniędzmi? No cóż, wydłużenie jego zbójeckich praw zawdzięczamy naszym amerykański przyjaciołom, którzy za podszeptem Hollywoodu wymusili na nas i reszcie świata te absurdalnie długie okresy ochronne, a wkrótce wcisną jeszcze dłuższe.

Z w/w powodów sumienie moje milczy jak zaklęte, kiedy ściągam nagrania muzyków akompaniujących już chórom niebieskim, od Hendriksa po Nalepę.

Sumienie dziadersa aka boomera jest zatem czyste, a jaka z tego nauka dla zoomerów?

Oczywiście żadna, dzieci obecnie nie mają sumień.
Ale zoomerzy, beware.

To co „kupujecie” online… well nie jest do końca wasze. Młodzi ludzie, którzy przed ważnymi egzaminami porzucają np. na rok obsesyjne granie w gry, czasem nie mają do czego wrócić. Tak tak, milion zagranych godzin i sama gra zostaje przez sprzedawcę skasowane, zgodnie z klauzulą drobnym druczkiem.
Takie samo zdziwienie dotyka „posiadaczy” filmów, sprzedanych na wieki wieków, chyba, że „sprzedawca” zdecyduje inaczej.
Jeszcze gorzej jest na platformach abonowanych, gdzie wykonawca z dnia na dzień może wycofać swoje piosenki bo jest np. szczepem, a platforma puszcza antyszczepów, albo odwrotnie. I z antyszczepami mu nie po drodze, skandal i faszyzm, piosenki znikają. Nawiasem, nie ma technicznych przeszkód, by artysta postępowy zakazał wykonywania swoich piosenek konkretnie „faszystom”. Średnio ogarnięty algorytm łatwo skojarzy np. mojego zablokowanego bloga na fb z moim kontem w spoti i na życzenie np. Hołdysa spoti odmówi mi zagrania „Nie płacz Ewki”, bo z mało nienawidzę PiS-u. Nie straszę, ostrzegam.
Co przypomina mi, że nie ściągnąłem jeszcze tej płyty Perfectu. Bo jej też i nikt nie udostępnia w necie. Zastarzała się tak słabo, że będę musiał kupić ją w sklepie, jak za Jaruzelskiego.

Elegia na śmierć pirata

Jeszcze w poniedziałek beztrosko ściągałem sobie z torrentów co smakowitsze filmy, a dzisiaj już nie, skończyło się rumakowanie.
Nic nie ściągam i mało prawdopodobne że zacznę i bynajmniej nie dlatego, że dzielnicowy na wniosek Warner Bros zabrał mi komputer.
Bo nie zabrał.
Po prostu odezwał się do mnie kolega z dzieciństwa z pytaniem, czy nie dołączyłbym do jego netfliksowej rodziny. Z, pewną, hm, partycypacją z mojej strony. Ofertę zdecydowanie odrzuciłem, nie będę przecież płacił za coś, co mogę ściągnąć sobie za darmo, nieprawdaż. Byłoby to, pomijając inne kwestie, zachowanie z gruntu niepolskie. Płacę co prawda za muzykę ze spotify, ale robię to dla dziecka, znajomych i dzieci znajomych, którzy należą z kolei do mojej spotyfajowej rodziny i dźwigają część opłat oraz grzechu sprzeniewierzenia się kodeksowi pirata. I Polaka.
I tu sobie przypomniałem:

Chwila chwila, Kwadrat, a czy tymczasem nie słuchasz mojego spoti? I czy przypadkiem nie zalegasz od przedpandemii?

– zwróciłem się do kolegi z retorycznym pytaniem, bo jasne, że słucha i jasne, że zalega.
Po krótkich targach dałem mu jeszcze dostęp do amazon prime, takiej bieda rury z filmami, którą dorzucają w promocji do wołowiny w osiedlowym mięsnym. I przy podobnych okazjach. Ale tego mu nie mówiłem, niech się cieszy, że nie oddał swojego netfliksa całkiem darmo.

Serialoza starcza.

