Krajobraz po bitwie.

Nie zliczę godzin, które spędziłem ogryzając paznokcie podczas meczów Radwańskiej. Ćwierćfinały, półfinały – rok za rokiem, tytaniczne, niekończące się odyseje, nieprawdopodobne powroty z 1:5 na 7:5 i tym podobne.
Owszem Agnieszka była wirtuozką, ale i uosobieniem tenisa kobiecego w epoce postawnych panien o niemal męskich sylwetkach, które wyrąbywały sobie puchary atomowymi uderzeniami z głębi kortu.
Ich zwycięstwa były oczywiste, przegrane – niezrozumiałe, zwłaszcza z Radwańską, która zawsze potrafiła te bomby dojść i odesłać piłkę omdlewającym lobem, aż za którymś razem sfrustrowana Szarapowa czy Azarenko pakowała ją prosto w siatę.
Przyznaję nie do końca satysfakcjonował mnie jako widza ten styl wygrywania, ale innego nie było.
W końcu epoka Agnieszki dobiegła kresu i z pewną ulgą zrezygnowałem z abonowania Eurosportu, nie doczekawszy się przez dziesięć lat – niestety – zwycięstwa w wielkim szlemie.
Toksyczna relacja z Isią sprawiła, że z daleka trzymałem się od Igi Świątek, w obawie, że zabierze mi kawał życia, a niekoniecznie nagrodzi najważniejszymi laurami.
Jakże się myliłem…
Finał Rolanda Garrosa zupełnie nie przypominał epopeji z udziałem Radwańskiej. Pierwszy raz czułem, że moc jest z nami. Moc i precyzja. Iga weszła jak po swoje, bez większych wahań rozstrzelała faworytkę, a i tak był podobno jej najtrudniejszy mecz w turnieju.
W godzinę dwadzieścia dostałem, to, na co nie mogłem doczekać się lat dziesięć z okładem.
Największa niespodzianka od upadku komunizmu, chyba.
Zauważam pewną analogię z Małyszem, który nigdy nie zdobył mistrzostwa olimpijskiego i kiedy zwątpiliśmy, czy w ogóle doczekamy, przyszedł Stoch i napchał złotych medali jak Cygan w torbę, pardon my French.
Póki co ustawiam talerz na Eurosport, przypominam, że dostępny gratis z satelity Astra, po niemiecku.
Coś mi mówi, że to nieostatni blitzkrieg Świątek.


W imię ojca.

Nie ma fajniejszej nawalanki niż dobra wojna kulturowa, zatem dołączam. Czołowe polskie uczelnie… no nie, nie wytrzymam… czołowe w sensie – „odwróć tabelę – UJ na czele” wprowadziły innowację, dzięki której student może sobie wybrać jak się nazywa, w sensie czy wciąż Sebastian, czy może jednak Karina.
Innowacją być to może w zapyziałem Krakówku, ale w międzynarodowych korporacjach rzecz jest znana od dawna, dlatego – niczem dobra wróżka, która za sto zyla wywróży koniec świata – przepowiem rektorom co będzie dalej.
A więc kiedy już prukniecie z ukontentowania waszą postępowością, dokładnie ci sami studenci, którym chcieliście zrobić dobrze, znowu się oflagują i zgłoszą nowy postulat, bo zrobiliście dobrze niewystarczająco .
Otóż zażądają oni, by poza niebinarnością uwzględnić jeszcze płynność samoidentyfikacji i zwracać się do nich per Sebastian w piątki i środy, a Karina – w pozostałe dni. Tak że przysiądźcie solidnie z informatykami, bo trzeba będzie dosypać adresów internetowych i pomajdrować przy dostępach, żeby osobnik mógł się logować na seba1999 i karina2001 na to samo konto itd. itp.
Nie żartuję, w mojej pracy to może nie standard, ale nawet dla kilku „płynnie (nie)binarnych” nie pożałowano zmian w systemach dostępu, a także wydrukowania stosownej broszurki edukacyjnej dla reszty kilkudziesięciu tysięcy pracowników, o tym jak uszanować… no nie wytrzymam – zaburzenia tych świrów.
Na marginesie… Pomysł, by samemu wybierać sobie imię jest prawdziwą nowością, niespotykaną w historii ludzkości.
Zacznę od tego, że nikt nie używa swojego własnego imienia, bo po co? Używamy imion innych osób, od których czegoś chcemy. Hej, Gruby, pomóż mi wnieść szafę, mówimy. Grubemu może się wydawać, że jest chudy i ma na imię Rozalia, ale to nieistotne, bo jeśli się nie podniesie, to następnym poleceniem będzie: hej Łysy, pacnij Grubego, bo chyba ogłuchł.
Miałem kolegę w liceum, niejakiego -powiedzmy – Artura Wasylenkę, któremu nie podobało się, że odmieniam jego nazwisko. -Nie mów że, notatki dałeś Wasylence, bo moje nazwisko się nie odmienia. Hm. Wytrzymałem chyba miesiąc, poczym ogłosiłem: szanuję twoją szajbę i nie będę odmieniał twojego nazwiska, ponieważ nie będę go używał. Niniejszym ogłaszam cię Wasylem. Przyjęło się i -dzieści lat później nadal jest Wasylem i nawet jego własne dzieci nie wiedzą, że w papierach ma Artur. Nie jestem z tego specjalnie dumny, ale właśnie tak działają imiona.
Jak masz dobre, to je szanuj.

