Piąta kolumna.

Na marginesie widowiskowego poprztykania się panów prezydentów Dudy i Zielińskiego pragnę nadmienić, że nasze społeczeństwo nadal wspiera wysiłki obronne Ukrainy. Nasz sąsiad np. nie odzywa się i nie odkłania ani Nataszy ani mi, w pakiecie.
Przypomnę, że Natasza urodziła się na Syberii i wciąż mówi z akcentem, więc zrozumiałe, że póki nie odda Mariupola nie ma z nią o czym gadać.
Plus, przez lata pobytu u nas powinna się – w zgodnej opinii wszystkich – już pozbyć akcentu, a ta bezczelnie odpowiada, że nie zamierza, bo np. miejscowe „ł” ją brzydzi.
Tak że mamy nałożone sankcje przez sąsiadów, a także paru znajomych, którzy się od nas byli odcięli i słusznie. Serca gorące i dusze zacne, choć łatwowierne, skoro dawali się wodzić przez ćwierć wieku ruskiej onucy i kryptokonfederacie. Czyli niby mnie.
Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, no może zamieszczone poniżej zdjęcie ptaka, zacnej jakości, ale przecież nie zadośćuczyni.

Zmiana nadchodzi o świcie

Zmiany naprawdę istotne łapią nas za tyłek znienacka. O szesnastej emeryturze, będzie czy nie będzie, spekulują z grubsza wszystkie media pół roku naprzód. Zmiany dotykające pracowników, dużo ważniejsze niż trzy tysie w lewo czy w prawo, decydują się w nieprzejrzystych gremiach dużych firm i jak nie nasłuchujesz z uchem przy szynie, to wywrócą ci życie do góry nogami zgoła niespodziewanie.

Jakiż to pociąg nadjeżdża na nas zza zakrętu? Coraz częściej się mówi, a właściwie już wyciąga wnioski z faktu, że praca zdalna na dłuższą metę okazuje się mniej efektywna. Że niby jak, przecież niedawno była, ktoś się oburzy. Była ale się zbyła, zgodnie ze znanym mechanizmem. Sto lat temu manadżment amerykańskiej fabryki telefonów eksperymentował z wydajnością. Zwiększyli częstotliwość przew – wzrosła. Potem spadła. Zmniejszyli – znowu wzrosła. Potem spadła do pktu wyjściowego. Potem obniżyli lampy nad linią produkcyjną – wydajność hop. Potem drop. itp. itd.

Wiele wskazuje na to, że podobnie zdarzyło się z pracą zdalną i obecnie pracujemy jakiś kwadrans krócej niż kiedyś w biurze. Z drugiej strony oszczędzamy dwie godziny na dojazdach, ale to my, a taki Cukierberg widzi 15 min mniej razy milion pracowników i ani mu powieka nie mrugnie, żeby urwać wam te dwie godziny.

A nawet jeśli jeszcze nie pracujecie na Cukierberga, nie bójcie bidy, wasz lokalny Cukierczak patrzy w niego jak w słońce i niebawem panie Areczku proszę się stawić za biurkiem, herbata lipton tylko dla Zarządu.

Gdyby Cukierberg się spytał, na przykład mnie, czy rzeczywiście zyska na ściągnięciu ludzi do biura, to bym mu przytaknął. Weźmy mnie, weźmy dzisiaj. Idę po kawę. Zbiornik fusów pełny. Wywalam do kosza, kosz jak raz też pełny. Idę wywalić kosz do kubła, widzę że ogrodzenie wnęki kubła, własnoręcznie wyrzeźbione, które jednakowoż leciutko się chwieje od jakichś piętnastu lat, zostało przez śmieciarzy przemieszczone ze złamaniem. Naprawiam je prowizorycznie kilkoma wprawnymi (to nie pierwszy raz) kopnięciami, opróżniam kosz, czyszczę z syfu, odstawiam pod zmywak, czyszczę zbiornik na fusy, robię kawę, piję kawę.