W zeszłym roku w Chinach sprzedano więcej pieluch dla dorosłych niż dla dzieci, co świadczy o tym, że starzejemy się nie tylko każdy z osobna, ale kolektywnie również, w tym Chińczycy.
Kiedyś Wałęsa w przebłysku geniuszu wyznał, że dla Unii 20 milionów Polaków wystarczy, a resztę się zalesi. Nasza młodzież zdaje się entuzjastycznie pracować nad tym projektem, a ostatni, którzy jakoś tam chcieli się rozmnażać robią to z sobie znanych powodów w Anglii czy innej Norwegii.
Pan Bóg z nimi, także dla mnie 20 milionów będzie ok.
Prawda czasu odbija się w prawdzie ekranu i oto najnowszy diznejowski serial z cyklu Gwiezdnych Wojen obrał sobie za bohatera łysego grubasa w spódnicy. Chodzi o Boba Fetta, tego kolesia w niemieckim hełmie i z rakietą na plecach, gdyby ktoś nie kojarzył. Typ koło pięćdziesiątki, o urodzie Kojaka, tylko brzydszy. Takie rzeczy kręci teraz Diznej. Świetny serial nawiasem mówiąc, choć lata świetlne od Myszki Miki.
Jako posiadacz bieda-platform za półtora zeta, czyli Amazon Prime i Viaplay rzuciłem okiem na szczytowe osiągnięcie tej pierwszej, czyli kryminalny serial Bosch. Boszsz, jakiż on schematyczny. Kiedyś był taki tasiemiec „Nowojorscy gliniarze”, Bosch to tacy „Nowojorscy gliniarze w Los Angeles”.
Klisza na kliszy i kliszą pogania, ale. Ale jak świetnie działa ta formuła i jak wciąga.
Nie muszę dodawać, że Bosch jest w wieku Boba Feta.
Oczywiście kręci się też seriale z młodymi. I są to seriale kiepskie, jak nasenny drugi sezon wiedźmina. Oglądam po trosze z sentymentu wobec książek, ale jest to poświęcenie z każdym odcinkiem coraz większe. Obsada wiedźmina składa się z a. : wiedźmina, całego z drewna i b. – jego nieletniej podopiecznej. Wiedźmin jest artystą z topu typowanym na następnego Bonda, w serialu jednak gra dwoma minami: zbolałą i tragicznie zbolałą. Inny artysta z topu niejaki Clint Eastwood też wystartował do kariery z dwoma minami: pierwszą w kapeluszu i drugą bez. Tak więc oszczędność środków wyrazu nie dyskwalifikuje aktora, ale dzieło już owszem, tym bardziej, że nie ma wsparcia w reszcie obsady. Wzmiankowana partnerka nie tylko zbrzydła z sezonu na sezon, ale do tego zaprezentowała bujne feministyczne brwi ala Breżniew. Dorzućmy fatalną cerę i wysilone „girl empowerment” czyli kompletnie niewiarygodną transformację w wiedźminkę – mistrzynię miecza i zakalec gotowy.
Jakim cudem zdobył stratosferycznie wysokie oceny – nie pytajcie, na pewno nie mnie.

Rozwalamy system

Spotkałem się z kolegą, bo kolega jest od tego. W większym gronie, które – prawie na trzeźwo – rozpoczęło wieczór karaoke. Na jutubie, jutub z telewizora.
Telewizor premium, z pilotem sterującym kursorem po ekranie i wyposażonym w mikrofon do rozpoznawania głosu. Pilot premium, takiż jutub, abonamentowany, żaden tam darmowy dla gawiedzi.
I powiem wam, że oczy bolały patrzeć jak skądinąd sprawny kolega nie był w stanie wycelować pilotem w literki na klawiaturze, a rozpoznawanie mowy działało jak u stulatka.
Nie chwalący, mój telewizor nie ma takich problemów, bo podłączam go do jutjuba ze starego laptopa. Niby wszyscy wiedzą, że najstarszy laptop jest mądrzejszy od najnowszego telewizora, ale dają się wkręcać w tę drugą opcję. Tymczasem pierwsza ma taki uboczny skutek, że dla jutub jesteś biedakiem oglądającym na windows siedem, dla którego po prostu szkoda reklam. Za każdą reklamę ktoś płaci i na pewno nie spodobałoby mu się, że wyświetlono ją dziadowi ze starym laptopem, a nie posiadaczowi nowego smart tv.
Tak że nie wyświetlają, choć z czasem oczekuję promocji pieluch dla dorosłych względnie zakładów pogrzebowych. Ale to z czasem. Tymczasem mój jutub z myszą i za darmochę miażdży koleżkowego jutuba premium z zaawansowanym pilotem.

