Natasza zapisała nas na „secesyjnego sylwestra w klimacie Alfonsa Muchy”. Na miejscu okazało sie, że wszystko pokręciła, chodziło o klimat burdelu i przebranie za dziwki i alfonsów, którzy z kolei mieli chodzić w muchach. Muchę jak raz miałem, ciemne szkła pożyczyłem od innego alfonsa. Natasza i zresztą wszystkie mające coś do pokazania kobiety w Sylwestra są w zasadzie optycznie nieodróżnialne od dziwek, takich czasów doczekaliśmy.
Nawet nie próbowałem prosić AI o zilustrowanie. Zarówno ChatGPT jak i Copilot za słowo Murzyn z miejsca dają ci w twarz, pewno po godzinie błagania o „obrazek afrykańskiego opiekuna ukraińskiej sexworkerki” wysłałyby maila do mojej pracy i do prokuratury.
Tymczasem jednak objawił się GROK, który nigdy nie przeprasza i nie bierze jeńców. Dla GROKa „stwórz obrazek murzyńskiego alfonsa o rysach Romana Giertycha w zielonym futrze z ukraińską prostytutką u boku, płonący pałac kultury i nauki w warszawie w tle” to jak splunąć.
Mówcie co chcecie, Elon, jego x a teraz grok to najlepsze, co się w interku wydarzyło w zeszłym roku i będzie wymiatać w następnych.
Właściwie nie ma powodu, żeby tania opaska z chin gorzej radziła sobie z pomiarem pływania niż wydrożony zegarek sportowy, ale tak się nie dzieje. Chiński badziew jest kolorowy, dotykowy i obsługuje dwieście siedemdziesiąt dyscyplin sportowych, jednakowoż gorzej, niż szaro-szary zegarek na guziki sportów trzy. Zegarek, do którego pasek kosztuje więcej niż cała opaska. Dożyliśmy czasów, kiedy kolorowy wyświetlacz dotykowy stał się tańszy niż fizyczne pokrętło i dwa guziki. Wyświetlacz dotykowy ma niestety tę właściwość, że wariuje pod prysznicem. Po wyjściu spod sitka informuje cię, że właśnie rozegrałeś mecz w krykieta. Podobnie w basenie, kiedy ostatkiem sił próbujesz urwać na finiszu trzy sekundy, po dopłynięciu marnujesz trzydzieści próbując mokrymi palcami odblokować mokrą opaskę i zatrzymać stoper. Co zrobisz, jak nic nie zrobisz, przypadłość ta dotyczy zarówno opaski szaomi za dwie stówki jak smartłocza apple za dwa tysie. Tak więc jesteśmy skazani na guziki. Zmiana zegarka zaskutkowała u mnie skokową poprawą formy. Po części wynika ona z lepszej dokładności pomiaru, nie muszę zatrzymywać się by sprawdzić czy i o ile basenów się zdążył walnąć. Ale mam też podejrzenie, że być może bezczelnie mnie oszukuje. „Wiem, że kosztowałem więcej niż chińska opaska, więc policzę ci lepsze czasy. Płacisz i masz. Plus, wiem, że się nie wyda, bo pływanie to sport introwertycznych zjebów, którzy samotnie będą cieszyc się „sukcesami”, chyba że jeden na stu odważy się wystartować w jakimś triatlonie. wtedy będzie zachodził w głowę, czemu poszło mu słabiej niż zwykle.” Co biznes to model, ten już zresztą był, patrz pod: „radziecka Rakieta, najszybszy zegarek świata.”
Jestem w trakcie lektury i pod wrażeniem książki o mobbingu. Włos się na pupie jeży, co też jedna pani drugiej pani, ale też pan panu potrafią, jakie grabie do d… i w ogóle. Nadmienię, że sam pracować zacząłem w wakacje jako laborant w prefabecie w latach osiemdziesiątych, będąc licealistą (upośledzonym towarzysko, jak widać, zamiast pić piwo na wałach z licealistkami) i marnowałem czas na pracę od wtedy do dzisiaj, a teraz p. Bogu dziękuję, ze nie wlazłem na minę z tych opisanych w książce. Moja konstatacja jako czytelnika jest, że praca w Polsce to jak gra w trzy karty, przegrywasz kiedy ją podejmujesz. Jako pracownik za to złego słowa o pracy tutaj nie mogę powiedzieć, przebimbałem pół kariery rozbijając się pracowniczym autem, a drugie pół – zdalnie, każdemu życzyć. Ale to ja, większość ma gorzej, a niektórzy całkiem źle. Co naprawdę słychać na rynku pracy najlepiej oddaje powiedzenie: zależy, gdzie ucho przyłożyć.