A w biurze: robię kawę, piję kawę. Plus, dyskutując w biurze przy kawie można znaczącą pauzą albo mową ciała zakomunikować rzeczy nie do zakomunikowania zdalnie, bywa w sekundę oszczędzając tym samym trzydzieści maili i trzy konferencje.

Tak że tak.

Z drugiej strony dał mi do myślenia komentarz pod artykułem o nieefektywności:
„I co, znowu The Times szczuje na pracę zdalną? Nie wierzcie, chcą nas zmusić do dojazdów, bo w metrze ludzie czytają gazety.”

Wiadomix.


https://pl.wikipedia.org/wiki/Efekt_Hawthorne

Planeta Polska

W ogródku czytam o najgorętszym lipcu w ludzkiej pamięci, ale odkładam tablet i idę po spodnie, bo zimno. Wracam, czytam dalej, ale muszę się zawinąć, bo pada. Przechodzę do artykułu obrazowo opisującego, co się dzieje z ludzkim ciałem w temperaturze 40C. Przypominam sobie co się dzieje z ludzkim ciałem w temperaturzez 8 stopni, bo taką mieliśmy w nocy na kajakach. W nocy w ośmiu stopniach okazuje się, ze sprzedawcy śpiworów kłamią, oto, co się dzieje. Dlatego w nocy na kajakach w temperaturze 8 stopni każdy powinien być pogodzony ze swoją Nataszą. Albo mieć naprawdę drogi śpiwór.

Naprawdę, włożyłem dużo serca i starań, żeby – trzymając się wodniackich skojarzeń – pozostać w głównym nurcie, wierzyć w globalne ocieplenie, pandemię, różnorodność, inkluzywność, tolerancję itp ale pomaleńku kończy mi się… nie no nie cierpliwość… Czuję się wyczerpany jak Gorbaczow, który bo 50 latach łykania propagandy stwierdził, że dalej już tak nie może.

Zatem, Mili, wywalę.

Ani te maseczki, ani te szczepionki nie były – chyba – nic warte, pompy ciepła nie działają, a szkoda, bo wcale nie jest coraz cieplej, tylko zimniej raczej chyba, może nie wg BBC, które skarmiało mnie tymi maseczkami i pompami ciepła, ale wg mojego termometru – na pewno.

Zresztą, może i tam gdzieś jest gorąco, ale jak mam wierzyć mediom, które co do jednego naginają wiadomości w swoją stronę.
Dysonans między tym, co przed oczami, a tym co w publikatorach narósł tak, że aby nie zwariować, wymyśliłem sobie, że żyję na trochę innej planecie, o roboczej nazwie planeta Polska. Na planecie Zachód trwa fala upałów, pożarów, ludzie przesiadają się na auta elektryczne, chłopy rodzą dzieci etc.
A u nas po staremu, lato w kratę i ekogroszek.
Co się dziwić, inny glob.

Pod wiatr

Jestem być może pierwszym samotnym kajakarzem, który wypłynął na szerokie wody Zatoki Gdańskiej via Przekop Mierzei Wiślanej. Dokonałem tego „wyczynu” w zeszłym tygodniu. Oczywiście zdarzały się już spływy kajakowe, ale w przeciwnym kierunku, z Kątów Rybackich na Zalew Wiślany, czyli z wiatrem,  jak nakazuje zdrowy rozsądek.

image

Wbrew skromnej nazwie Przekop to spora inwestycja, obejmująca m. in. dwie śluzy i rodzaj portu z potężnym falochronem. Kajaki z zasady nie są tam mile widziane jako potencjalne zawalidrogi, wolne i podatne na kaprysy pogody. Każdorazowe pokonanie Przekopu kajakiem wymaga specjalnej zgody z długą listą warunków, które udało mi się spełnić, a nawet więcej, bo zaopatrzyłem się w (niewymagany) radiotelefon do komunikacji z Kapitanatem Portu Nowy Świat, który zawiaduje ruchem w Przekopie. Poniewczasie doczytałem zresztą, że używanie mojego chińskiego niecertyfikowanego radia bez szkolenia zagrożone jest karą więzienia do lat dwóch (!).

image

Nie omieszkałem pochwalić się swoim osiągnięciem na grupie kajakowej i odzew… hm przeszedł moje oczekiwania. „Ja nigdy nie popłynę rowem najszczalnika Kaczafiego” podsumował najbarwniejszy z komentarzy.

