Górale nie mają ostatnio najlepszej prasy, a internetu to już w ogóle. Niesłusznie. W zimie Słowacja jest droższa od Krupówek, na których przynajmniej nie fałszuje się dorsza pangą. Nie powiem, że lubię górali, nikt nie lubi, ale są granice.
Tym niemniej spłynąwszy kiedyś w kajaku przełomem Dunajca w tym roku postanowiłem zaliczyć małopolski odcinek tegoż. Rzeka niby ta sama ale ludzie inni i góry też.

Słówko wyjaśnienia. Region, którym spływałem czyli Pogórze Rożnowskie znam od maleńkości, pasałem tu krowy i uczyłem się gwary – bezskutecznie. Kiedyś nad jeziorem Rożnowskim odpoczywali górnicy, hutnicy i MSW. Dzisiaj otoczone jest wypasionymi rezydencjami, każda z przystanią. W tle góry, może nie Alpy, ale całość prezentuje się po szwajcarsku. Z jeziora kajak trzeba przewieźć poniżej rożnowskiej zapory i stopnia wodnego w Czchowie.
Może nie ma tu trzech Koron, jest za to krajobraz kubek w kubek jak wzdłuż austriackiego Dunaju, ze średniowiecznymi zamkami i winnicami włącznie. Skądinąd wiem, że koneserów wina nie znajdzie się w okolicy zbyt wielu, w każdym razie takiego z winogron.

Nie pamiętam rzeki, która sprawiłaby mi większą frajdę niż Dunajec. Różnorodności widoków i brzegów odbija się w korycie i nurcie. Głazy, łachy żwirowo piaskowe, ale przede wszystkim naturalne progi momentami występujące seriami tworzą naturalny aquapark. Co chwilę ma się wybór: splynąć jednym dużym progiem, czy kaskadą trzech małych, nurt rozdziela się by, za chwilę połączyć w fantazyjnych wirach, gołym okiem widać nachylenie tafli wody na szybszych odcinkach. Nad brzegiem widziałem lisa, na wodzie komplet gatunków, na płyciznach niezliczone czaple i czarnego bociana. Zupełnym szokiem był dla mnie bielik. Startujący bielik robi ogromne wrażenie, jest gigantyczny, czaple wyglądają przy nim jak kurczaki.
Jedynym minusem są odgłosy biegnącej wzdłuż rzeki drogi.
W końcu, po trzydziestu kilometrach frajdy zatrzymuję się na progu nie do przeskoczenia. Kończymy. Jest ósma, jest zimno, sierpień w Polsce.





















