Kajakarstwo rekreacyjne w Polsce rozgrywa się na ogół na północ od autostrady A2. W dolnej połówce kraju ludzi jest więcej, mniej lasów, rzeki albo brudne albo uregulowane, a na Dolnym Śląsku i takie i takie.

Z tym większą ciekawością pochyliłem się nad względnie świeżo odkrytymi dla kajaków odcinkami Bobru i Nysy Kłodzkiej. Chłopaki znad Nysy brawurowo zachwalają swój kawałek jako Przełom Bardzki, budząc skojarzenia z przełomem Dunajca. Bardzo kibicuję lokalsom próbującym żyć z turystyki, dlatego bez bicia napiszę, że wyglądają na fajnie zorganizowanych, a spływ na bezpieczny, łatwy i efektowny.
Na pewno warto.
Azaliż aliści.
Do przełomu Dunajca przełom Bardzki ma się nijak. Stwierdzam fakt. Góry niewysokie i niedalekie, panoram brak…
Symptomatyczne, że jedną z atrakcji spływu jest skała Napoleona, w której tkwi kula armatnia z

epoki. Tyle że dowodzącym Francuzami pod Kłodzkiem był nie prawdziwy Napoleon, ale jego brat Hieronim Bonaparte.
Otóż przełom Bardzki ma się tak do przełomu Dunajca, jak Hieronim do Napoleona.
Są jednak i niepodziewane plusy. Na Dunajcu nie widziałem zimorodków, a na Nysie z sześć. Na krótkim, trzygodzinnym odcinku. Drugim plusem jest droga powrotna. Otóż spływam rzekami w formule kajakowo – rowerowej. Na dolnej przystani uwiązuję rower, jadę w górę rzeki, po spłynięciu przywiązuję kajak i rowerem wracam po samochód. Liczyłem na to, że uda mi się jechać brzegiem rzeki, ale czekał mnie stromy podjazd. W nagrodę ujrzałem widoki, których brakowało mi na dole. W ogóle miałem wrażenie, że część rowerowa była jakby fajniejsza od kajakowej. Być może dlatego, że rowerem jechałem sam, a spływałem slalomem między wesołymi emerytami na pontonach.


Bóbr, kurna, Bóbr, jak sama nazwa wskazuje, to zupełnie inna liga. Kiedyś spytałem kolegę, czy spływał Bobrem. Odpowiedział, że próbował jechać rowerem wzdłuż, ale sztynk z rzeki bił taki, że zemdlał, spadł z roweru i się w Bobrze utopił. Jak było tak było, od paru lat nadbobrzanie oferują chętnym spływy z Wlenia do Lwówka Śląskiego. Uwiązałem rower w Lwówku na działkach przy tamie, poczym udałem się z kajakiem do Wlenia. Kusiło mnie, żeby zacząć zaraz za efektowną zaporą w Pilchowicach, nad którą unosi się most obroniony przed wysadzeniem na potrzeby filmu Mission Impossible, ale zgaduję, że spływy startują niżej nie bez powodu. I tak czekały mnie po drodze dwie przenoski. Bóbr jest już rzeką co się zowie, w każdym razie w porównaniu do sporo węższej Nysy. Widokowo z Nysą wygrywa, częściej trafimy tu też na bystrza i wypłycenia, zakładanie skegów jest niewskazane. Płynąłem w majówkę, ale po drodze widziałem tylko jeden spływ. Może nie było zimorodków, za to trafiła mi się towarzyska wydra chętnie pozująca do zdjęć. Były też nurogęsi rzadko widywane na mniejszych rzekach.
Niesympatyczne zapachy z Bobru to już historia, dopiero we Lwówku zajechało ściekiem. Wszystko to nic w porównaniu z bajkowymi krajobrazami. Okolica wyróżnia się specyficznym pofałdowaniem terenu, szczególnie miłymi dla oka pagórkami. Znowu łatwiej je docenić z siodełka roweru. Sporą część drogi powrotnej przejechałem wręcz luksusową ścieżką rowerową, przywodzącą wspomnienie trasy wzdłuż Dunaju. Ogólnie dolina Bobru z przyległościami sprawia wrażenie krainy czekającej na odkrycie, które mam nadzieję nie nastąpi. Masowa turystyko, omijaj te miejsca szerokim łukiem.