Drugi hack, drugi knif jest perfidniejszy i być może podpada pod jakiś paragraf, być może nie. Załóżmy, że jesteście – jak ja – użytkownikami interku orandż, takiego mobilnego. I dostaliście ostrzeżenie, że dobijacie do granicy miesięcznego transferu. Można sobie doładować, ale umówmy się, że czytamy tę notkę, żeby rozwalić system, a nie dokarmiać własnymi złotówkami.

Udajemy się zatem do znajomej emerytki, której kiedyś zainstalowaliśmy neostradę. Na miejscu wypinamy jej kabelek z routera i resztką własnego internetu mobilnego zgłaszamy brak internetu na infolinii. Orandże oszczędza i zgłoszenie przyjmuje Sztuczna Inteligencja o imieniu Max. Inteligentnie pyta, czy na routerze świeci się cokolwiek, a skoro tak, to wysyła technika. Tymczasem na przeprosiny proponuje 20GB transferu na numer wedle życzenia. Przyjmujemy przeprosiny i 20GB, podłączamy kabelek i anulujemy zgłoszenie. Pozamiatane.

W następnym odcinku opowiem, jak skonwertować tramwaj nr 17 na domek jednorodzinny. Stay tuned.

Pochwała różnorodności

Jeśli wczytam się w korespondencję od moich Korporacji, a pracuję w tej chwili w dwóch strukturach: IT i bankowej, wynika z niej jasno, że obie zajmują się głównie szerzeniem tolerancji w ogóle, a różnorodności i inkluzywności w szczególe. Nie żadną tam sprzedażą komputerów czy dyskretnym pomnażaniem podejrzanych fortun, ale zasadniczo służbą ludzkości.

Wysiłki te ilustrowane są zdjęciami uśmiechniętych ikon różnorodności sfotografowanych w korporacyjnym środowisku. Kiedyś w centrum sal konferencyjnych brylowali biali mężczyźni po pięćdziesiątce, ale wraz z postępem stali się najpierw czarni, potem młodzi, wreszcie zastąpieni przez takież kobiety, w najnowszej odsłonie są to czarne, nieatrakcyjne kobiety w dziwacznych fryzurach. Seksizm wykluczony.

Zaprawdę powiadam wam, w naszych biurowcach, a zasuwało tam kilka tysięcy ludzi, nie było ani jednej takiej osoby.

Po co więc pracowite budowanie świata fikcji, kampanie i szkolenia?

Są dwa wytłumaczenia, jedno proste i fałszywe, drugie prawdziwe, za to jeszcze prostsze.
Wedle pierwszego mózg korporacyjnej krowy jest toczony chorobą poprawności politycznej, co zwiastuje rychły zmierzch kapitalizmu, a krowa wkrótce padnie lub zarżną ją niepoprawni politycznie muzułmańscy imigranci.

Wedle drugiej, prawdziwej wprowadzanie różnorodności wygląda tak. Z naszego zespołu zwalniają 3 białych, starych, kompetentnych Amerykanów. Ich obowiązki dzielone są na pozostałych, którzy po jakimś czasie zaczynają się domagać – ha ha podwyżek – a jeśli to niemożliwe (niemożliwe) to zatrudnienia kogoś nowego.

Sami chcieliście! Macie tu dwu świeżych Hindusów tuż po szkole. Od tego momentu oprócz opędzania roboty własnej, roboty zwolnionych Amerykanów, szkolimy jeszcze nowych kolegów. I robimy to bez większego buntu, no bo sami ich chcieliśmy, a narzekać na nich nam głupio, bo ze szkoleń wiemy, że różnorodność jest o wiele lepsza od jej braku.