Czemu na razie nie ma zdjęć ptaków…

Jak zostałem anorektyczką

Parę lat wstecz na blogu chwaliłem się, jak to na diecie z żywych robaków, surowych ryb i świnek morskich schudłem 10 kilo i ważę zaledwie – ach – 77. Po miesięcznym pobycie w Peru tak miałem. Tymczasem 10 lat później pandemia odcięła mnie od biurowej kantyny i zamiast na lancz biegnę do parku. W efekcie chudnę w tempie kilo miesięcznie i jest to stabilny trend. Gdyby się utrzymał, to w przyszłym roku o tej porze spokojnie móglbym zagrać Ghandiego.
Zacząłem więc wyhamowywać. Kupiłem lody, kupiłem piwo, kupiłem czipsy.
Guess what – niedobre. Lody za słodkie, piwa za dużo, czipsy walą czipsami. Przyzwyczaiłem się, że mecze oglądam pogryzając marchewkę. To może przestać się katować bieganiem itp.? Łatwo powiedzieć. Przychodzi pora lanczu i mnie nosi.
Niestety, nie da się tak po prostu przytyć. Sama zmiana diety nie wystarcza. Bycie grubym wymaga zmiany wieloletnich przyzwyczajeń, stylu życia. Ale… dream big, one day…

mój focus aż zaklekotał ze zdziwienia…

Historia nauczycielką życia

W. Suworow opisywał, jak Rosjanie próbowali wyprodukować u siebie amerykańskie myśliwce na podstawie amerykańskich projektów, przeliczając cale na centymetry i funty na kilogramy. Się nie da. Po rozstrzelaniu kilku biur projektowych Stalin ugiął się i kazał kupić amerykańskie calówki, wagi w funtach itp.
Podobnie mój kolega, na codzień wybitnie skrupulatny inżynier, próbował wypiec ciasto opierając się na amerykańskiej recepturze. Wiem, nawet w obecnej niebinarnej rzeczywistości inżynier-cukiernik to rzadkość. Na jego usprawiedliwienie zaznaczę, że chodziło o ciasto psychoaktywne, takie brownie z haszem, którym inżynier chciał odreagować swoją wybitną skrupulatność.
„Takie fajne ciasto, koleżanka przysłała przepis, poprzeliczałem sobie te funty, pinty zapakowałem do piekarnika i heja. Po dłuższej chwili jeden kurde dym, smród i wietrzenie – ciasto spalone. Przeliczyłem byłem wszystko skrupulatnie, z wyjątkiem farenhajtów na cesjusze. Co się tego dymu nawdychałem, to moje, ale osiem gram extra trawy poszło się dymać”.
Well, z piekarnikiem wyskalowanym w farenhajtach byłoby łatwiej.
Czym jest wszakże utrata ośmiu gramów materiału z utratą marsjańskiego satelity za miliard? No właśnie zdarzyła się taka, bo ktoś pomylił niutony z funtami.
A zatem udanych wypieków i orbitowań życzy kominiarz.

Plandemia singli

Że pandemia to ściema zrozumiałem dzisiaj na basenie. Elegancko odremontowany obiekt nie był jak zwykle pełen toksycznych dzieciarów, ale stał do dyspozycji mojej i jakiegoś innego typa. Po trzy tory na typa, znaczy. Po jakimś czasie weszła grupa, która zapełniła te puste. Sześć nieobciążonych rodzinami osób w sumie, które w milczeniu machnęły swoje kilometry w prawie nieśmierdzącej wodzie (again brak dzieciarów) i rozjechały się do domów.
Dzieci zamiast zanieczyszczać basen w maseczkach utrzymują „dystans społeczny” w szkołach. Sielanka. Chwilo trwaj.
Zmęczeni introwertyczni dorośli, łącznie z Naczelnym Dorosłym Kraju mogą nareszcie pomyśleć o sobie i swoich priorytetach jak np. głaskanie kota. Futrzaka miło pogłaskać, karp nie ma takiej właściwości, dlatego nie zanosi się na rychły zakaz hodowli tychże.
Wszyscy mają buzie pełne empatii i pozornie wyzwolenie futerkowych to no-brainer: życie przytulaśnych futrzaków kontra interesy spoconych grubasów w mercedesach.
Ja na próbę wzbudziłem sobie tę empatię i nie jestem już taki pewien. Po pierwsze zakaz nie poskutkuje wypuszczeniem srebrnych lisów na mazowieckie pola, oj nie. Obawiam się, że nikt ich też nie adoptuje, najpewniej skończą jak ich poprzednicy.
Po drugie, gdybym był norką, to naprawdę nie wiem, czy wolałbym to kiepskie, ale jakieś, bytowanie w klatce od nie bycia w ogóle. Temat stary jak Hamlet: może Dania jest więzieniem, ale wciąż – być albo nie być.
I po trzecie, ci hodowcy może rzeczywiście są odpychający, ale przecież norki nie są dla nich. Futra z norek, proszę wycieczki, otulą nagie ramionach kobiet pięknych i występnych.
Czcze fantazje, nieprawdaż, bo los norek, forsiastych grubasów i amoralnych kobiet jest już przesądzony. Zostali skazani na dożywocie na drugim planie filmów z Bondem, niestety.

politycznie.

miałbym poglądy jak inni, gdybym miał głowę zanurzoną w tym samym co inni, tzn. w polskim internecie/polskiej tv, gdzie uczy marcin marcina, a sam głupi jak świnia. też bym oburzał się na katolickich populistów, którym myli się ambona z trybuną, którzy rujnują gospodarkę kupując głosy podwyższaniem płacy minimalnej, a także płacy własnej, ale…

swego czasu wszedłem na dach i zamontowałem antenę satelitarną, dzięki której obok tvn i tvp pojawiły się inne kanały, gdzie widuję rzeczy zdumiewające, w każdym razie marcinów.

widzę np obamę nawalającego politycznie jak najbardziej, nie gdzie indziej, a w kościele, jakby nie przymierzając był pisiorem na jasnej górze, tylko turbopisiorowatym na sterydach, jak to murzyn, żadne tam głodne kawałki o wartościach, tylko po nazwiskach i po oczach, tv filmuje, dzieci na to patrzą, a tenże po zjechaniu trumpa, boże wam błogosław rzuca i cieszy japę.

widzę np kandydata bidena, który zarządza podniesienie płacy minimalnej do $15 dolarów za godzinę, jeśli oczywiście przyszli odbiorcy tych $ pofatygują zagłosować na niego, jakby był jakimś dudą czy kaczyńskim.

a potem wyciągam kalkulator i wychodzi mi, że 15$ razy miesiąc przez złotówki to sporo więcej niż dostaje polski poseł. to tyle co polski wojewoda, tylko za przewracanie burgerów albo zamiatanie ulic, byle w stanach.

tak że sorry, marciny, jeżeli spodziewacie się innych standardów out there, to ich tam nie ma, lepszego świata na miarę waszych szajb nie będzie, a jeśli chcecie sobie polepszyć, to odżałujcie półtora grosza miesięcznie na podwyżkę zarządzającym naszym pierdolnikiem,

rzekłem.

Wyznania mięsożercy.

Jeszcze wakacje, a skoro wakacje to wakacyjne wspomnienie na modny ostatnio temat pożerania mięsa. Zanikający ten zwyczaj również -dzieści lat temu kultywowano pokątnie, głównie z braku mięsa do pożarcia. Żeby oddawać się swojemu hobby jedzenia w ogóle, a mięsa w szczególności rodziny wyruszały na wieś do dziadków, bo wtedy wszyscy dziadkowie mieszkali na wsi.

