Przed wojną pewien kabareciarz parodiował radykałów głosząc, że w Polsce nie bedzie porządku, póki nie rozstrzela się stu tysięcy szubrawców. A jeśli się tylu nie znajdzie trzeba będzie dobrać z uczciwych.
Żarty żartami, ale właściciel firmy w której pracuję zdecydował, że nie będzie w niej dobrze, póki obibokom w liczbie pięciu procent ogółu zatrudnionych, nie obetnie się premii i nie skaże na program naprawczy.
W takich zespołach jak mój już dawno zwolniliśmy obiboków i niestety, polecimy po premii jakiemuś pracowitemu, jak w przedwojennym kabarecie.
Nawiasem i kabareciarz i nasz prezes to ziomale, ale bez szczegółów, bo brzydzę się antysemityzmem.
Oba koncepty wydawały mi się średnio śmieszne i trochę chybione, póki nie złapałem się na tym, że odsyłam do Centrali zaległe rozliczenia, o które bezskutecznie dopominała się od marca. Nie wiem czemu teraz, ale chyba, żeby nie dać pretekstu do polecenia mi po premii.
Polska z Mołdawią wiadomo, tymczasem w Kinie – Chłopi.
Stary Boryna grany przez Hańczę wygrywa 5:2 z Nowym Boryną, nieumiejącym w gwarze. Jagna „Trzydziecha” Krakowska 3:4 Nowa Jagna z przodozgryzem Antek Gogolewski 5:2 Nowy Antek Frankenstein Boryna Mateusz 2:4 Nowy Mateusz Dominikowe na remis 4:4
W sumie: 19:16
Pozornie prawie równo, ale nowi Chłopi oddali walkowerem Księdza (d. Pieczka), Parobka (d. Fijewski) i Jankiela. Now, mimo to nowi Chłopi są lepsi niż starzy, bo jednak starych po prostu nie dało się oglądać, chyba że fani (to o mnie). Nowi Chłopi są jak wieśmak, podany błyskawicznie w aseptycznych warunkach kinowego makdonalda, starzy byli jak sztukamięs wołowy o konsystencji podeszwy (może z tej nieszczęsnej krowy zarżniętej w drugim ujęciu), który się żuło przez 10+ odcinków do bólu głowy od nadmiaru wątków i gwary.
Zorientowani wiedzą, że na rynku pracy IT miało miejsce tąpnięcie, w wyniku którego pracodawcom wydaje się, że są teraz górą. Ogólnie kierownictwo poczuło się silne i u mojego klienta np. zorganizowało w sprawie powrotu do biura spęd, w korpomowie townhall meeting. Obserwowałem zdalnie nie bez rozbawienia, jak lokalny poganiacz obsadzony w roli złego policjanta przekonywał personel, że nasz polski oddział na zdalnej pracy zszedł na psy i teraz musi udowodnić, że nie powino się go rozgonić na cztery wiatry, najlepiej stawiając się w biurze w poniedziałek, na początek na trzy dni w tygodniu. Zaraz po nim wystąpił nadzorca poganiacza, który natychmiast sprostował, że nikt tu nie zszedł na psy i nikt nas nie rozgoni, kiedy pojawimy się w poniedziałek w biurze, na początek na trzy dni w tygodniu.
Jako prości podwykonawcy (w korpomowie: vendorzy) znający swoje miejsce w szeregu stawiliśmy się w biurze we wtorek, na początek na jeden dzień w tygodniu, odrobinę obawiając się, czy o dziesiątej będą jeszcze jakieś wolne miejsca. Niepotrzebnie. Wypełnienie było takusieńkie jak dwa wtorki wstecz czyli circa about 10%. Menedżmencie, poznaj siłę spokoju generacji zet.
Na szczęście generacja zet nie wypracuje nam tu pkb, od dawna robią to napędzani ryżem Azjaci. Oni nie mogą osunąć się w dolce far niente, tam się wciąż zarządza za pomocą bambusowej rózgi. Nasz Kumar np. dostał taki sam rozkaz, 3 dni w biurze, przy czym mieszka w Hajdarabadzie, a biuro mamy w Bangalore. Nie sprawdzajcie, 600 kilometrów czyli 12 godzin autobusem. I dojeżdża, tydzień w tydzień.
Nie zaszkodzi przy jakiejś okazji wypić za wzrost demograficzny w Indiach.
Poniżej, z mojej poczty, generacja Z liczy dla nas:
Ekstatycznie piękny wrzesień musiał przekonać największych niedowiarków, że faktycznie się ociepla. Z pozoru jest to tryumf ekologów: widzicie przaśne wsiury, że nie wzięliśmy sobie globalnego ocieplenia z sufitu, a faktycznie istnieje, realnie nam zagraża i trzeba z nim walczyć! Dalej powinno pójść z górki, i nawet „starzy, niewyedukowani z małych miejscowości” powinni przestać palić oponami i zacząć jeść robaki. Ale nie pójdzie, bo sytuacja się skomplikowała. Ja np. miałbym pytanie, czy nie dało by się przeciągnąć lata na październik, tak żeby zahaczyć o wszystkich świętych? Nie mogę z czystym sumieniem udawać, że jestem przerażony ładną jesienią. Niby jako człowiek po szkole powinienem mieć świadomość, że jeśli mi jest ciepło, to gdzie indziej może być już za ciepło, np. w takim Egipcie, ale między Bogiem a prawdą w Egipcie wydawało mi się zdecydowanie za ciepło, kiedy się tam jeszcze jeździło. Skoro radzili sobie tam piętnaście lat temu to poradzą sobie i teraz. Chyba.
A jeśli rzeczywiście ocieplenie postępuje za naszą sprawą i tak się nam podoba, to czy nie powinniśmy dać do pieca i załatwić sobie tu Karaibów? Na szczęście normalni ludzie tak nie rozumują. Normalni ludzie, nawet jeśli przydarzył im się najcieplejszy wrzesień w życiu, pełnym zimnych lipców i zmarnowanych urlopów, wiedzą, że człowiek nie ma wpływu na klimat. Przez stulecia mogło im nawet wydawać się, że ma, ale zdrowy rozsądek zwyciężył i np. zawodowi zaklinacze deszczu zostali przez normalnych ludzi pogonieni. Choć okolicznościowe westchnienie o słonko na niedzielną wycieczkę nie zaszkodzi.
Na marginesie widowiskowego poprztykania się panów prezydentów Dudy i Zielińskiego pragnę nadmienić, że nasze społeczeństwo nadal wspiera wysiłki obronne Ukrainy. Nasz sąsiad np. nie odzywa się i nie odkłania ani Nataszy ani mi, w pakiecie. Przypomnę, że Natasza urodziła się na Syberii i wciąż mówi z akcentem, więc zrozumiałe, że póki nie odda Mariupola nie ma z nią o czym gadać. Plus, przez lata pobytu u nas powinna się – w zgodnej opinii wszystkich – już pozbyć akcentu, a ta bezczelnie odpowiada, że nie zamierza, bo np. miejscowe „ł” ją brzydzi. Tak że mamy nałożone sankcje przez sąsiadów, a także paru znajomych, którzy się od nas byli odcięli i słusznie. Serca gorące i dusze zacne, choć łatwowierne, skoro dawali się wodzić przez ćwierć wieku ruskiej onucy i kryptokonfederacie. Czyli niby mnie. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, no może zamieszczone poniżej zdjęcie ptaka, zacnej jakości, ale przecież nie zadośćuczyni.
Zmiany naprawdę istotne łapią nas za tyłek znienacka. O szesnastej emeryturze, będzie czy nie będzie, spekulują z grubsza wszystkie media pół roku naprzód. Zmiany dotykające pracowników, dużo ważniejsze niż trzy tysie w lewo czy w prawo, decydują się w nieprzejrzystych gremiach dużych firm i jak nie nasłuchujesz z uchem przy szynie, to wywrócą ci życie do góry nogami zgoła niespodziewanie.
Jakiż to pociąg nadjeżdża na nas zza zakrętu? Coraz częściej się mówi, a właściwie już wyciąga wnioski z faktu, że praca zdalna na dłuższą metę okazuje się mniej efektywna. Że niby jak, przecież niedawno była, ktoś się oburzy. Była ale się zbyła, zgodnie ze znanym mechanizmem. Sto lat temu manadżment amerykańskiej fabryki telefonów eksperymentował z wydajnością. Zwiększyli częstotliwość przew – wzrosła. Potem spadła. Zmniejszyli – znowu wzrosła. Potem spadła do pktu wyjściowego. Potem obniżyli lampy nad linią produkcyjną – wydajność hop. Potem drop. itp. itd.
Wiele wskazuje na to, że podobnie zdarzyło się z pracą zdalną i obecnie pracujemy jakiś kwadrans krócej niż kiedyś w biurze. Z drugiej strony oszczędzamy dwie godziny na dojazdach, ale to my, a taki Cukierberg widzi 15 min mniej razy milion pracowników i ani mu powieka nie mrugnie, żeby urwać wam te dwie godziny.
A nawet jeśli jeszcze nie pracujecie na Cukierberga, nie bójcie bidy, wasz lokalny Cukierczak patrzy w niego jak w słońce i niebawem panie Areczku proszę się stawić za biurkiem, herbata lipton tylko dla Zarządu.
Gdyby Cukierberg się spytał, na przykład mnie, czy rzeczywiście zyska na ściągnięciu ludzi do biura, to bym mu przytaknął. Weźmy mnie, weźmy dzisiaj. Idę po kawę. Zbiornik fusów pełny. Wywalam do kosza, kosz jak raz też pełny. Idę wywalić kosz do kubła, widzę że ogrodzenie wnęki kubła, własnoręcznie wyrzeźbione, które jednakowoż leciutko się chwieje od jakichś piętnastu lat, zostało przez śmieciarzy przemieszczone ze złamaniem. Naprawiam je prowizorycznie kilkoma wprawnymi (to nie pierwszy raz) kopnięciami, opróżniam kosz, czyszczę z syfu, odstawiam pod zmywak, czyszczę zbiornik na fusy, robię kawę, piję kawę.
A w biurze: robię kawę, piję kawę. Plus, dyskutując w biurze przy kawie można znaczącą pauzą albo mową ciała zakomunikować rzeczy nie do zakomunikowania zdalnie, bywa w sekundę oszczędzając tym samym trzydzieści maili i trzy konferencje.
Tak że tak.
Z drugiej strony dał mi do myślenia komentarz pod artykułem o nieefektywności: „I co, znowu The Times szczuje na pracę zdalną? Nie wierzcie, chcą nas zmusić do dojazdów, bo w metrze ludzie czytają gazety.”
W ogródku czytam o najgorętszym lipcu w ludzkiej pamięci, ale odkładam tablet i idę po spodnie, bo zimno. Wracam, czytam dalej, ale muszę się zawinąć, bo pada. Przechodzę do artykułu obrazowo opisującego, co się dzieje z ludzkim ciałem w temperaturze 40C. Przypominam sobie co się dzieje z ludzkim ciałem w temperaturzez 8 stopni, bo taką mieliśmy w nocy na kajakach. W nocy w ośmiu stopniach okazuje się, ze sprzedawcy śpiworów kłamią, oto, co się dzieje. Dlatego w nocy na kajakach w temperaturze 8 stopni każdy powinien być pogodzony ze swoją Nataszą. Albo mieć naprawdę drogi śpiwór.
Naprawdę, włożyłem dużo serca i starań, żeby – trzymając się wodniackich skojarzeń – pozostać w głównym nurcie, wierzyć w globalne ocieplenie, pandemię, różnorodność, inkluzywność, tolerancję itp ale pomaleńku kończy mi się… nie no nie cierpliwość… Czuję się wyczerpany jak Gorbaczow, który bo 50 latach łykania propagandy stwierdził, że dalej już tak nie może.
Zatem, Mili, wywalę.
Ani te maseczki, ani te szczepionki nie były – chyba – nic warte, pompy ciepła nie działają, a szkoda, bo wcale nie jest coraz cieplej, tylko zimniej raczej chyba, może nie wg BBC, które skarmiało mnie tymi maseczkami i pompami ciepła, ale wg mojego termometru – na pewno.
Zresztą, może i tam gdzieś jest gorąco, ale jak mam wierzyć mediom, które co do jednego naginają wiadomości w swoją stronę. Dysonans między tym, co przed oczami, a tym co w publikatorach narósł tak, że aby nie zwariować, wymyśliłem sobie, że żyję na trochę innej planecie, o roboczej nazwie planeta Polska. Na planecie Zachód trwa fala upałów, pożarów, ludzie przesiadają się na auta elektryczne, chłopy rodzą dzieci etc. A u nas po staremu, lato w kratę i ekogroszek. Co się dziwić, inny glob.
Jestem być może pierwszym samotnym kajakarzem, który wypłynął na szerokie wody Zatoki Gdańskiej via Przekop Mierzei Wiślanej. Dokonałem tego „wyczynu” w zeszłym tygodniu. Oczywiście zdarzały się już spływy kajakowe, ale w przeciwnym kierunku, z Kątów Rybackich na Zalew Wiślany, czyli z wiatrem, jak nakazuje zdrowy rozsądek.
Wbrew skromnej nazwie Przekop to spora inwestycja, obejmująca m. in. dwie śluzy i rodzaj portu z potężnym falochronem. Kajaki z zasady nie są tam mile widziane jako potencjalne zawalidrogi, wolne i podatne na kaprysy pogody. Każdorazowe pokonanie Przekopu kajakiem wymaga specjalnej zgody z długą listą warunków, które udało mi się spełnić, a nawet więcej, bo zaopatrzyłem się w (niewymagany) radiotelefon do komunikacji z Kapitanatem Portu Nowy Świat, który zawiaduje ruchem w Przekopie. Poniewczasie doczytałem zresztą, że używanie mojego chińskiego niecertyfikowanego radia bez szkolenia zagrożone jest karą więzienia do lat dwóch (!).
Nie omieszkałem pochwalić się swoim osiągnięciem na grupie kajakowej i odzew… hm przeszedł moje oczekiwania. „Ja nigdy nie popłynę rowem najszczalnika Kaczafiego” podsumował najbarwniejszy z komentarzy.
Przekop ma opinię jedynej zrealizowanej od początku do końca inwestycji obecnej ekipy i jako taki i on, i jego użytkownicy obłożeni są – jak się okazało – swoistą anatemą.
Niesłusznie. Każdy sukces ma wielu ojców, ale przekop ma także matkę, która wbiła pierwszą symboliczną łopatę. To mało znany fakt, ale łopata, ze stosowną inskrypcją wciąż stoi gdzieś w Kątach Rybackich, dowodząc, że również olsztyńska senator Platformy, pani Ela Gelert, w swoim czasie obiecywała wyborcom jakiś przekop.
Dziennikarze odnotowali, że łącznie wbijano „pierwszą łopatę” w Mierzeję czterokrotnie.
Mój największy klient ma ostatnio kłopoty i reaguje na nie jak struś – chowając głowę w piach. Przy każdym zawirowaniu Zarząd zarządza freeze, czyli zakaz wprowadzania zmian. Z tymi strusiami to chyba jakaś ściema, bo taktyka jest samobójcza i gdyby stosowano ją w przyrodzie, to dawno byłoby po strusiach. Przykład: szanowny Zarządzie, czy mógłbym w sobotę dołożyć półkę z dyskami do urządzenia, bo miejsce się ludziom kończy? Zwariowałeś? Freeeze! A to może przeniósłbym tych najbardziej bajtożernych na inne urządzenie? Zwariowałeś? Freeeze!
W konsekwencji wszyscy spotykamy się w środę na telekonferencji kryzysowej zwołanej przez użytkowników, którym skończyło się miejsce.
Pielęgnujemy różne fantazje nt łona natury, ale życie na skraju Serengeti, czy nawet obszaru Natura 2000 „Kumaki Dobrej”, jest jazdą bez trzymanki. Kumaki próbują pozbawić cię snu, różne dzikie nutrie usiłują przegryźć w aucie wszystko, co jest tam do przegryzienia. Wyjdź nad staw, bobry podpiłowały każde drzewo na twej drodze. I tak dalej i tym podobnie. Kulminacja miała miejsce wczoraj po grillu. Zwabiony zapachami lis, najwyraźniej rozczarowany brakiem poczęstunku, odgryzł, jak brzytwą, kawałek mojego skórzanego kapcia. Natasza, która zawsze wie wszystko najlepiej, jak to oni, zawyrokowała, że kapcie trza mieć na nogach, a nie na tarasie. Żeby nie czasem. Odgryzłby mi nogę razem z kapciem.
Onegdaj pobliskie bagno zaorała ekipa głupków z pegeeru, obecnie spółki z o.o. Za pierwszym zamachem wyorali cały drenaż, mało skuteczny, ale jednak. Posiali kukurydzę, zebrali w zimie. Tego roku chcieli powtórzyć myk, ale jak się domyślacie już nie udało im się opuścić pola walki. Gigantyczny traktor ugrzązł na amen, potem jego kolega, dopiero fadroma jakimś cudem wyrwała ich z błota. Obsiali tylko brzegi bagna, jądro grząskości zostawili w spokoju. Teraz zbiera się tam chuliganeria z całego lasu i dyszy zemstą.