Pracuję w oku cichego cyklonu polegającego na likwidacji gigantycznego banku, który swe techniczne zaplecze wciąż ma we Wrocławiu. Moi bankowi koledzy, których – jak się okazało bezpodstawnie – uważaliśmy za niedorozwiniętych, w nowej sytuacji radzą sobie z energią szczurów alfa.
Przypadek kolegi – hobbita, który olewał obowiązki by skasować gigantyczną odprawę, a potem powrócić na wyższe stanowisko (dlatego hobbit – tam i z powrotem), jest wyjątkowy, regułą za to jest wynalezienie sobie drugiego i trzeciego zdalnego kontraktu. Koledzy w biurze regularnie znikają z lewymi laptopami w budkach konferencyjnych, gdzie odwalają fuchy dla nowych pracodawców. Zhardzieli niepomiernie, bo co trzy pensje to nie jedna i w każdej chwili mogą trzasnąć drzwiami, jak się kierownikowi nie podoba. Jeszcze nie mobbing a-rebours, ale wkrótce, kto wie. Rzuca to nowe światło na brak roboty na rynku IT. Brakuje kontraktów dla wielu, bo inni mają ich po kilka. Lub kilkanaście, jak człowiek – legenda, kolega ośmiornica, który w pewnym momencie miał trzynaście służbowych laptopów. Trzynaście. I tyleż pensji równolegle, przynajmniej przez trzy miesiące, bo co zrozumiałe z kilku go szybko wywalili za nicnierobienie.
Personalny, który trafi na jego podrasowane c.v., jest bez szans, jak na bazarku naprzeciw gościa z trzema kubkami.
nie jestem w żaden sposób sponsorowany, po prostu odkupuję tym linkiem fakt ściągnięcia pozycji torrenta. Spodziewam się, że nie przeszkadza to Autorce, która zwalcza kapitalizm, a także diagnozuje „postpańszczyźnianą, folwarczną mentalność” rodaków.
Miałem taki pomysł, żeby zilustrować złotą myśl: „praca w polsce jest jak gra w trzy karty: przegrywasz w momencie, kiedy ją podejmiesz”. Z braku zdolności plastycznych zwróciłem się do SI, którą od teraz nazywam S”I”, ponieważ:
Fatalne wieści z frontu. Krety w natarciu a mi skończyły się zapasy broni chemicznej. Żeby tylko. Jakiś kret-yn wytruł nią niedawno rodzinę (swoją, ludzką) i teraz, jak mawiają, sankcje spadły na działkowców z całą surowością prawa.
Agendy rządowe instruują, że ktokolwiek zobaczy puszkę ze środkiem (stosowanym powszechnie od dziesiątek lat), ma przestać oddychać, przykryć się prześcieradłem i czołgać w kierunku cmentarza.
Kupić? Niby gdzie, służby przeczesują aukcje i sklepy, szybciej kupisz wyrzutnię kindżał z głowicą termojądrową, łatwiej nerki do przeszczepu niż kłikfos w tabletkach.
No nic, nie da się fosforowodorem, zawalczymy z kretami acetylenem. Ale, znając życie raczej krótko. Świadomi umiarkowanej skuteczności acetylenu i ograniczonej cierpliwości rodaków już wkrótce przeczytamy o typie, który nie wytrzymał i wrzucił kopca zapałkę. Nie macie pojęcia jak gigantyczne są korytarze pod trawnikami. Ktokolwiek próbował zalać je wodą, wie. Jeśli wpuścić tam gaz i zdetonować może powstać wyrwa w stylu mały bełchatów, taka na garaż, szopę i pół osiedla.
Przeżyjemy, zobaczymy.
(kupie każdą ilość środka quickphos, tylko poważne oferty w komentarzach)
Cała Polska zobaczyła w wiadomościach warszawskie Muzeum Sztuki Nowoczesnej i każdy ma coś do powiedzenia.
Z wyjątkiem mnie.
Ja już się wypowiedziałem półtora roku temu:
„W odpowiedzi na nasze migi dla Ukrainy rosyjski generał obiecał wycelować rakiety w Polskę. Te zapowiedzi powtarzają się okresowo, za każdym razem budząc we mnie zaskoczenie: ale jak to, to wcześniej nie były już wycelowane?!
Tym razem pozwoliłem puścić sobie wodze fantazji, że faktycznie coś z tych gróźb wyniknie i może w przerwie rakietowania Kijowa znajdą jakąś bąbę dla Warszawy.
Nazwijcie mnie ruską onucą, ale miałbym prośbę do kierownictwa Federacji Rosyjskiej. Jeśli już musicie w coś walnąć, proponowałbym symbol Warszawy: Pałac Stalina. Za celem tym przemawiałby fakt, że powstał trudem radzieckiego budowlańca (i z cegieł z Wrocławia). Ruski dał, ruski unicztożył, nikt nie będzie miał pretensji.
To raz. Skoro już przy placu Defilad to – jeśli nie da się inaczej, bo w magazynku jakimś cudem został jeszcze jedna bąba – proponowałbym ten nowy biały barak, dla wtajemniczonych muzeum sztuki współczesnej. Pobudowanie takiego okropieństwa da się pojąć tylko w kategoriach performansu, prowokacji artystycznej. Wywalenie go w kosmos byłoby tylko jej eleganckim dopełnieniem.
Na gruzach powyższych możnaby posadowić dawno postulowany przeze mnie Park Centralny, chwilę wytchnienia dla mieszkańców stolicy i podróżnych.”
Nadmandalian Venkatarama: onegdaj na koncercie zauważyłem, jak między utworami skrzypaczka szatynka zastąpiła koleżankę blondynkę. W pierwszym momencie pomyślałem, że skrzypaczka blondynka poszła się… no właśnie, która z form jest poprawna, poszła się wyszczać czy poszła się odeszczać? Łączę wyrazy szacunku i pozdrawiam w oczekiwaniu na wyjaśnienie
Drogi Wenka… nieważne. Obie formy ujdą, aczkolwiek „wyszczać się” kładzie akcent na opróżnienie pęcherza: „wyszczała się, a więc jest pusty” podczas gdy „odeszczać się” odnosi się raczej do faktu przemieszczenia się moczu pod ciśnieniem, jak w „odeszczać się na ścianę”. Stąd puryści mogliby rekomendować drugą z form dla skrzypków, którzy anatomicznie są lepiej predestynowani do ekspedycji moczu na odległość. O ile oczywiście skrzypaczka nie odeszcza się parabolą z balkonu filharmonii, co jednak nie miało miejsca, bo przeczytalibyśmy o tym w prasie. Uprzedzając następne pytanie: nie, forma „odesrać się” nie występuje w polszczyźnie.
Duzi przedsiębiorcy czasem przerażają bezmyślnością i dobrze, że istnieją narzędzia, którymi można naprostować im myślenie. Cytuję jako screen, żeby gamoniowi nie nabijać zasięgów
Blog ten powstał z potrzeby komunikacji z kolegami pracy, których nie miałem, bo pracowałem zdalnie. Praca zdalna w ubiegłym stuleciu była wyjątkiem i aberracją, a nie normą , jak dzisiaj. Dzisiaj każdy telepracy posmakował, courtesy of covid, i wyrobił sobie zdanie. Na ogół nie chce wracać do biura, chyba, że musi.
Oprócz biura domowego raz na kiedyś odwiedzam biuro naszego klienta, czyli Banku. Mam kartę i biurko, tak jak moich dwóch kolegów z zespołu, ale jesteśmy wyjęci spod regulacji Banku, które stają się coraz sroższe. Najpierw zachęcały, potem nakazywały, teraz nie znoszą wyjątków: wszyscy bankowcy mają znaleźć się za swoimi biurkami.
Zawsze się znajdzie jakiś buntownik, który uważa, że mu wolno więcej, tak jak kolega nazwany tu Hobbitem. Kiedy wymagano stawiennictwa raz na tydzień, pojawiał się raz na miesiąc. Zaczął wpadać w owocowe środy, kiedy powinien siedzieć od wtorku do piątku, aż nagrabił sobie w ocenie rocznej tak, że go wykopali. Azaliż aliści jako stary wyrobnik za porozumieniem stron otrzymał ni mniej ni więcej 20+ pensji odprawy. 20+. Jak w starej chińskiej anegdocie, nie ma nieszczęść, są tylko zdarzenia o nieprzewidywalnym skutku.
Tym niemniej chciałbym, żeby ta informacja o prawie dwuletniej odprawie wsiąkła w wyobraźnię PT Czytelników… jak zagospodarowali by taką kasę (lub ekwiwalentny czas), czegotosobiebbynikupili, dokądtobyniepojechali.
Hobbit myślał dwa miesiące, nic nie wymyślił, więc aplikował z powrotem do Banku. Z sukcesem, wrócił już nie na swoje stanowisko, ale oczko wyżej. „Hobbit, czyli tam i z powrotem.”