Przekop ma opinię jedynej zrealizowanej od początku do końca inwestycji obecnej ekipy i jako taki i on, i jego użytkownicy obłożeni są – jak się okazało – swoistą anatemą.

Niesłusznie. Każdy sukces ma wielu ojców, ale przekop ma także matkę, która wbiła pierwszą symboliczną łopatę. To mało znany fakt, ale łopata, ze stosowną inskrypcją wciąż stoi gdzieś w Kątach Rybackich, dowodząc, że również olsztyńska  senator Platformy, pani Ela Gelert, w swoim czasie obiecywała wyborcom jakiś przekop.

Dziennikarze odnotowali, że łącznie wbijano „pierwszą łopatę” w Mierzeję czterokrotnie.

Głowa w piach

Mój największy klient ma ostatnio kłopoty i reaguje na nie jak struś – chowając głowę w piach.
Przy każdym zawirowaniu Zarząd zarządza freeze, czyli zakaz wprowadzania zmian.
Z tymi strusiami to chyba jakaś ściema, bo taktyka jest samobójcza i gdyby stosowano ją w przyrodzie, to dawno byłoby po strusiach.
Przykład: szanowny Zarządzie, czy mógłbym w sobotę dołożyć półkę z dyskami do urządzenia, bo miejsce się ludziom kończy?
Zwariowałeś? Freeeze!
A to może przeniósłbym tych najbardziej bajtożernych na inne urządzenie?
Zwariowałeś? Freeeze!

W konsekwencji wszyscy spotykamy się w środę na telekonferencji kryzysowej zwołanej przez użytkowników, którym skończyło się miejsce.

Ja wbijam z Czarnogóry, bo akurat tam jestem.

Te nieodpowiedzialne zachowania Zarządu skutecznie wyleczyły mnie z wiary w duże instytucje.
Którą miałem ugruntowaną, że zacytuję siebie: „najlepszym dowodem słuszności działań Banku jest, że to on nam daje pracę, a nie na odwrót.
Duży nie znaczy mądry. Wymarły dinozaury, zdechły mamuty, a nosorożce czekają w kolejce, bo w rezultacie serii złych wyborów kumulujących się przez pokolenia są, gdzie są, czyli tuż przed moim klientem.

Cerkiew i stare oliwki w miejscowości Bar. Ostatnie miejsce na telekonferencję kryzysową.

Życie w Serengeti

Pielęgnujemy różne fantazje nt łona natury, ale życie na skraju Serengeti, czy nawet obszaru Natura 2000 „Kumaki Dobrej”, jest jazdą bez trzymanki. Kumaki próbują pozbawić cię snu, różne dzikie nutrie usiłują przegryźć w aucie wszystko, co jest tam do przegryzienia. Wyjdź nad staw, bobry podpiłowały każde drzewo na twej drodze. I tak dalej i tym podobnie. Kulminacja miała miejsce wczoraj po grillu. Zwabiony zapachami lis, najwyraźniej rozczarowany brakiem poczęstunku, odgryzł, jak brzytwą, kawałek mojego skórzanego kapcia. Natasza, która zawsze wie wszystko najlepiej, jak to oni, zawyrokowała, że kapcie trza mieć na nogach, a nie na tarasie. Żeby nie czasem. Odgryzłby mi nogę razem z kapciem.