Co dzisiaj jemy na obiad Wojtusiu?
-A co mogę?
-Możesz kurczaka, możesz schabowego, możesz kaczkę. A może króliczka?
-Króliczka, króliczka!
-To idź z dziadkiem.
I szliśmy z dziadkiem, żebym sobie wybrał króliczka do zjedzenia.
-Ale dziadku, nie zabijaj go!
-Nie?
-Bo ja mam takie prawdziwe strzały, z gwoździami. Ty go wypuść, a ja go upoluję.
-Eee, ucieknie ci, uciął dziadek po czym kantem dłoni, „z karata” przetrącił królikowi kark.
Alternatywnie mogłem wybrać sobie kurczaka do rosołu, a nawet próbować go złapać, co nigdy się nie udawało, tyleż z mojej dupowatości, co z niechęci wywalenia się w kurzą kupę, których pełno było wokół obejścia. Koniec końców kurczaka łapała i pozbawiała głowy babcia i owszem, kurczak pozbawiony głowy biegał równie żwawo, co rzuca cień wątpliwości na inteligencję takich sprinterów na przykład.
Tak że tak, zasłyszany gdzieś postulat, żeby nakazać mięsożernym samym uśmiercać ich obiady, jest dla mnie spoko, damy radę. Myślę.
Ba, w czasach dużo późniejszych zdarzyło mi się – nad Amazonką – zjadać robaki żywcem i się nie porzygać. I świnkę morską też jadłem i różne, niedługo wcześniej uśmiercone kreatury prawie na surowo także.
Nie poddaje się modzie na weganizm, nie zamierzam też innym modom, np. na kremację. Zatem moment w którym sam zostanę pożarty na surowo przez różne małe stworzenia, jest z każdym dniem coraz bliższy. I nie będzie to uczta wegańska.

Kaczka aż się skuliła, czytając powyższe

Archeotechnika

Nie pamiętam już kiedy zakupiłem kamerę video. Niezorientowanym wyjaśniam, że było to samodzielne urządzenie przeznaczone wyłącznie do kręcenia filmów. Wyposażone w dysk 30GB, opcję nagrywania nocnego, format 16:9 moja kamera była ostatnim krzykiem techniki, który parę lat później płynnie przeszedł w rzężenie całego biznesu kamer konsumenckich.

Ale „it’s not over till it’s over”. Kamery może skarłowaciały do rozmiarów gopro a poza tym zniknęły z rynku, niczym dinozaury, których dalekich wspomnieniem są wróble, ale w mojej kamerze dysk wciąż się kręci, bateria wciąż trzyma, a zoom – zoomuje.

I cóż się zdarzyło. Syn mój kamerę wyciągnął, podładował i stała się tym, czym zawsze być powinna – gwiazdą szalonych domówek. Kiedy bowiem na szalonej domówce ktoś wyciąga telefon w celu filmowania zyskuje podobny efekt jak wjazd Mrożona na jego lodowej desce. Wbrew opiniom rodziców i pedagogów młodzież doskonale potrafi zadbać o swój wizerunek online. Najbardziej utytłany wieprz w interku jest uroczym, wystylizowanym luzakiem, jeśli nie modelem.

Nikt nie pozwoli zrujnować budowanego przez lata wizerunku uwalonemu kretynowi ze smartfonem. Dlatego wszyscy zamierają, odwracają głowy, względnie naciągają na nie rajstopy i czekają, aż smartfon zniknie w kieszeni.

Co innego nieusieciowiona kamera dziadka Leniucha, zwłaszcza taka w posiadaniu najrozsądniejszego z rozsądnych syna tegoż. „Ojciec, ja nawet nie muszę nic kręcić, po prostu zostawiam ją na stole, ludzie sobie ją ogarniają i na koniec mam parę godzin ekstra materiału”.

Kręć, zgrywaj, archiwizuj. Kiedy kolejny z absolwentów twojego liceum zostanie premierem… sam rozumiesz.

niepostrzeżenie bielik stał się ptakiem pospolitym, cokolwiek o nim piszą przestarzałe encyklopedie. wraz z bobrem łosiem, rysiem itd. itp. wracają w wielkim stylu. nie do końca „wielkie wymieranie”

Szlakiem Krzywoustego, na Głogów

Chobienia, szwajcarskie miasteczko w Polsce za kasę gminy Rudna. W sensie Rudna doi KGHM, Chobienia doi Rudną i mamy najbardziej odpicowaną wioskę na Dolnym Śląsku, z przystanią z prawdziwego zdarzenia, takimż ryneczkiem, o gustownym pałacyku w tle nie wspominając. Szpanerska gospoda, dorsz, fryty, piwo – 70 dych. Gorzej niż na Mazurach.

Na złość zdjęcie budynku ominiętego przez szał renowacji: