Żyję, ale niewiele brakowało. Wszystko przez Alissę, która poleciała nad morze. Jak zwykle w takich razach zostałem zazadaniowany i w piątek zabrałem się za wycinkę wierzb. Jestem samozwańczym mistrzem piły łańcuchowej i wiem, że pracując z drabiny trzeba uważać, bo pień po odcięciu dużej gałęzi potrafi się przemieścić i drabina wraz z nim. Oprócz wiedzy i umiejętności mam jednak także skłoność do skalkulowanego ryzyka.
Oto zatem lecę z drabiny, tania a i tak kupiona na raty chińska piła leci wraz ze mną, a ja się zastanawiam – bo oprócz wiedzy itp. mam też doświadczenie – czy tym razem automatyczny hamulec piły zadziała, bo czasem mu się nie chce i czy w trakcie lądowania odetnie mi stopę.
Skończyło się na wszechstronnych podrapaniach i nadwyrężonym kolanie, a to nawet nie była sobota.
Weekend przechodzi pod znakiem kolejnego festynu gminnego w parku na przeciwko, na który nie docieram, bo wichury i deszcze niespokojne i drony, ale przede wszystkim kolano.
W niedzielę turecki pilot nie trafia w pas w Balicach, zamykają lotnisko i staje się jasne, że będę musiał w środku nocy grzać po Alisę jeszcze nie bardzo wiem dokąd.
Jedna kawa, druga kawa, przychodzi sygnał, że wyleciała a dokąd okaże się po lądowaniu.
Bije północ, ja zbieram się do wyjścia, wtem słychać natarczywy dzwonek do drzwi. Moja chata z kraja, przed nią już tylko bagna i legendarnie kręta droga pośród nich, domniemywam, że znowu ktoś wypadł z trasy, kolejna kubica wyrąbała w przydrożną lipę.
Otwieram nieznanemu typowi, który z punktu rzuca się na mnie z rykiem i pięściami. Nic nie zmyślam, opowiadam 1:1.
Akcja stop. Każdy, kto mieszka w niejakim odosobnieniu, na niejakim wygwizdowie miewa momenty refleksji nt mgławicowych zagrożeń różnych, wrażliwsi snują zwichrowane fantazje o włamywaczach przypalających żonie pięty żelazkiem w celu wydobycia pinu do karty itp. Ludzie kupują monitoringi, kaukazy, broń. Ja kupiłem tabliczkę „uwaga głodny pies”, bo mieliśmy kiedyś psa. I do braku zabezpieczeń dorobiłem sobie różne uzasadnienia, ostatnie z popularnego serialu: jedyny niebezpieczny typ w okolicy, Alisko, stoi właśnie przed tobą.
Sporo z powyższego przemknęło mi przez głowę kiedy też zacząłem machać rękami, wrzeszczeć i wypychać intruza za drzwi. Za drzwiami wywaliłem go na chodnik, na którym przyjął postawę embrionalną, podczas gdy ja przykucnąłem obok okładając go pięściami w sposób zaobserwowany z walk w klatce. Major UB prowadzący Hłaskę mawiał, że najtrudniejsza jest praca z ludźmi. Podpierdzam. Zaskakująco szybko opadłem z sił a na moje wezwania do pójścia sobie koleś wciąż odpowiadał negatywnie. Westchnąłem i zadzwoniłem po policję.
Policjanci z pewnym zakłopotaniem wyjaśnili, że to oni sami pół dnia wcześniej przywieźli typa do wioski, konkretnie do schroniska b. Alberta. Odkąd jednak naprzeciwko schroniska postawiono żabkę z bogatym stoiskiem alkoholowym wielu niedoszłych rezydentów zostaje odprawionych z kwitkiem jako nietrzeźwi.
Zastanawiacie się zapewne, jakiż to napastnik miał plan. Czy zamierzał wymusić gotówkę na alkohol (której i tak nie miałem), czy zakopać mnie w ogródku i przejąć tożsamość czy jeszcze coś innego. Otóż wiem na pewno, że nie miał żadnego, bo był nafurany jak meserszmit. Po prostu przemoc jest fajna sama w sobie, tylko niewielu już z nas o tym pamięta.
No może poszło mi łatwo i w istocie była to wygrana kawy z alkoholem. Ale był 20 lat młodszy. Ale niższy. Ale miał przewagę zaskoczenia. Ale….
Poprosiłem panów o wywiezienie typa gdzieś dalej, żeby już tej nocy nie wrócił, podziękowałem odmownie za propozycję złożenia skargi, wytarłem nos z krwi i pojechałem na lotnisko.
Zarąbista przygoda.
Coming up: relacja z pierwszej wizyty Czytelnika tego bloga (nieznanego z realu), spoiler: tym razem bez rękoczynów.