Onegdaj pobliskie bagno zaorała ekipa głupków z pegeeru, obecnie spółki z o.o. Za pierwszym zamachem wyorali cały drenaż, mało skuteczny, ale jednak. Posiali kukurydzę, zebrali w zimie. Tego roku chcieli powtórzyć myk, ale jak się domyślacie już nie udało im się opuścić pola walki. Gigantyczny traktor ugrzązł na amen, potem jego kolega, dopiero fadroma jakimś cudem wyrwała ich z błota. Obsiali tylko brzegi bagna, jądro grząskości zostawili w spokoju. Teraz zbiera się tam chuliganeria z całego lasu i dyszy zemstą.

Będę gotów.

Z kim tu się ścigać.

Najlepiej ścigać się samemu ze sobą. Jeśli ścigałbym się z kimś innym to musiałbym po pierwsze zmienić opony w rowerze z błotnych, karbowanych jak czołgowe gąsienice na gładkie, bo jeżdżę po asfalcie. To raz. Zmienić rower, to dwa. Potem zapewne jeszcze raz, na jakiś karbonowy. Taka jest logika ścigania się z innymi.

Czym sie kończy ów wyścig zbrojeń? Wiadomo, kontuzją.
Oraz garażem pełnym wydrożonego sprzętu.

Któraś z norweskich gwiazd narciarstwa trzeźwo zauważyła, że Norwegowie poszaleli i kupują profesjonalny sprzęt sportowy dzieciom. Z drugiej strony, kto zabroni bogatemu.

Zauważcie wszelako paradoks: rower lżejszy o powiedzmy kilo od poprzedniego jest od niego parę tysi droższy i jako taki wymaga większej kłódki, takiej kilo czterdzieści.

A ze sobą można się ścigać na składaku, który da się po prostu zostawić pod sklepem.

Zachodzi pytanie o motywację, skąd ją brać, skoro jadę solo.
Nikt nie wjedzie wam na ambicję tak, jak aplikacja od zegarka sportowego. Moja ostatnio stwierdziła, że jestem sprawny jak 62 latek. Jeszcze w pandemię miałem wg niej 36. Mógłbym w dzień zmienić ten stan rzeczy przesiadając się na szybszy rower, ale to byłoby niesportowe. Sam siebie nie oszukam, aplikacji nie warto.

„Mamusię oszukasz, tatusia oszukasz, ale życia synku nie oszukasz”

Przewrót majowy.

Wielu z nas wciąż się wydaje, że zagraniczna majówka miażdży kosztami samolotu, noclegu, ale jak się już ogarnie te tematy, to reszta prawie gratis plus makaron z Polski.
Tak było, tak nie jest.
Tak mogłoby być i być powinno, ale nie będzie przez małostkową pazerność… bynajmniej nie ludzi żyjących z turystyki, ale ich chciwych kacyków.
Onegdaj (= nie tak dawno) kacyk chciał pokazać się światu jako oświecony wódz nacji szczęśliwej, zasobnej i utalentowanej. Do Muzeum Narodowego wchodziło się za symboliczną opłatą, żeby popatrzeć na miejscowe bohomazy albo przejść po murach twierdzy, tudzież podziwiać odpicowaną niedawno cerkiew udającą bizancjum. Państwo promowało, ułatwiało i dopłacało do atrakcji budujących jego wizerunek.
Istnieją kraje, które wciąż dbają o prestiż, za free zwiedzisz muzea w Waszyngtonie i Bazylikę Św Piotra, ale po cichu miejsce łasych na podziw ojców narodu zajęły wolnorynkowe groszoroby, które za parę euro chętnie wyprzedadzą dobre imię własnego kraju.
Zgodnie nienawidzimy Słowenii, która zagradza nam drogę do Chorwacji skandalicznie wysokimi (w przeliczeniu na kilometr) opłatami autostradowymi, podobnie zresztą jak Austrii. Czy śp cesarz Franciszek Józef akceptowałby głuchą niechęć przejezdnych, głośno wychwalających darmowy przejazd przez Niemcy cesarza Wilhelma?
A w życiu Romana.
Byłoby darmo, tak jak darmo jest w potężnych Niemczech i jak darmo niebawem będzie w dumnej Polsce.
Tymczasem żałośni włodarze współczesnej Austrii bez żenady wyciskają z turystów massę pieniędzy nie tylko za autostrady, ale za kulturę z czasów Franciszka Józefa, więc dawno zamortyzowaną. Jeżeli macie pecha podróżować z miłośniczką secesji w ogóle, a Klimta w szczególe, jaką jest Natasza, to bundesrepublik skasuje za wejście do każdego ze stu muzeów we Wiedniu, które mają po obrazku z epoki, ni mniej ni więcej a 25 euro – minimum – od łaknącego kultury gościa.

25 euro? Za 25 euro dojedziesz busem do Paryża, za 25 euro objedziesz pociągami całe Niemcy, jak dobrze trafisz, tania linia wyfrunie cię do Erewania, czy gdzieś.

Austria w ogóle jest droga, ktoś zauważy, ale gdzie indziej nie lepiej, a nawet gorzej. Rynek jedno, faszystowskie władze – drugie. Nocleg (rynkowy, airbnb) w Dubrowniku w majówkę kosztuje zaledwie stówkę – tak jest: sto złotych plus lokalny podatek, razem sto dwanaście. Na dwoje! Wejście na mury i pałacu rektorów za to także sto, ale euro. Rajd przez całe miasto prywatną taksówką (w cenach rynkowych, uber) – 7 euro. Dwa (!) przystanki publicznym autobusem – 4 euro. Itd. itp.

Groszoroby – gardzę wami. Kiedy wojna na wschodzie się skończy, marzę by turystyczne masy wsiadły do porzuconych pojazdów bojowych i przejechały nimi od Szwecji do Grecji rozpirzając po drodze pkty opłat, miażdżąc fotoradary i budki sprzedające winiety, przeganiając bileterki i ostrzeliwując skorumpowaną drogówkę.

Majówkowicze wszystkich krajów łączcie się.

łączcie się jak panowie na zdjęciu. miejscowość bar, czarnogóra.

Scenariusz pisany cyrylicą.

Istnieje stereotyp, że Serbia to dzikie Bałkany, gdzie pasterze w kożuchach włosiem na wierzch ogryzają baranie gnaty. W tle góry, u stóp dymiące jeszcze kałachy.
Nic bardziej mylnego. Droga z Budapesztu do Belgradu wygląda takusieńko jak z Wrocławia do Krakowa.
Autostradą płasko, rzepak, pszenica, płasko, bramki Staleksportu/granica Unii, płasko, pszenica, rzepak. Oczywiście, gdzieś tam są góry, w nich górscy Serbowie, spalone wioski etc. ale Belgrad i okolice nie bardzo różnią się od Budapesztu czy Wiednia. Rzepak ten sam, rzeka ta sama – Dunaj. Wszystkie te stolice cechuje przy tym dramatyczne przewymiarowanie, są przynajmniej o trzy rozmiary za duże na – bez urazy – kraiki, którymi teraz rządzą.
Do Belgradu nikt nie jeździ, chyba że służbowo, więc mógłbym nazmyślać cobądź, ale nie będę.
Belgrad jest piękny, Serbowie i Serbki takoż. Po ulicach suną wysokie blondynki na obcasach, w sklepie nawet stuletni ochroniarz przypomina Petera Fondę z grzywą siwych włosów.
Samo miasto na wzgórzach nad malowniczym zbiegu Sawy i Dunaju korzystnie wybija się z rzepakowo-pszenicznego tła.
Oczywiście co i rusz kłują w oczy obszary zaniedbania, skamieliny z czasów komuny i schyłku ubiegłego stulecia, ale nie przesądzają o wrażeniu ogólnym.
Natasza była zachwycona cyrylicą i rosyjskimi akcentami, sięgającymi czasów walk z Turkami. Serbia jest bodajże ostatnim europejskim krajem sentymentalnie przyjaznym Rosji. Naprzeciw parlamentu stoi pomnik ostatniego cara, a najlepszy hotel w mieście, efektowny secesyjny budynek, nosi nazwę Moskwa.