Na koniec roku Korporacja nas pochwali, że odnotowaliśmy 2x większy zysk od spodziewanego.

Nic dziwnego, odpadło 3 Amerykanów za pół miliona baksów rocznie, przyjęto dwóch Hindusów za 50 tysi w sumie, różnica starczyła na zysk, premie dla menedżmentu, szkolenia i broszury o różnorodności.

I kto śmie jeszcze twierdzić, że szerzenie tolerancji i służba ludzkości się nie opłaca?

Paryżewo

Długi czas życie w Polsce płynęło pod znakiem „cudze chwalicie, swego nie znacie”. Kraj miał być pełen urokliwych miejsc, które pobiłyby na głowę Prowansję i Cyklady, gdyby ktokolwiek o nich wiedział. Ale nie było kasy na promocję. Wyobraźni miejscowych sołtysów. Tabliczek z info, co to za zabytek… itp. itd.

Otóż zmieniło się. Pojechaliśmy na groby do wiochy mniejszej od mojej, Fałkowa w centralnej Polsce. Wydobywam pomnik pradziadka z chwastów, kiedy podbija kuzynka ze zniczami i grubą książką pod pachą. Co tam kupiłaś? Monografię Fałkowa. What?!
Kniga gruba na paręset stron, zdjęcia posesji, drzew, biogramy sołtysów… Miejscowy entuzjasta zebrał, samorząd dofinansował, fachowo złożone i wydrukowane.
Szok. Wioska paresęt osób.
Pojawia się siostra. A ty co kupiłaś? Magnes na lodówkę. Z czym? Z Fałkowem.
Magnes. Na. Lodówkę. Z. Fałkowem.
Tak że tak. Nie ma już w kraju dziury wystarczająco grubo zabitej dechami, żeby nie sprzedali wam w niej magnesu na lodówkę w kształcie dechy z nazwą dziury
Ta dzika plaża nad Parsętą, gdzie kąpaliście się na golasa w 1996 zapewne też ma już stronę na fejsie. I wypożyczalnię leżaków.
Turyści znają i polecają.

Największa miejscowa atrakcja, zaraz po remizie.

Boomer i zoomer nasłuchują.

Tylko boomerzy pamiętają zażarte dyskusje po pojawieniu się płyty cd. Czy aby na pewno cd przenosi te wszystkie klimaty, ciepełka i niuanse rzekomo obecne na winylach, czy jest tylko techniczną wysterylizowaną nowinką zabijającą prawdziwą muzykę. Po niezliczonych – szczerych i symulowanych lamentach autorytetów audiofilskich, publiczność zagłosowała nogami. Winylowe niuanse słyszeli nieliczni, za to wszyscy mieli dość szumów i trzasków przybywających na winylu w miarę odtwarzania. Nie pomogły zaklęcia typu „nie słucha się trzasków, słucha się muzyki”, gramofony i adaptery wyniesiono do piwnic.
Po chwili nadeszła rewolucja pecetowo-internetowa i okazało się, że muzyki można słuchać równie dobrze ze skompresowanego pliku mp3 (~320kbit), jutuba (@128kbit) a nawet nieźle gra z radia internetowego (96 kb). Wydawało się już, że winylomaniacy wymrą na dobre, kiedy na fali nostalgii i pod wpływem prowinylowej narracji, winyl zmartwychwstał.

Nie jest to informacja tylko dla posiadaczy gramofonów, bo winyl odżył także w formie plików muzycznych szeroko rozpowszechnianych przez piracką brać. Pakuje ona muzykę zgraną w wysokiej jakości z winyli w monstrualnej wielkości pliki. Czy rzeczywiście słychać tę jakość? Jak dla mnie, nie bardzo. Na pewno słychać szumy i trzaski oryginalnego winyla.

Co na to zoomerzy, czyli pokolenie urodzone po 2000?

Kompletnie nic. Powyższe dylematy i trendy dotykają tylko starszych od nich. Przeciętny zoomer odtwarza jutuba z telefonu do głośnika blutut. Jednego głośnika, czyli w mono, jak w 1958. Zupełnie nie miałby pojęcia o czym my tu.

I gra muzyka.