Bilans stycznia 2023.

Światową sławą okryli się licealiści z Piotrkowa, których studniówkowy polonez cyrkuluje w internecie jako dowód, że cywilizacja białego człowieka jeszcze nie zginęła.
Nieżyczliwi, któż ich nie ma, domniemywali, że zaraz po polonezie młodzież polała wódkę i puściła Fagatę.
Jako że moje własne dziecko usamodzielniło się i straciłem codzienny kontakt z trendami, z ciekawości sprawdziłem kto zacz. Słuchalność na spotify p. Fagata ma na poziomie Pata Methenego, talentu nie stwierdziłem, chyba że do obscenów. Rysuje za to wzorową ścieżkę kariery dla współczesnych dziewcząt. Ta wiedzie od insta, przez spoti/tube do mma i/lub onlyfans.
Upadek standardów powszechny. Ale czemu się dziwić, skoro nawet księża… np. mój ksiądz np. po kolędzie.
Nie sposób już było przemilczeć kłopotliwej obecności Nataszy i spodziewałem się jakiś gorzkich, choć zasłużonych napomnień i wyrzutów. Od tego u licha są księża – pilnowania standardów, aka przykazań.
Tymczasem ksiądz: o, pani prawosławna, to możecie Święta obchodzić dwa razy!

BTW Święta i nowy rok, bo jest coś takiego, jak prawosławny „stary nowy rok”, 13go stycznia.

instagramerki.

Przekaz podprogowy

W „Syrenach z Tytana” Kurt Vonnegut wymyśla pozorowaną inwazję obcych, zorganizowaną w celu pogodzenia zwaśnionych Ludzian. Książka jest dzieckiem lat 70tych bodajże, kiedy radzieccy sekretarze sapali do amerykańskich prezydentów i wice wersa, a oba społeczeństwa dostawały nerwicy, Amerykanie jakby większej, bo mieli więcej do stracenia.

Sfinansowanie nieporadnej, rzekomo pozagalaktycznej gwiazdy śmierci na ziemskiej orbicie pozwoliło dać ujście agresji i wywalić w obcy obiekt arsenały zgromadzone na zimną wojnę.

Przypominam sobie o tej bieda inwazji w chwilach wzmożonej nerwowości, takich jak obecna. No niestety, nowa powyborcza Polska uśmiecha się ciut nieszczerze. Nasuwa się tu obserwacja dzikiej przyrody, która nie zna uśmiechu, a to, co ludzie za uśmiech u zwierząt biorą, czyli obnażenie zębów, jest w istocie uśmiechu zaprzeczeniem.

Ten niespodziewany przypływ złych emocji wartoby jakoś bezpiecznie rozładować. Gdyby zmiana władzy odbyła się na wiosnę, możnaby przed symbolicznym spaleniem Marzanny symbolicznie zgwałcić ją ze szczególnym okrucieństwem, którego potem oszczędzilibyśmy sobie nawzajem, że tak to dramatycznie ujmę.

Tymczasem wskażę wroga realnego, którego nienawidzimy wszyscy tu i teraz. Kiedyś zupełnie nieobecny, współcześnie powszechny, pierwszy raz spotkany przeze mnie na Bliskim Wschodzie, konkretnie po drodze do tureckiego Pamukkale ad 2000. Nasz kierowca grzał stówą, gdy nagle busik uniósł się w powietrze, na ćwierć sekundy doznaliśmy stanu nieważkości poczym z hukiem gruchnęliśmy z powrotem na asfalt. Przeoczony Próg Spowalniający.

Progi spowalniające były u nas bardzo rzadkie jeszcze w 2011, kiedy podróżowałem po Jukatanie i – idiota – uważałem je za znakomity pomysł. Dzięki nim po miejscowościach spokojnie handlowano i spacerowano na głównej ulicy. Bez progów meksykańskie spidy gonzalesy rozpirzyłyby te wioski w drebiezgi.

Dziś jesteśmy progami otoczeni. Starannie planuję trasy z możliwie najmniejszą ilością tego g.. po drodze. Moją szczególną niechęć budzą progi pryzmoidalne z kanciastej gumy. Zwolnienie nawet do 10 km/h nie uchroni nas na takim progu przed dobiciem amortyzatorami, których producentów podejrzewam o korumpowanie radnych, decydujących o instalacji progów.

Nie mam zatem nic przeciwko wyzywaniu progów od najgorszych, w internecie i w realu, a także na wielotysięcznych demonstracjach przeciwprogowych. Nie zawaham się poprzeć akcji bezpośredniej i zrównania progów z ziemią.

Byłby to terror i bezprawie, ale w dobrej sprawie. Nie dzwońcie na milicję.


Moje noworoczne postanowienie

Zamierzam zmienić swoje życie o 360 stopni. Czyli nic nie zmieniać. Już raczej oczekuję, że to Nowy Rok postanowi być lepszym niż Stary Rok. Co do mnie, mogę pozostać sobą. I tak byłem za dobry na Stary i prawdopodobnie (dajmy mu szansę) Nowy Rok, a na pewno kilka poprzednich lat.
I nie tylko ja, my wszyscy. Zdecydowanie nie zasługujemy na te marne czasy. Ktoś powie – czasy to my. Otóż nie. Gdybyśmy my – Polacy – mieli decydować o czasach, literalnie wszystkim wiodłoby się lepiej.

Jarosław jako kanclerz Niemiec na pewno nie ciągnął by Putinowi rurociągu i nie zamykał elektrowni atomowych, już raczej dokupił parę atomowych bąbowców. Nasz MON prędzej ogrodziłby całe Niemcy w kółko, niż wpuścił „arabskie klany”, a co jest do wypracowania, wypracowaliby Niemcom np. Filipińczycy, jak skończyliby już robotę w Szczecinie.

Dalej, premier Ukrainy Morawiecki na pewno startowałby nie z Katowic, a Doniecka, rozdając lokalsom cierpkie uśmiechy na przemian z kiełbasą wyborczą. Taka kiełbasa, czy na Śląsku, czy w Donbasie to najlepsze lekarstwo na secesję.

Wróćmy od covida: zaczęło się od paniki wywołanej stosami trumien we Włoszech. Stosy stały w kolejce do krematoriów, co nie miałoby się prawa zdarzyć w Polsce, bo my się na ogół zakopujemy: szybciej, taniej i bez dramatycznych obrazków. Dalej, gdyby WHO prezydowała wówczas premier Kopacz, prawdopodobnie olałaby covida jak swego czasu olała świńską grypę, zamiast zmuszać cały świat do zakupów szczepionek o dyskusyjnej skuteczności.

I tak dalej i tym podobnie, ze stojącymi w kolejce do naszych sklepów i pomp Czechami i Litwinami włącznie, o Rosjanach nie wspominając. To nie żaden potrząsszabelkizm, ale fakt, którego wymownym symbolem jest autostrada S3, tęsknie wyglądająca u czeskiej granicy, że knedle się ogarną i podciągną swój kawałek z niedoległej Pragi.

Inny, niezaprzeczalny fakt, to to, że nasz rząd jest dużo lepszy, niż usiłuje przedstawić to nasza opozycja. Tegoroczny rząd i zeszłoroczny rząd. Inne rządy europejskie powinno nosić za polskimi rządami teczkę. Co się jednak – z wielką stratą dla ich udręczonych społeczeństw – nie zdarzy.

Wysiedlić skąd przyszli, czy gdzieś

Patriotyczna młodzież niedawno lansowała hasło „kupujesz kebaba osiedlasz Araba”, bezlitośnie wyśmiewane przez „oświeconych”, którzy przekonywali, że kebab to danie tureckie.
Dobra dobra, u nas w gminie tureckie kebaby robią właśnie Arabowie, konkretnie Algierczycy. Wiem bo spytałem. – Jak pan zgadł?! zapytał mnie zdemaskowany Algierczyk. Z wdziękiem porucznika Columbo wskazałem radio, które – nie da się ukryć – na*urwiało po francusku, wymownie dowodząc, że żaden z niego Turek.
Nawet gdybym dał posłuch nawoływaniom i zaczął bojkotować kebaba, to co z Wietnamczykami z naprzeciwka? Co gorsza w pizzy nieopodal pizzę robią bondziorno Włosi. Jak daleko ujadę na polskich hot dogach z żabki, pytam się?
Tak że niestety, zanim wyprawimy ich tam, skąd przyszli, ktoś w gminie musi nauczyć się robić kurczaka ho-szi-min, co chyba szybko nie nastąpi.
Na domiar złego jadąc w zeszły czwartek autobusem do hybrydowej pracy we Wrocławiu podsłyszałem z szoferki podejrzane dźwięki. Francuskie! Oczywiście za kółkiem siedział kolejny beżowy i gadał niechybnie ze swoją beżową rodzinką w wielbłądzistanie, zapewne namawiając ją na przyjazd do nas. Zgaduję, bo ja po francusku ani ani, zresztą w gminie to chyba tylko pani od francuskiego. Anyway zanim się obejrzymy przejmą od Ukraińców ubera i kasy w biedronce, a Polakom jak zwykle pozostanie tylko płacić.
Chyba że… Bo widzicie, skoro my ich nie bardzo rozumiemy, to oni nas chyba też. I być może cała obecność Arabów tutaj polega na nieporozumieniu. I wystarczy wyjaśnić im, że są w Polsce, a do Niemiec to tylko 200 kilosów na zachód. Bo – bardzo być może – oni się po prostu nie połapali i wysiedli przystanek za wcześnie, ostatecznie Wrocław od Hamburga nie różni się prawie wcale.
Tak że wystarczy, że guglem im przetłumaczę, że nieopodal mogą robić to samo i dostawać za pracę tyle samo, tylko że nie złotówek, a euro, o co im od początku musiało chodzić.
No ale to na wiosnę, jak się zrobi cieplej i da siąść na rower i popedałować samemu do pracy.

Edit: jeśli ironia okazała się zbyt cienka, to informuję, że w/w notka jest w sumie pro-imigracyjna, wyjaśnienie na użytek przypadkowych czytelników, z których jeden już straszy prokuraturą (!)

Instrukcja na koniec świata, cz. 2

Stopniowo można ponoć wszystko ugotować niepostrzeżenie, ale nikt nie da się w ten sposób – stopniowy i niezauważalny – utopić. Nawet żaba. Całe towarzystwo – jeż, żuk, żaba- zamieszkałe na 10+ hektarach przed domem pod naporem wody przemieściło mi się do ogródka. Z wyjątkiem pajęczaków. Pajęczaki zamieszkały w skrzynce elektrycznej.
Prąd do naszych domów dochodzi albo dwoma drutami – zero i 220, albo czterema. W drugim przypadku 220 występuje na trzech drutach, zero na czwartym. Jak wiadomo 220 faluje między 220 plus i 220 minus [1], ale w każdym trzech z drutów szczyt i dołek zdarza się w ciut innym momencie. Kiedy pająk rozsnuje swoją sieć między jednym z przewodów 220 i zerem, a rosnąca wilgoć sprawi, że pajęczyna z syfem na niej zebranym zacznie przewodzić prąd, wtedy wszystkie urządzenia w domu zamiast 220 woltów dostaną jakieś czterysta.
Ile przetrzyma? Jakaś połowa.
Nie przetrzymały: sterowanie pieca buderus, płyta indukcyjna elektroluks, sterowanie wyciągu mastercook (rocznik 2003!).
Wytrzymały: telewizor sony, wzmacniacz yamaha, piekarnik elektroluks.

Lista zwycięzców i pokonanych była oczywiście dużo dłuższa, tym niemniej skończylismy bez ogrzewania i jedzenia.

Koniec świata. A co po nim?

_______________________

[1] Coś koło, szczytowe jest ~315V

Instrukcja na koniec świata, cz. I

Ostatnio widujemy w telewizorze nieszczęśników zgromadzonych na czubku palmy wyrastającej z pochłanianej przez ocean wysepki. Woda przybiera i albo premier Australii da im wizy albo muszą wykształcić sobie skrzela. W tle jeden rabin mówi, że wina za zmianę klimatu leży po stronie człowieka, inny rabin mówi, że wcale nie.
Ja nie mam takich rozterek. Wiem z całą pewnością, że:
woda wokół mnie przybiera jak nigdy
premier Australii na pewno nie przyzna mi wizy
dookólna wilgoć jest dziełem człowieka, nawet wiem którego.

Rzecz cała zaczęła się… no właśnie, kiedy? Prawdopodobnie, kiedy Książę Pan kazał zmeliorować okoliczne bagna. Sprytni Niemcy puścili rzekę pod linijkę a pod nią, w poprzek, rowy melioracyjne do jeszcze niżej położonej strugi. Ciekło toto sto lat z okładem, wyglądało solidnie, osiedliłem się. Jakieś pięć lat temu przycupnął obok mnie sąsiad-milioner. Zamarzył o stawie i budując go wypruł pierwszy zestaw poniemieckich drenów. Parę lat później na skutek wypiętrzeń w cenie kukurydzy pastewnej prezes d. pegeeru postanowił zaorać bagno pod uprawę. Poczekał aż podeschnie i ciężkim sprzętem zlikwidował resztę drenów.
Bagno na jesieni stało się bardziej bagniste jakby, wodnisto-zalewowe nawet i niepostrzeżenie zamieszkałem nad rozlewiskiem.

To jeszcze nie dramat, ten nastąpi w kolejnym odcinku.

Caption this.

Czyli wymyśl podpis. Czy – w przypadku historii – wymyśl morał. Historia jest taka: siedzę na dywanie przed telewizorem – jak kiedyś my wszyscy – i z rozdziawioną buzią patrzę jak komboje walą w indian i vice versa. Prawdopodobnie wszyscy używają karabinów remington. Wtedy jeszcze nie znam tej nazwy, podobnie jak nie przeczuwam, że kiedyś zwiążę się z tą firmą na pół życia. Kiedy komboje wystrzelali już indian, firma remington postanowiła zróżnicować swoją ofertę. Jeden dział zaczął robić golarki, drugi maszyny do pisania.
Z maszyn do pisania przeszedł na maszyny do liczenia, a potem komputery, w serii przejęć i połączeń zmieniając swoją nazwę na zupełnie inną. Anyway, firma przez dwadzieścia lat opłaciła mi budowę domu, zasadzenie dębu i odchowanie syna, żądając niewiele w zamian (stąd moja ksywka: leniuch102) poczym dyskretnie zniknęła z rynku.
Jakieś dziesięć lat temu, już zdążyłem zapomnieć. A cała historia przypomniała mi się, kiedy na półce w sklepie zoczyłem golarkę firmy remington. Fajna golarka, wciąż je robią.

Próbowałem wyciągnąć z powyższego jakiś morał… dobry indianin to ogolony indianin? dłużej przeora niż klasztora? łatwiej ogolić niż policzyć?
No właśnie, same głupie. W końcu machnąłem ręką. Ksywka zobowiązuje.

Zajawka katastrofy naturalnej faktycznie spowodowanej przez człowieka , czyli dom nad rozlewiskiem, którego nie powinno być.

Ćwir

Zadziwiające, z jakich źródeł ludzie czerpią teraz informacje o świecie. Moje dziecko np. przez lata od – jak się ostatnio okazało – internetowego pedofila, jeśli pedofilią można nazwać nagabywanie 14 latek. Teraz można, dobrze że Jagiełło tego nie dożył. Moi koledzy z pracy z kolei są pod przemożnym wpływem Kanału Sportowego i jego gwiazd. (Tu mamy pkt wspólny w postaci red. Mazurka, nie żebym go jakoś lubił i szanował, po prostu obaj mamy w serduszkach miejsce dla Kukiza i prawicy w ogóle)

Media głównego nurtu w międzyczasie stały się przekaźnikami nieświeżych newsów z twittera. Spiker telewizyjny po prostu odczytuje tweety i dorzuca „swój” komentarz. No sorry, tak to ja sam mogę, dlatego reaktywowałem się na twitterze zwanym teraz iksem.

Nie tylko widzę newsy pierwszy, ale poznaję także okołonewsowe smaczki, które z oczywistych powodów nie przeciekają do wieczornych wiadomości. Na iksie powiedzą ci, którzy z posłów pisu są gejami, ile kosztował przeszczep włosów z nieważne skąd na głowę red. Stanowskiego i czy się przyjął (12 koła i nie przyjął się), jak wygląda i co robi była laska Jasia Kapeli (wygląda fajnie i żyje z kobitą).

Moich tweetów nikt nie czyta, ale i tak mam kupę frajdy, a co najważniejsze nie skasowali mnie jeszcze jak swego czasu z fejsbuka. Na iksie bowiem administracja ma wywalone, każdy musi własnoręcznie blokować komentujących, jak mój ulubiony autor Jakub Żulczyk, blokujący mnie po moim pierwszym komentarzu pod jego tweetem.

Jakby co zapraszam: https://twitter.com/leniuch102

Korporacja jest kobietą.

Wielu z nas miewa sny o niemożności dotarcia gdzieś na czas, bo każdy krok spowalnia nam bagno. Koszmar taki jest moim udziałem na jawie i to zarówno w życiu zawodowym jak i prywatnym. Kiedyś w pracy np. wpisanie nowego adresu do rejestru nazw DNS zajmowało mi pięć do siedmiu minut. Obecnie czynność tę muszę podzlecać takim tam leniom, a moje zlecenie musi być zatwierdzone przez oberlenia. Chyba, że akurat Naczelny Asekurant ogłosił zamrożenie zmian, albo Stan Podwyższonej Gotowości albo coś i moje zlecenie cichutko sobie wygasa. Teoretycznie do załatwienia w dwa tygodnie (zamiast pięciu minut, przypominam) ciągnie się miesiąc i lepiej.

Zza biurka ruszam do garażu, bo koło domu – wiadomo – zawsze jest coś do roboty. Garaż mam wysprzątany i wymalowany jak nigdy przedtem, zatroszczyła się o to moja (względnie nowa) kobita, która w życiorysie ma też dwa fakultety ASP. Z niebywałą starannością umieściła moje wszystkie narzędzia, materiały, kable, śrubki itp. w nieprzezroczystych pudełkach, według klucza: przedmioty prostokatne tu, okrągłe ówdzie, a trókątne jeszcze gdzie indziej. Dzięki temu np. przykręcenie sztachety onegdaj zabierające mi trzy ruchy i tyleż minut obecnie trwa godzinę spędzoną głównie na kompletowaniu wkrętarki, wiertła, wkrętów i akumulatorka pochowanych w – dla mnie – losowych kolorowych pudełkach.

W odróżnieniu do mojej korporacji Natasza ma jednak serce i rozum, choć niewielki. Nad stołem wykonała mi piękną ściankę na narzędzia pierwszej potrzeby, zakomponowaną na motywie plastra miodu. Postęp, ale pozorny. Wpada teraz do garażu i robi mi wymówki, że rujnuję jej kompozycję.

  • Tu Żuczku, na tym haku powiesiłam takie niebieskie
  • Na tym haczyku, Nataszko, ma wisieć narzędzie potrzebne, a nie niebieskie.
  • Dokładnie o tym mówię. Na tym haczyku potrzebne jest właśnie niebieskie.

Norah Jones: też ładnie śpiewa, ale nie bałagani w garażu: