https://www.facebook.com/polskawstanienirwany















Podłamka, mówisz? Co ty wiesz o podłamce, misiu. Ty nawet nie stałeś koło prawdziwej podłamki. Nie rozpoznałbyś podłamki nawet gdyby zaszła cię od tyłu i złamała nogę od krzesła. O prawdziwej podłamce to mógłbym opowiedzieć ci ja.
Otóż, misiu…
Otóż.
Podłamka to jest wtedy, kiedy przez dziesięć lat przekonujesz siebie i innych, że twoje kolumny brzmią okej.
A potem usuwasz szafkę, stojącą obok kolumn i wtedy one zaczynają brzmieć okej.

Podniósł się huczek wokół filmu Road House z Dżejkiem Gylugyluhalem
Że znakomity. Niepotrzebnie, choć obejrzałem z niejaką przyjemnością.
Z Dżejkiem jest ten kłopot, że w nadziei na Oskara dał się kiedyś obsadzić w roli kowboja-geja.
Oskara nie dostał (poszedł do znakomitego skądinąd filmu o rasiźmie: Crash), a cała jego późniejsza kariera sprawia wrażenie licytacji w maczyzmie-twardyźmie, jakby dla zatarcia tamtego epizodu.
W Road-House Glugulhol, jako ochroniarz tytułowej knajpy, mierzy się z legendą walk w klatce, Connorem MacGregorem, który – w odróżnieniu od Dżejka – jest też potworem w realu.
I to Connor na swoich krzywych nogach wnosi do Road House nową jakość. Okazuje się najbardziej charakterystycznym naturszczykiem od czasów Maczety.
Film próbuje eksploatować krajobrazy Florida Keys, łańcucha wysepek ciągnących się w kierunku Kuby. W rzeczywistości Keys to senna prowincja wzdłuż drogi wojewódzkiej wiodacej donikąd.
Trochę tej sielskości przesiąknęło do filmu, dalekiego kuzyna „Karate po polsku”.
Enjoy
Na prajmie.

Czegóż to nie wygadują kandydaci na wójtów w kampanii wyborczej, to sam p. Bóg jeden wie.
Niektórzy potrafią solidnie przestraszyć, jak pan Leszek. Jak sprawdziłem później, jest to przedsiębiorca z branży internetowej, który rozkręcił i sprzedał popularny portal, a za uzyskaną kasę pobudował się we wsi niepopodal.
Następnie wciągnął solidną kreskę i eksplodował poniższą wizją:
„My wykorzystamy ten potencjał! Stworzymy sieć szlaków rowerowo-konnych i tradycyjnych dróg rowerowych, uruchomimy plażę w XXXX, letnie kino plenerowe, przygotujemy miejsca do organizacji pikników. Będziemy popularyzować stadniny koni oraz promować atrakcje turystyczne i przyrodnicze, których mamy mnóstwo w gminie YYYY.
[…]
Rozwiniemy turystykę jednodniową w naszej gminie, bo to przełoży się na rozwój kolejnych lokalnych biznesów, na wpływy do gminnego budżetu i na kolejne miejsca pracy – w punktach gastronomicznych, restauracjach, wypożyczalniach kajaków, rowerów i wielu innych.”
Ostatnią, zaprawdę powiadam wam ostatnią rzeczą, jakiej chcą miejscowi, to krzykliwe tałatajstwo z Wrocławia. Trudno mi wyobrazić sobie, żeby ktoś w gminie marzył o wypożyczaniu im kajaków.
No sorry, przeciętny mieszkaniec w ciągu ostatnich 30 lat przepoczwarzył się z bezrobotnego pegeerowca w pracownika IT. W sensie statystycznym, tzn. pegeerowiec sobie umarł, albo wyjechał do Norwegii, a jego slot przejął spragniony zieleni wrocławianin.
Pan Leszek przedawkował Ranczo i wydaje mu się, że mieszka pod Ostródą AD 1994.
Zresztą, na Mazurach też by nie porządził.
W lecie bylismy na kajakach na Krutyni. W pewnym momencie zabrakło nam prowiantu. Natasza, mająca takie samo pojęcie o Nadkrutynianach jak pan Leszek o swojej gminie, z entuzjazmem zaciągnęła mnie do przypadkowego gospodarstwa po „ekologiczne jaja i swojską kiełbasę”. U płotu zderzyła się ze zdumioną autochtonką i jej rodziną z Dueselldorfu. Zakłopotani przeprosili, że nic nie hodują, ale przynieśli z zamrażarki znakomitą „swojską” z Lidla i jaja z Biedronki.
W ogóle nie chcieli pieniędzy i odprowadzili nas współczującym wzrokiem do kajaka.
Tak że tak.
Panie Leszku kochany – dynamiczny rozwój już mieliśmy. Jeśli chce pan mój głos, to musi pan postawić na regres, restrykcje i ksenofobię
Po pierwsze obiletować park, z którego znana jest moja wioska, wstęp wolny tylko dla miejscowych to raz.
Pomyśleć o opłacie fundamentowej: 10% od każdego nowego domku, płatne z góry.
Zatrudnić strażnika gminnego, który 24/7/360 będzie solił mandaty parkingowe przyjezdnym.
Zaczopować wszystkie traktory, zarżnąć wszystkie koguty, skonfiskować wszystkie piły okrężne.
I kiedy w gminie zapadnie błoga cisza, przerywana tylko lotem trzmiela i skwierczeniem karkówki na grillu – przejdzie pan do historii jako superwójt.
Wszystkim aspirującym wójtom pod rozwagę.

Mógłbym reklamować swojego bloga jak pewien czarny charakter z Bonda swoją gazetę: „Jutrzejsze wiadomości dzisiaj”. Wspomniałem o pegazie w środę, że nieszkodliwy (dla uczciwych), w czwartek Rzepa grzmoci artykuliszcze na całą szpaltę, że mam rację. A w piątek Jarosław potwierdza. W tej samej notce lekceważę dramaty zwalnianych przez zooma, w piątek – bum, drama na pół internetu, bo Dariusz z Radomia zwolnił plastyczkę z generacji Z, bo się nie wyrabiała w korelu. Zwolnił przez skajpa, jak on mógł.
Strach siadać za klawiaturę trochę.
Ale dla obojga wiernych czytelników czysty profit, wróżka za gratis, futuroblog, co nie.
No więc mordy odpowiadam na wasze jeszcze nie uświadomione może pytania, rzetelnie jak fachowa wróżka, która za sto złotych wywróży koniec świata.
Co będzie, co was czeka?
Otóż sporą część tego stulecia i wszystkie następne spędzicie w trumnie i będzie wam wszystko jedno. Cieszę się że mogłem pomóc.
Zgaduję, że dręczy was pytanie o krótki w sumie okres między teraz a trumną.
Otóż, a mówię to z własnego doświadczenia, jeśli będziecie o siebie dbać i uprawiać sporty, to fajnie, ale wiedzcie, że biegać będziecie coraz wolniej, rowerować coraz ciężej itp. itd.
Ale nie tylko. Ja np. nie tylko zwolniłem, ale całkiem zaprzestałem biegania, bo zaczęło napiepszać mnie biodro. Na rowerze boli mnie z kolei kolano. Można pływać, tylko że jak pływam to boli mnie bark. I biodro. Chyba, ze żabką – wtedy kolano.
Przerzuciłem się na łyżwy, po których boli mnie tylko potylica, jak się przewracam na wznak, ale zima się skończyła.
Szukam na strychu rolek, dam znać jak poszło.
Papatki.

Ludzie to jednak zacofana, ciemna masa, dokładnie jak to opisał wieki temu niejaki Le Bon w Psychologii tłumu (zwrócić wreszcie tę książkę do biblioteki, termin minął w ubiegłym stuleciu).
W cv każdy niby z nowoczesną techniką [1] za pan brat, ale pojęcia ma z XIX wieku.
Mam tu na myśli najnowsze dramy związane ze zwlanianiem przez zooma, np. 200 osób naraz.
Różni wrażliwcy po MBA tłumaczą, jak to się nie godzi i każdy menedżer powinien twarzą w twarz oznajmić i w ogóle brzmią, jakby chodziło o zamknięcie huty z wąsatymi hutnikami, których szesnaścioro dziatek umrze z głodu z wyłączeniem najstarszych córek, które wylądują pod latarnią.
Ludzie… ci zwalniani to na ogół deweloperzy z Indii, którzy się opierniczają na 3 zdalnych posadach naraz i przy okazji zooma przypomniało im się, że byli zatrudnieni.
Plus, zwalniany typ ma mnóstwo klikania do zrobienia, telefonów do wykonania etc., żeby się jeszcze roztkliwiać z szefem, z którym się niekoniecznie lubi.
Tak że zatrudniamy się przez zooma, pracujemy przez zooma, uczymy się przez zooma, dzieci wychowujemy jw. skąd tu pomysł żeby zwalniać się w 3D.
To trochę tak jak z kolorowymi telewizorami w celach, oczywiście osadzeni powinni mieć czarno białe i oglądać je o chlebie i wodzie, ale skąd im czarno białe brać w 2024?
Najnowszą pożywką technofobii jest szpiegujący telefony Pegasus. Mój własny kolega z zespołu klarował mi, że policja może i powinna podsłuchiwać, no ale nie przetrząsać telefony! Tak jakby zbir nie potrafił obsługiwać łatsapa, którym na zbrodnię można umówić się dużo konkretniej i dyskretniej. Chcesz go złapać, łap za łatsapa.
Nawiasem mówiąc, jestem trochę rozczarowany kalibrem zbrodni ujawnionych za sprawą pegazusa. Jeśli największą jak dotąd story jest wysyłka busa maseczek Papieżowi, to chyba przepłaciliśmy za to narzędzie.
[1] wiem, ze teraz mówi się i pisze „technologią” ale jako zeszłowieczna ciemna masa przez technologię rozumiem np. obróbkę skrawaniem, np. ziemniaka.

Ludzkość wynalazła kolejny sposób na zabijanie nudy w robocie. Nie jest za darmo, bo wypluwanie głupot przez AI wiąże się z potężnymi kosztami w mocy obliczeniowej i elektryce, ale grubi gracze stręczący AI na razie sponsorują i nie narzekają. Żeby wyjąć, trzeba włożyć.
Czarnym charakterem de jour w temacie AI został niejaki Jack Krawczyk, jak poznać z nazwiska Żyd z Googla, który ponoć wzbrania googlowi pokazywć białych mężczyzn, a w każdym razie tak twierdzi Elon Musk.
Aha, niegłoszony przetarg na maskotkę bloga uważam za zamknięty. Artystów proszę o nienadsyłanie prac i przebranżowienie, np na budowlankę.




Całkowicie dałem się wciągnąć serialowi Fauda. Opowiada o zmaganiach Żydów z Arabami. Obie strony są przedstawione w wyważony sposób, Żydzi jako pijacy i puszczalskie, Arabowie jako psychopaci i wariatki. Fabuła kręci się wokół porwań i zamachów, ale scenarzyści potrafią zgrabnie urozmaicić menu wątkami obyczajowymi i naprawdę zaskakującymi zwrotami akcji.
Każda interwencja izraelskiej jednostki specjalnej, której losy śledzimy, może przebiec w nieprzewidywalny sposób, za wyjątkiem losu głównego bohatera, który niestety zawsze wychodzi cało, jak to główny bohater.
A szkoda, jest to jedyna jednoznacznie antypatyczna postać (w moim przynajmniej odbiorze).
Aktorzy są fajni, nieopatrzeni, o wyrazistej śródziemnomorskiej urodzie, mimo sporej rotacji postaci trudno ich pomylić.
Realizację serialu podobno wstrzymano, bo ekipa pojechała do Gazy strzelać z ostrej amunicji, podobnie jak w serialu ze zmiennym szczęściem zresztą.
Trzy sezony za mną, jeden przed, żywię nadzieję, że po oby rychłym zakończeniu wojny pojawią się następne, innymi słowy, że serial wróci na pełnej bombie.