Zajrzeliśmy do restauracji pełnej klientów, z fortepianem koncertowym, za którym blond pianistka bębniła coś klasycznego. Kryształy, plusze, kolumny… wbrew intencjom gospodarzy wrażenie sprawiały cokolwiek upiorne, a konkretnie wampiryczne.

Jest i polski akcent… pod poturecką twierdzą na szczycie wzgórza Serbowie zgromadzili masę wojskowego złomu, w tym polski czołg wielkości dużego psa. Nic dziwnego, że przegraliśmy wojnę.

Jeśli dziś środa, to jesteśmy w Albanii

Pomysł, żeby odwiedzić 10 krajów w 10 dni, pozwala po powrocie wypowiedzieć się o nich w sposób naoczny i autorytatywny, a wciąż niezakłócony żadną nudną wiedzą.
Albania, kraj znany z serii Uprowadzona, którego mieszkańcy zajmują się – cóż – uprowadzeniami. Chwilowo uprowadzają w Wielkiej Brytanii i okolicach, dlatego panie w Albanii są względnie bezpieczne. W kraju zostali za to policjanci, z ryja podobni do bandziorów, ale ograniczający się do wymuszeń rozbójniczych, jak to policjanci.
Marzeniem Albańczyka, który chwilowo nikogo nie uprowadza, jest posiadanie własnej stacji benzynowej i zdumiewająco wielu udało się je zrealizować. Jeszcze gęściej niż stacje benzynowe posadowione w Albanii są ronda. W przeciwieństwie do rond europejskich, których zadaniem jest wkurzanie kierowców i generowanie korków, ronda albańskie, a zwłaszcza ich zewnętrzne pasy są ośrodkami życia lokalnych społeczności, parkujących tamże na awaryjnych.
W odróżnieniu do swoich słowiańskich sąsiadów Albania posiada plaże, prawdopodobnie piaszczyste, co na sto procent okaże się po usunięciu z nich farfącli.
Fascynującą mnie postacią z historii Albani jest jej król, Zogu Pierwszy. Albańczycy długo szukali sobie króla, bo nikt nie chciał podjąć się tej wymagającej funkcji. Wpadli na niegłupi pomysł mianowania atrakcyjnej królowej i wydania jej za mąż z krajem w pakiecie. Sprytny plan zadziałał, połaszczył się jakiś Niemiec, który jednakowoż po skonsumowaniu małżeństwa wyjechał. Po nieudanym flircie z demokracją po koronę sięgnął ambitny miejscowy Zogu, który ogłosił się Zogu Pierwszym (uwaga, spojler: i ostatnim).
Tu właściwie powinienem przerwać, rozdać PT Czytelnikom kartki i poprosić ich o narysowanie z wyobraźni króla Zogu Pierwszego. Wskazówka: Zogu trafił do księgi Guinessa jako największy palacz świata, spalający przeciętnie 280 albańskich papierosów dziennie. Palenie lub handel kobietami, wybór należy do ciebie. Heroicznie powstrzymałem się od wyszukania jego podobizny w internecie, oczyma duszy widzę go jako perskiego czciciela ognia: gorejące oczy, krzaczaste brwi, kłęby dymu z elfich uszu.

Słabość do nikotyny zdaje się nie opuszczać albańskich oficjeli do dziś, celnik na granicy był uprzejmy kilkukrotnie wetknąć głowę do naszego samochodu, zapach tytoniu towarzyszył nam potem przez długie kilometry.

Specyficzna egzotyka Albanii wciąż wzbudza pewien respekt, spływający na podróżujących tamże, zwłaszcza jak uda im się wrócić. Nie dotyczy to niestety pań, w które okazały się widać nie dość atrakcyjne, by je uprowadzić.

Natasza w kamuflażu antyuprowadzeniowym
centralne rondo reprezentacyjnego kurortu